Jest o czym myśleć

Jest o czym myśleć

Profesorskie podejście do kryzysu lewicy jest następujące: SLD jest partią socjaldemokratyczną, zatem chcąc się uzdrowić, powinien zacząć od zdefiniowania socjaldemokratyzmu. Należy przebadać programy wszystkich partii socjaldemokratycznych, jakie istnieją w Europie, znaleźć dla tych programów wspólny mianownik (co jest łatwe, bo one mało się od siebie różnią), zebrać w jedną syntezę poglądy głoszone przez lewicowe autorytety i gdy już będziemy mieli definicję, wydedukować z niej program dla SLD. Nie tylko profesorowie proponują partii takie rozumowanie. Odwoływanie się do już sformułowanych i niejako uświęconych pryncypiów lewicowych, w sytuacji gdy nie wiadomo, co robić i co myśleć, co czyni wielu, jest mniej więcej tym samym co profesorska dedukcja, minus pedanteria.
Nie będę tu opisywał, jak powstają ideologie i partyjne programy; z pewnością nie rodzą się z koncepcji wysiedzianych na zebraniach ani z inteligentnych pomysłów, które komuś strzeliły do głowy.
Ideologią partii, która wytrzymała próbę czasu, a SLD wytrzymała, jest jej historia, realna przeszłość i realny rodowód. Nie w swoim empirycznym przebiegu, lecz w sensie i zrozumiałej wymowie, a więc pod warunkiem że ta przeszłość została przemyślana, „wyprowadzona na jasność”, jak wyrażał się Mochnacki, że została odzwierciedlona jako idea. Liderzy SLD głoszą, że ich partia powstała dokładnie w grudniu 1999 r., i bardzo proszą, aby jej nie postarzać. Jeżeli rzeczywiście jest taka młoda, to niczego istotnego nie możemy o niej powiedzieć. Może ona przyjąć program lewicowy, jak przed wyborami, albo nie mieć żadnego programu, jak podczas rządzenia, może przyjąć poglądy swoich przeciwników, nie mając własnych, co SLD rzeczywiście zrobił. Może ponawiać manifestacje uległości wobec biskupów i zabiegać o względy gejów, jeżeli ci na gwałt zechcą się żenić. Jej tożsamość byłaby bardzo słaba i niepewna. Przywódcy zrobili dużo, aby SLD taką partią się stał. Jednakże operacja odmładzająca prowadzi czasem do oszpecenia, a nawet do kalectwa. Tak się właśnie stało.
W rzeczywistości Sojusz Lewicy Demokratycznej może pretendować do miana jednej z dwu dziś istniejących w Polsce partii historycznych (drugą jest PSL). Wywodzi się z PZPR, ta z Polskiej Partii Robotniczej i z Cyrankiewiczowskiej PPS; liczącym się pod względem ideowym ogniwem genealogicznym była partyzantka GL i AL, można pomyśleć też o Armii Berlinga i na Komunistycznej Partii Polskiej można to cofanie się do początków zakończyć. W historii bywa tak, że pokonani oddają się zwycięzcom nie tylko ciałem, ale i duszą. Liderzy SLD, a także liczni członkowie i aktywiści niższych szczebli uznali, że nie ma potrzeby zastanawiania się nad przeszłością lewicy i Polski, ponieważ obóz solidarnościowy i kościelny już prawdę ustalił. I gdy prawica wykazuje wielką energię w prasie, czasopiśmiennictwie, w przemyśle książkowym, w organizowaniu konferencji, sympozjów, seminariów, w powoływaniu fundacji i instytutów naukowych, a także wyższych uczelni o celach zarobkowo-propagandowych, lewica pozostaje intelektualnie bierna, a nawet bezmyślna. „Ani be, ani me, bo jesteśmy déclassé”.
Masywną propagandę przeciwników uznają za ostateczną wymowę Historii przez duże H.
Chciałoby się powiedzieć aktywistom SLD: nie bójcie się komunistycznego rodowodu swojej formacji. Skoro nie zaszkodził on wielu waszym zajadłym przeciwnikom, to i wam nie zaszkodzi. Pod warunkiem że zdobędziecie się na elementarny obiektywizm w analizie historii.
Po wojnie na lat kilkanaście władzę przejęli komuniści wywodzący się z KPP. Byli to dogmatycy, sekciarze ukształtowani w demoralizujących warunkach konspiracji, niewahający się przed stosowaniem masowego terroru dla urzeczywistnienia swojej utopii i szerzenia swojej ateistycznej religii. Należeli do formacji tzw. niepokornych i reprezentowali ekstremalną wersję politycznego romantyzmu. Ich rządy zostały potępione przez Gomułkę, PZPR się od nich odcięła. Niektórych kapepowców ze szczytów władzy z partii usunięto, niektórzy później sami się wycofali, paru skazano na więzienie. Nie wszystko, co działo się pod ich rządami, mogło być potępione. Rewolucja socjalna, jaka się wówczas dokonała, spełniała postulaty ruchów demokratycznych sformułowane już w pierwszej połowie XIX w. i nie może być mieszana z komunizmem, mimo że komuniści ją przeprowadzili. Hasło Polski Ludowej zostało rzucone już przed Wiosną Ludów. Z czasem także Gomułkowska ideologia i polityka została przez PZPR odrzucona. Pierestrojkę lat 70. spotkał ten sam los. W partii zaszły w końcu przemiany tak głębokie, że ogłosiła wolne wybory, w wyniku których władzę przejął obóz jej przeciwników, panujący nad Polską do dziś nawet wtedy, gdy formalnie nie rządzi.
Historia PZPR ma wyraźną logikę, jest nią odchodzenie od komunizmu, zakończone jednoznacznym zerwaniem z tą utopią. Ten proces przemiany zachodził w kontekście dwu wersji politycznego romantyzmu: komunistycznej utopii i demokratycznej dysydencji. W ówczesnych warunkach podziału Europy i zimnej wojny romantyzm dysydencji był dla kraju nie mniej, choć inaczej, niebezpieczny niż utopia komunistyczna. Wystarczy sobie wyobrazić, że do KOR-u przystępuje milion ludzi. Chyba nikt nie ma złudzenia, jakie to przyniosłoby skutki w czasie, gdy doktryna Breżniewa obowiązywała na serio.
Gdyby w PRL istniała wolność słowa, gdyby nie przymus owijania faktów w drętwą mowę, kamuflowania sensu wydarzeń za pomocą marksistowskiego idiomu, przemiany, jakie realnie w partii zachodziły, znalazłyby wyraz w ideologii politycznego realizmu. Ta ideologia byłaby najcenniejszym dziedzictwem SLD, gdyby nie zniewolenie umysłowe, w jakie ta partia popadła. Odrzuciła ze strachu przed propagandą przeciwników najważniejsze nauki wynikające z historii i doszła w tym aż do ogłupienia, bo jak inaczej nazwać pomysł oficjalnego, państwowego uczczenia powstania warszawskiego, gdy wychodzi on od SLD.
Znalazłem kiedyś w „Przeglądzie” opinię, że SLD nie jest tak pozbawiony ideologii, jak się mówi. Jego ideologią – pisał autor – są poglądy „Gazety Wyborczej”. Nie zauważyłem tego momentu, gdy lewica postpeerelowska uznała „Gazetę” za swoją przewodniczkę ideową. Stało się to widoczne dla każdego, gdy liderzy lewicy po ostatnich wyborach zaczęli na łamach „Gazety Wyborczej” spowiadać się z błędów swojego życia. Jeden się skarżył, że był prześladowany, drugi tłumaczył, że jako amerykanista uprawiał źle widzianą profesję, a w PZPR znalazł się przez własne niedopatrzenie, trzeci dziękował „Solidarności” za obalenie komunizmu, dzięki czemu on mógł zostać ministrem, czwarty się chwalił, że kształcił się na „Kulturze” paryskiej. Jakoś nie przychodziło im do głowy, że ich stały (dotąd) elektorat może czytać „Gazetę Wyborczą” i coś sobie o tym wszystkim może pomyśleć.

Wydanie: 10/2004

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy