Więcej grzechów nie pamiętam

Więcej grzechów nie pamiętam

Samochód był stary i rozklekotany. Brudny śnieg rozbryzgiwał się ponuro, tworząc fontanny błota. Patrzyłam przez szyby na wygaszone, szare miasto, które wyglądało jak szkielet ryby. Siedząc na tylnym siedzeniu taksówki, trzymałam się ze zgrozą za szczękę. Wracałam od dentysty. Był gdzieś z tyłu: ząb szeregowiec, przez całe życie sumiennie wykonywał swoją pracę, a teraz ranny, z opatrunkiem, wysyłał do mózgu pociski bólu. Humor więc miałam nietęgi, pogoda była jak z pocztówki o treści „Zabierz mnie, kochanie, jak najdalej stąd”, i pragnęłam pocieszenia, litowania się nade mną, ulgi, czułej opieki.
– Wczoraj kuzyna pochowałem – zagaił tymczasem taksówkarz. Z niepokojem zerknęłam w lusterko i zauważyłam, że on też w to lusterko, szukając kontaktu, zerka. – Kuzyn, wie pani, raka miał. Raka płuc – dodał z satysfakcją. – Inni palili, palili latami, a ten nic. Nawet, można powiedzieć, sportowiec! Dobrze się chłopak prowadził i żeśmy zawsze jego żonie mówili, że ci się trafiło jak ślepej kurze, chłop nie pije, nie pali, za dupami nie lata. Brokuły jadł. Brokuły, mówią, najlepsze antyrakowe działanie mają. A on jadł brokuły. Był człowiek – nie ma człowieka.
Boże, nie dość, że już ząb myślami chowam w grobie, to muszę jeszcze myślami chować tego jakiegoś przecież obcego kuzyna. I wyobrażać sobie jego biedną żonę nad garnkiem brokułów i jego na pewno wspaniałe dzieci, jego uczciwość i czułość dla świata. – Bardzo panu współczuję. Żałuję pańskiego kuzyna – dodałam. Samochód solidnie nami telepał, śmierdziało w nim starymi swetrami i sfermentowanym obuwiem. Pogłaskałam się litościwie po opuchniętym policzku. Staliśmy w korku, ludzie w swoich autach kłócili się i dłubali w nosie. Chciało im się siku i jeść. – A ja, wie pani, miałem grzybicę – zaczął znienacka taksówkarz. – Na podłożu cukrowym. Bo grzyb rośnie na cukrze, się okazało. Takie lubi środowisko.
Jeeezu! To jest taka tortura, to jest przez Lorda Vadera zła moc wysłana i włożona w tego pana, i włożona w tę taksówkę, i w odpowiednim momencie we mnie skierowana! W końcu dojechaliśmy pod mój nieodległy bloczek, gdzie potupałam bezsilnie na górę, by schować się pod kołdrę po wsze czasy. Do wieczora przy wspomaganiu farmakologicznym ból litościwie się wybolał. Postanowiłam, jak to się mówi, zrobić coś dla siebie. A że bałam się maseczek (od maseczek mam klaustrofobię), bałam się mechanicznego oczyszczania skóry czy innych mikrodermabrazji (każdy by się bał, wystarczy posłuchać, jak to się nazywa!) – postanowiłam wyskubać sobie brwi u kosmetyczki. O tak, na tę bohaterską usługę byłam w pełni gotowa. To mnie na pewno podniesie na duchu, poprawi mój wizerunek. Gabinet w rynku był jasny, przestronny. Pachnące świece subtelnie oczadzały wnętrze wanilią, w wazonach z Ikei drżały gustowne suszki. Na szklanym stoliku leżały czasopisma, a na kredensie znajdował się ekspres do kawy i herbaty – by czekającemu czas się nie dłużył, aby mu sprawić przyjemność. Posłusznie założyłam obuwie ochronne. Miła, dyskretnie umalowana pani zaprosiła mnie do gabinetu. Kiedy położyłam się na kozetce, długo obmywała mi twarz łagodnym, miękkim ręcznikiem i to, muszę przyznać, uśpiło mą czujność. – Wie pani, tak tu sobie miło rozmawiamy, a mnie mąż zdradził. Zdradził mnie wielokrotnie. Przez rok cały zdradzał mnie na wszystkich delegacjach – zaintonowała kosmetyczka. – A najgorsze było to, że taki był wtedy miły dla mnie. Byliśmy w Paryżu. W końcu nawet zaszłam w ciążę. Ale usunęłam. Coś mnie tknęło i usunęłam normalnie. Ale najgorsze było to, że on wtykał tego fiuta w te kobiety, rozumie pani.
O nie, o nie, o nie. I nie ma ucieczki. Nie ma jak się ukryć przed krnąbrnym członkiem męża kosmetyczki, kiedy ja tkwię unieruchomiona z jednym jej łokciem wbitym w moje ramię, ze szczypcami nakierowanymi na moje oko, z nią całą dyszącą nade mną. Boże! A ja przecież tylko na brwi skubanie, a nie na słuchanie strasznych historii bliźniego lub bliźniej! Bolało jak jasna cholera. Oko mi spuchło, łzy płynęły oszukańcze, udające łzy współczucia i litości. Uwierzcie mi państwo, gorzej było tylko u kwiaciarki, którą zarażono gronkowcem.
Wracając od kosmetyczki, patrzyłam na wszelki wypadek na ulicę, szłam szybko z opuszczoną głową. Oby się nie trafił nikt, kogo uruchomi jedno moje spojrzenie, jakiś nieopatrznie wykonany gest. Tego wieczoru postanowiłam się napić. Weszłam do klubu Literatka, usiadłam na stołku barowym. Ulubiony barman zerknął na mnie ze zrozumieniem. – Wytrawne? – zapytał retorycznie. – Wytrawne – odpowiedziałam. Czułam, że on widzi i rozpoznaje wszystkie moje troski. Że jest spowiednikiem doskonałym. Że mógłby mi przynieść ulgę. Barmani – czy to nie oni są najlepszymi psychologami? Ci to dopiero mają przechlapane. Popatrzyłam na niego boleśnie i zaczęłam mówić.

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy