Nowe zabawy miejskie

Nowe zabawy miejskie

Paprochy były eksponowane w witrynach jak okazy tropikalnych motyli. Każdy przypięty do tablicy szpilką z barwną, lśniącą główką. Kolekcja obejmowała dziesięć witryn, w których pyszniły się, pogrupowane i opisane. Pod każdym znajdował się kartonik z łacińską nazwą, całe zaś grupy i podgrupy tworzyły osobne gatunki – stosownie oznaczone. Paprochy łączył naturalnie kolor: szary, wpadający miejscami w grafit. Poza tym różniły się bardzo: niektóre tworzyły tzw. koty, inne – sfilcowane zwitki albo rozciągnięte w pajęczyny skomplikowane podłużne konstrukcje. „Paprochy”, skwitował chłopiec, z którym oglądałam wystawę. Tyle o metafizyce codzienności. Poszliśmy więc dalej. W kolejnej sali znajdował się video room, w którym pokazywano zapętlony film: ujęcia klaszczących dłoni. To takie humanistyczne – pomyślałam – antropologiczne nawet. Lekcja egalitaryzmu i tolerancji – różne rodzaje dłoni: ciemniejsze, jaśniejsze, klaszczące energicznie albo delikatnie. Kobiece i męskie. Chłopiec popatrzył na mnie z mieszaniną pogardy i rozbawienia. Rzucił błyskotliwy komentarz. Zawstydził mnie. Poszliśmy dalej. Kupiłam jakiś album, którego nikt nigdy nie będzie oglądał. Pocztówki z reprodukcjami wyślę znajomym.
Zimą zwiedzamy najwięcej wystaw. Przyjazne są ciepłe wnętrza: galerie, kina i lodowiska. Tak poznajemy miasta – wchodząc do ukrytych w nich małych miasteczek z osobnym ruchem ulicznym, infrastrukturą i kuchnią. Z optymalnym, klimatyzowanym powietrzem. Inne są tu zasady i inna rządzi policja. Kluczowa zasada brzmi: „Nie dotykać”. Wolno fotografować aparatem w telefonie: na zdjęciach obrazy tracą proporcje i kolory, stają się bezużyteczne, dlatego fotografujemy mało. Młody mężczyzna tego nie lubi.
Zmieniamy miasto, zmieniamy wystawę, ale zapach jest podobny: kawa w muzealnym bistrze i świeże druki: plakaty, ulotki, program, mapki. Dyskretna woń perfum zatrzymana przez bawełnę w szatni. W video roomach – teraz niemal każda galeria ma swój video room – czas się zapętla, rozciąga, zwalnia. Znamy konwencję i nie czekamy na fabułę. Tym razem artysta kręci film w nocnym tramwaju. Siada za obcymi ludźmi i patrzy na ich włosy. Kamera rejestruje jedynie jego dłoń, którą wyciąga powoli, gotowy w każdej chwili ją cofnąć – i dotyka włosów: cienkich i grubych, dziecięcych i przerzedzonych, czystych i brudnych. Stara się to robić delikatnie. Zazwyczaj pasażerowie nie odwracają się. Jest w tym coś obscenicznego i ryzykownego zarazem: naruszenie sfery intymnej, znoszenie społecznie przyjętego dystansu – właściwie przemoc. Z drugiej strony – niewinność i zachwyt.
Młody człowiek z miejsca dostrzega to napięcie, intensywność filmu go dotyka. Nie ma żadnych narzędzi oprócz zmysłów i 12 lat życia na Planecie. Jego odbiór nie jest już całkiem naiwny, ale też nie erudycyjny. Nie wyświetlają mu się intertekstualne nawiązania, konteksty, ale ma już ironię do obrony. I cały świat internetu, w którym ironia jest pierwszym filtrem, mechaniczną optyką. Jest na tyle arogancki, że się nie boi powiedzieć, co myśli naprawdę. Przesądy, snobizmy, mody – tylko my wiemy, jak bardzo wpływają na nasz odbiór sztuki. Kiedy wchodzimy do galerii, umawiamy się na coś. Niby pozostajemy krytyczni i czujni, ale wchodzimy do kościoła, wiemy, że wybrano wykształconych kuratorów, żeby przygotowali dla nas tę wystawę, czasem znamy ich nazwiska i dorobek. Ile razy nas oszukano? Czy jeśli dzieło sztuki nas nie porusza – świadczy to o naszej niekompetencji, braku wrażliwości, defekcie czy o hermetyzmie dzieła, źle dobranych środkach wyrazu? Słowem, jeśli komunikacja nie nastąpi, to wina nadawcy czy odbiorcy?
Nie chcę być arogancka, ale nie chcę też być naiwna, winna, kiedy sztuka na mnie nie działa. Podziwiam więc swobodę chłopca, z którym zwiedzam galerię.
Nadal trwa zima, trzeci raz w ciągu trzech tygodni zmieniamy miasto, tym razem wracamy do domu. Za zimno na spacer – idziemy do Muzeum Współczesnego Wrocław, które mieści się w potężnym bunkrze. Jest ciemno, z dachu widać miasto. Wrocław ma tylko jeden wysokościowiec – to Sky Tower – wygląda jak klejnot, broszka w czarnej wełnie. Kiedy wchodzimy do środka – słychać operę, która śmieszy i odstręcza młodego człowieka. Próbuję mu wytłumaczyć ten patos, tę tradycję – kwituje to wzruszeniem ramion. Porażka – myślę, ale potem jedziemy na górę, gdzie specjalne klatki-boksy udostępniono studentom, żeby wystawili tam, co chcą. Panuje radosny chaos, wspaniałe, wielkie rzeczy mieszają się z kiczem i wtórnością. – To lubię i to lubię, to mi się podoba, a to nie – mówi pewny siebie, jakby klikał posty na Facebooku. Jest zdecydowany i gotowy bronić swoich wyborów. Uczę się tego od młodego człowieka, oglądając z nim kolejne wystawy sztuki współczesnej.

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy