Polskie bajki

Polskie bajki

Utracona cześć Leszka Balcerowicza. Spór na temat OFE na początku był nader interesujący, wiele można było się dowiedzieć o funkcjonowaniu gospodarki, a poza tym ze względu na poziom argumentów merytorycznych dawał satysfakcję intelektualną. To się już dawno skończyło. Od pewnego czasu widzimy już tylko bezwzględny spór grup interesów powiązanych z OFE, nieprzebierających w chwytach propagandowych. Z pomocą propagandową biegną też tzw. międzynarodowe rynki finansowe. Redaktor naczelny czasopisma „Forbes” napisał, że zmiany, jakie polski rząd chce wprowadzić do OFE, są – nic nie zmyślam – „z ducha Lenina i Stalina”.
Wcale mnie nie cieszy, że w tym konflikcie bardzo ucierpiała reputacja Leszka Balcerowicza, który do niedawna uchodził za przykład rzeczowości, kompetencji i bezinteresowności. Zarzucano mu wprawdzie doktrynerstwo i fanatyzm neoliberalny, ale nie odmawiano uczciwości. Ten wizerunek trudno mu będzie odtworzyć. Uczciwości w dyskusji i nazywania rzeczy właściwymi słowami domaga się od innych bardzo głośno, ale sam się do tego nie stosuje. Rządowi zarzuca – czyni to w niezliczonych wywiadach i artykułach – „wywłaszczanie ludzi z ich oszczędności emerytalnych oraz kłamliwą propagandę”. Domaga się „prawdy w życiu publicznym”, a zarazem twierdzi, że „rząd chce znacjonalizować 270 mld zł prywatnych pieniędzy”.
Jak wszyscy obrońcy OFE określa dążenie rządu słowem „skok”, wziętym ze slangu przestępców kryminalnych: „zamach na OFE to skok na nasze prywatne pieniądze”, „skok na oszczędności emerytalne” i tak w nieskończoność, a za nim powtarzają dziennikarze. (A może on za nimi powtarza).
Wielu ludzi uwierzyło (podobno młodzi bardziej niż starzy), że pieniądze przymusowo odebrane jednostkom i przymusowo przekazane do OFE nadal pozostają ich prywatną własnością. Jakiś sondaż ujawnił, że młodzi tę „prywatną własność” biorą do tego stopnia dosłownie, iż wyobrażają sobie, że gdy ojciec umrze, to syn odziedziczy emeryturę. Temu idiotyzmowi Leszek Balcerowicz osobiście nie jest winien, ale faktem jest, że nachalna propaganda mediów nie stara się tu niczego wyjaśniać ani uściślać. Przymusowa składka emerytalna, taka czy inna, jest rodzajem podatku, a ten polega na znacjonalizowaniu pewnej części naszej prywatnej własności. Jak rząd może znacjonalizować to, co powstało wskutek znacjonalizowania?
Pojęcie własności prywatnej zmętniało, nie wiadomo, na czym polega ani w jaki sposób do niej się prawomocnie dochodzi. (Arystoteles twierdził, że jednym ze sposobów dochodzenia do własności jest rabunek. Ten pogląd może się podobać). Mętne pojmowanie własności zaciążyło w Polsce na prywatyzacji i jeszcze bardziej na reprywatyzacji, która wzbogaciła niemałą liczbę oszustów zarówno świeckich, jak kościelnych. Opisywana ona jest w nie mniej zmistyfikowanym języku jak OFE. Premier – na przykład – mówi, że przyczyną problemów budżetowych Warszawy są „dekrety Bieruta” (do jakiej epoki one należą?), a przemilcza, że chodzi o reprywatyzację w znacznym stopniu oszukańczą, usprawiedliwianą bałamutnymi pojęciami.

Nasi „wyzwoliciele” wystawiają rachunek. Od czasu gdy prezydentami zostali jeden po drugim przedstawiciele obozu solidarnościowego, nie słyszę, żeby jakiś order otrzymał ktoś spoza tego obozu. Odznaczani są przodownicy strajkowi, protestowicze, aresztanci, emigranci, konspira en bloc. Gdzieś przeczytałem, że orderem Orła Białego odznaczony został Jerzy Buzek, najgorszy premier i największy szkodnik – w wymiernych kategoriach – III RP. Według tej polityki odznaczeniowej Polacy żyli dzięki ludziom tego rodzaju zasług – poza tym niczego nie potrzebowali. Przemysł, nauka, medycyna, szkolnictwo, komunikacja i podobne dziedziny z punktu widzenia kapituł orderowych nic w życiu narodowym nie znaczą i nie ważą. Zwłaszcza gdy miały miejsce w PRL, gdzie, jak wiadomo, nawet wyświęcenie biskupa było podejrzane (cytowałem na ten temat arcybiskupa Gołębiewskiego).
Jest faktem, że Krzyża Walecznych nie daje się żołnierzom wrogiej armii. Polityka orderowa w III Rzeczypospolitej świadczy, że obóz solidarnościowy całą resztę społeczeństwa uważa za element obcy. Nam to nie szkodzi, nie łakniemy orderów, ale spokojnie stwierdzamy, że jesteśmy obywatelami drugiej kategorii.
Nie tylko orderami obóz panujący wynagradza swoich. Odszkodowania finansowe dla byłych opozycjonistów za prześladowania rzeczywiste i urojone liczą się już w dziesiątkach, a może setkach milionów złotych. O skali tych odszkodowań media piszą skąpo. Trwają przygotowania do nowej akcji pieniężnego wynagradzania naszych wyzwolicieli. Tak jak w Polsce międzywojennej w miarę upływu czasu Pierwsza Brygada rozrastała się do wielkości dywizji, a legiony do pospolitego ruszenia, tak dziś rozmnażają się solidarnościowi bojownicy o naszą i waszą wolność. Według Władysława Frasyniuka „Państwo powinno się nimi zająć. To nie są miliony, chodzi o jakieś 3 procent Polaków” („Duży Format”, dodatek „Gazety Wyborczej”, 29.08.2013). 3 procent Polaków to nie są miliony, ale jednak grubo ponad milion. Żyłem w tamtych czasach, ale zupełnie przegapiłem takie masy bojowników o naszą wolność. Może Frasyniuk oblicza procent tylko od dorosłych? W takim razie liczba bojowników skurczy się do 900-800 tys. „żołnierzy walczących z systemem totalitarnym”, jak ich może ironicznie, a może na serio nazywa.
Żołnierze z czasów wojny otrzymują dodatki w wysokości 200 zł miesięcznie. Frasyniuk z pogardą odrzuca taką groszową „jałmużnę” dla swoich. „No, kurwa mać! Przepraszam, ale nie ma innego słowa”. „Należy zażądać bardzo wysokich odszkodowań, żeby państwo poszło po rozum do głowy” – mówi. Według jednego z projektów „żołnierze »Solidarności«” powinni otrzymywać miesięczne wynagrodzenie w wysokości emerytury oficera Służby Bezpieczeństwa, która według wyliczeń Ministerstwa Spraw Wewnętrznych poczynionych na tę okazję wynosi 3500 zł. Może by taka wysokość zadowoliła zainteresowanych. Niech się Frasyniuk troszeczkę pomęczy i pomnoży tę sumę przez 3 procent Polaków.
Samochwalstwo solidarnościowe Frasyniuka nie zna umiaru: „my jesteśmy pierwszymi żywymi ludźmi, którzy dali wolność i śmiało zasługują na miano bohaterów”. Zasługujemy na to miano jak powstańcy warszawscy, a zasługi nasze większe, bo zwyciężyliśmy bezkrwawo i przeżyliśmy. „Brakuje jasnej, jednoznacznej, nieuwikłanej narracji – wolność i demokrację zawdzięczamy ludziom tamtej »Solidarności«”. Solidaruchy przypominają tych Żydów z anegdoty Salci Landmann, którzy przedłożyli papieżowi rachunek za Ostatnią Wieczerzę. Wyobrażenia Frasyniuka pod względem prawdy znajdują się na poziomie rojeń Macierewicza, ale problem polega na tym, że to oficjalna ideologia obozu panującego. Poglądy powstałe w warunkach ostrego konfliktu politycznego i na użytek walki z przeciwnikiem są nadal uznawane za czystą prawdę. Cudotwórcy. Bez broni, bez ofiar zwalczyli potworny totalitaryzm. Nic innego nie wypada, jak taką sztuczkę bezterminowo podziwiać i za nią płacić.

Wydanie: 40/2013

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy