Studentom z wdzięcznością

Studentom z wdzięcznością

Nie mam wyników odpowiednich badań, nie wiem, czy są robione, opieram się na swoich doświadczeniach w pracy ze studentami/tkami. Opowiadam o nich rzadko, ale i tak zbyt często. Chociaż może bardziej są to jednak opowieści o mnie niż o nich. O tym, czego w nich nie rozumiem, co pozostaje niewyjaśnione, w czym są enigmą lub zaskoczeniem. Mówię tu grzecznie i elegancko, ale w życiu często tak nie jest. Zaskakują mnie rzeczy, które może nie powinny. Są dziećmi swoich czasów, swojej szkoły, swojego otoczenia i środowiska. Łatwo wpaść w ton lamentacji i gorzkich żalów – tylu rzeczy nie wiedzą i uważają, że nic w tym złego czy nieodpowiedniego. Zatem dzisiaj spróbuję inaczej, nigdy wcześniej o nich nie pisałem. Ci i te, na temat których gotów jestem skreślić kilka słów, są inni, tacy, że się chce i że podnoszą na duchu. Studiują dziennikarstwo albo inne „nowe” media, cokolwiek by to miało znaczyć, a znaczy i tak co innego niemal każdego dnia. Trochę jakby studiowali coś, co dopiero się wydarzy.

Ta grupa była niezwykła, nie stosowała tradycyjnych technik unikowych, czyli np. chciała czytać i pisać, była gotowa rozmawiać. Interesowało ich to, czym się zajmowaliśmy. Sami wywalczyli sobie kolejny semestr zajęć – miało ich nie być. Już to jest miodem na serce każdego, kto pracuje z takimi grupami. Cóż, wydarzyło się pierwszy raz.

Nie wchodząc w szczegóły, zajmowaliśmy się opowieściami o świecie zaklętymi w formule reportażu. Czytali kolejne tytuły z najodleglejszych miejsc świata czy o problemach, o których istnieniu nie mieli pojęcia. Pisali własne króciutkie teksty. Pisanie, jak wiadomo, jest umiejętnością skreślania. Próbowali, często ze świetnym rezultatem, zmieścić się w ramach, nauczyć de facto nowego języka opowiadania. Usiłowaliśmy nazwać założenia, jakie towarzyszą takiemu pisaniu. Nasze dociekania rozpostarte były między baśnią o obiektywizmie a walorem pisania subiektywnego, z nazwanej i określonej pozycji czy stanowiska. Co przynosi lepszy efekt? Czy któraś z metod jest uczciwsza i przez to buduje też pogłębioną narrację? Czy autor ma prawo występować w tekście, a jeśli tak, to na jakich prawach, dlaczego i co z tego wynika?

Wisienką na torcie miały być dwa spotkania z uznanymi autorami, obecnymi w świecie dziennikarskim od lat, nagradzanymi, o rozpoznawalnej pozycji zawodowej. Tak się szczęśliwie złożyło, że obaj (oboje, obie?) popełnili w ostatnim czasie książki, których tematykę można nazwać zbliżoną. Specjalnie nie dopowiadam, bo nie chcę personalizować tego sporu.

Zadaniem grupy było tak poprowadzić rozmowę, żeby wydobyć z nich ich przedustawne założenia, żeby poznać metodę i zgłębić tajniki podejścia do tematu, języka, formy tekstu. Udało się aż nadto, modelowo uosabiali dwie szkoły, bardziej odległe od siebie niż falenicka i otwocka. Jeden (nie piszę pierwszy, żeby uniknąć przekazu podprogowego) był wcieleniem mitu obiektywności do tego stopnia, że jego poglądy wygłaszane w tekście zawsze pochodziły z ust kogoś innego. Poza tym uważał, że właściwie on nie ma prawie wcale poglądów, a w szczególności na temat tego, co go w temacie książki naprawdę interesowało. Brawurowo, ze stoickim spokojem dorzucił, że najbardziej lubi, kiedy z tego, co usłyszy, nie trzeba wyciągać żadnych wniosków. Zapewne trudno o bardziej odległe antypody Marksowskiej 11. tezy o Feuerbachu: „Filozofowie rozmaicie tylko interpretowali świat; idzie jednak o to, aby go zmienić”. Drugi odmiennie. Pisze, kim jest i co myśli o bohaterze (z ujawnioną sympatią zresztą), pokazuje konteksty, ustala fakty, daje odczuć swoją fascynację i próbuje zrozumieć, co w tamtym życiu było skomplikowane, brzemienne w skutki. Szuka języka zbliżonego do formy, w którą ubiera styl myślenia i pisania bohatera. Pierwszy tworzy język nadpoprawny i całkiem przezroczysty. Jest przekonany, że nie żywi „żadnych” (sic!) poglądów w głównych kwestiach decydujących o życiu bohatera. Nie zdaje sobie sprawy, że ma nieujawniane poglądy skrajnie przeciwne. Na moje szczęście obie książki doskonale wpisują się w założenia. Po lekturze jednej nie wiemy, po co została napisana, i nie dowiadujemy się ani na poziomie faktograficznym, ani myślowym niemal niczego, co wychodzi poza wikipediastykę. W przypadku drugiej mamy wydarzenie, dyskusję, problematyzację, otwarcie przestrzeni do sporu.

„Nie wierzcie tym, którzy obiecują wam obiektywność” – mówił drugi z nich do studentów. Kiedy podsumowywaliśmy już bez autorów efekt rozmów, przypomnieli ten apel i zgodzili się. Okazali się zdolni do polubienia piosenki, której jeszcze nie znali, uznali przezroczyste, paraobiektywne pisanie za pomyłkę. Jestem z nich dumny. Mieli odwagę myśleć. Jeszcze zabiorą głos.

r.kurkiewicz@tygodnikprzeglad.pl

Wydanie: 25/2021

Kategorie: Felietony, Roman Kurkiewicz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy