Prezenty

Okres gwiazdkowy jest czasem prezentów. Nie mówię tu o prezentach, które w rodzinach kładziemy sobie pod choinką, bo z tym jest kiepsko. Mimo że wielkie magazyny już w listopadzie udekorowały się na święta, a wielkie firmy wydały miliony złotych na wtykane nam przy każdej okazji druki reklamowe, namawiające do świątecznego kupowania, w „świątyniach konsumpcji” – jak nazywa je w swojej książce „Magiczny świat konsumpcji” George Ritzer (warto kupić pod choinkę co inteligentniejszym znajomym!) – nastrój panuje raczej smętny, a ekspedientki z nostalgią wspominają te tłumy, które odwiedzały ich sklepy dwa albo trzy lata temu. Nie ma się czemu dziwić. Przecież nawet tu muszą docierać jakieś echa faktów, o których czytamy w gazetach, a więc chociażby wzrostu liczby rodzin żyjących poniżej progu ubóstwa, a także spadku wartości złotówki wobec euro, co sprawia, że obiektywnie mamy teraz mniej pieniędzy w kieszeni.
Ale mówmy o prezentach wielkich, które przed Bożym Narodzeniem otrzymały państwa, rządy, politycy.
Niewątpliwie największy prezent otrzymał przed Gwiazdką prezydent George Bush i jego administracja, w postaci schwytania w Iraku Saddama Husajna. Krytycy amerykańskiej „wojny z terroryzmem” co jakiś czas podśmiewali się w żywe oczy, że pomimo dwóch wojen i tysięcy ofiar nie udało się pojmać dwóch ludzi, oskarżanych o sterowanie terroryzmem – Osamy bin Ladena i Saddama Husajna właśnie. Teraz Amerykanie mogą powiedzieć: „Mamy go!”. W dodatku Saddam Husajn ukazał się światu jako człowiek złachany, zrezygnowany, niedbający o swój wizerunek. W czasie, kiedy iraccy terroryści dokonują samobójczych zamachów Saddam, poddał się bez oporu, a nawet starał się być, jak określają to niektóre źródła, cooperative, skłonny do współpracy. Kończy to oczywiście jego mit, ale co dalej? Bo teraz właśnie stajemy przed pytaniami zasadniczymi. Czy schwytanie Saddama zatrzyma iracki terroryzm?
Eksperci mówią, że nie. A więc nie jest to opór „zwolenników Saddama”, lecz opór społeczeństwa przeciw okupacji? A jeśli nie społeczeństwa, lecz jakichś grup tylko, to kto tym kieruje, bo przecież nie Saddam ze swojej nory?
Prezent jest piękny, ale kłopotliwy. Trzeba będzie się pogłowić, aby złożyć jakoś tę zabawkę.
Gwiazdkowym prezentem jest niepowodzenie szczytu europejskiego w Brukseli. Pytanie tylko dla kogo? To, że takie niepowodzenie przy czołowym zderzeniu polsko-hiszpańskiego uporu z „twardym jądrem” Unii musi nastąpić, nie budziło, pomimo butnych gestów, żadnych wątpliwości. Pocieszamy się, że dzięki temu „Polska zaczęła się liczyć”, ale jest to pociecha marna. Bo jako kto mianowicie? Jako wytrawny gracz w europejskiej dyplomacji? Jako regionalna potęga, zdolna poprowadzić za sobą choćby Czechów, Węgrów, Estończyków? Czy też jako kraj, który z jednej strony, ubiega się o pieniądze, z drugiej zaś, kłóci się z tymi, którzy decydują o ich podziale?
Na razie niezmąconą radość z prezentu, jakim jest nieudana Bruksela, wyraził tylko Jan Maria Rokita, autor sloganu „Nicea albo śmierć”, ponieważ regulacje nicejskie, w braku innych, będą na razie obowiązywać. Osobliwy to sukces. I pomyśleć, że przecież rozważa się wariant, w którym po wyborach 2005 r. będziemy już pełnoprawnym członkiem Unii, a Rokita może być premierem…
Prezent na Gwiazdkę postanowił wręczyć wiernym polski Kościół katolicki. Jest to, szczerze mówiąc, najdziwniejszy z tegorocznych prezentów gwiazdkowych, polega on mianowicie na tym, że od tej pory wieczerza wigilijna może już nie być posiłkiem postnym, lecz zawierać także kiełbasę, boczek, a jeśli kto chce, to i schabowy. Tylko kto tego chce? Przypomina się powiedzenie Adolfa Rudnickiego, że „każdemu to, na czym mu mniej zależy”. Nie spotkałem bowiem, a nawet nie zobaczyłem w mediach ani jednego wiernego, który by z ulgą i uznaniem przyjął tę decyzję. Przeciwnie, kuchnia polska, raczej mało wyrafinowana, w zakresie dań wigilijnych wzniosła się na szczyty, wykorzystując właśnie postność tej wieczerzy. Nie mówię już o rozmaitych wariantach ryb, karpi, śledzi, ale także o pochodzących głównie ze Wschodu kutiach, kluskach z makiem, sposobach na postny bigos z grzybami, słowem – o tym wszystkim, z czego dumne są gospodynie domowe, które nauczyły się tego od matek i babek. Zdumiewający jest ten prezent właśnie w momencie, kiedy integrując się z Europą, myślimy równocześnie z lękiem, czy aby ta integracja nie zaszkodzi naszej kulturalnej odrębności i tradycji, co również Kościół podkreśla dość wyraźnie. Jest to zagadka tym większa, że nie rymuje się także z ekumenicznymi ambicjami Kościoła, bo przecież wigilijna kuchnia prawosławna jest zdecydowanie postna, a można powiedzieć, że katolicka Wigilia jest nawet dla mozaistów całkiem koszerna.
A więc ten prezent dostali wierni zamiast. Zamiast nowego przemyślenia przez Kościół naprawdę żywotnego problemu antykoncepcji. Zamiast cnoty ubóstwa, której brak razi często wiernych w instytucjach kościelnych. Zamiast – choć to już pewnie za dużo – równouprawnienia kobiet, na przykład w kwestii kapłaństwa…
Nie wypada krytykować prezentów, darowanemu koniowi w zęby się nie zagląda.
Wygląda jednak na to, że na przyszłoroczną Gwiazdkę powinniśmy pomyśleć o nieco lepszych prezentach niż tegoroczne.
A więc, na przykład, o takim planie gospodarczym, który by nie tylko, jak dotychczasowy plan Hausnera, pokazywał, jak zmniejszyć deficyt w finansach publicznych, ale także pokazał, jak uczynić ten plan prospołecznym, dającym nadzieję degradowanym grupom społecznym, a w rezultacie ożywiającym choć trochę popyt wewnętrzny, którego zamieranie obserwujemy obecnie w przedświątecznych sklepach.
A więc, na przykład, nie o dalszych sukcesach w okupacji Iraku, ale o terminie powrotu naszych wojsk do kraju, z możliwie najmniejszymi stratami w ludziach, a także w reputacji Polski w tym kraju, gdzie kiedyś postrzegana była jako kraj fachowców, pomagających przy rozmaitych projektach gospodarczych, a dziś wygląda nieco inaczej.
A więc, na przykład, w postaci prawdziwie pomyślnej integracji europejskiej, na tle której zaprezentujemy się nie jako fantazyjny kosynier w rogatywce, lecz partner na serio, zdolny znaleźć niezbędną proporcję między własnym interesem narodowym a wspólnym, dalekowzrocznym interesem naszego kontynentu.
Wreszcie w postaci choćby trochę pogodniejszego życia na co dzień. Niekoniecznie między aferą a aferą.

 

 

Wydanie: 52/2003-1/2004

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy