Nie trzeba głośno mówić?

Nie trzeba głośno mówić?

BEZ UPRZEDZEŃ 

W sporze na temat WiN najosobliwszy wydał mi się głos młodego publicysty, domagającego się od Mieczysława Rakowskiego, aby okazał wdzięczność tej organizacji, która walczyła o wolność również dla niego. Nie mogę się przyzwyczaić do tego, że nawet skądinąd inteligentni ludzie dopatrują się związku przyczynowego między powstaniem warszawskim, działalnością rządu londyńskiego a teraz organizacją WiN, a obecną demokracją i wolnością. Czy powstańcy albo Winowcy stawiali sobie cele, które miały być osiągnięte za lat 40? Mogli sobie takich celów nie stawiać, a związek przyczynowy mógł zachodzić. Czy zaszedł? Jak zauważył Schumpeter, ludzie, przechodząc od własnych interesów do myślenia o polityce, tracą połowę swoich władz umysłowych. Połowę albo i więcej. Między tymi odległymi o pół wieku stanami rzeczy może zachodzić jedynie związek mitologiczny. Ale to za wielkie słowo; ten związek jest fikcyjny, ustanowiony propagandowo. Nie wstępował do konspiracji, w 1945 roku, kto był przekonany, że system komunistyczny będzie panował pół wieku. Kto dziś robi w polityce cokolwiek z myślą o tym, co ma nastąpić za następne 45 lat? Kto jest w stanie to przewidzieć? Pytanie należałoby postawić ściślej: kto jest gotów poświęcić zdrowie, życie, a choćby swoją zwykłą, codzienną wygodę dla czegoś dobrego, wspaniałego, najwspanialszego, co ma się stać za 45 lat? Powiedzą mi na to: to się tylko tak mówi, że WiN walczyła o naszą dzisiejszą wolność i niepodległość. W istocie chodzi o ocenę wzoru postępowania, o złożenie hołdu ideałowi. Z tego punktu widzenia sprawa obrońców WiN przedstawia się jeszcze gorzej. Gdy toczy się walka, nic nie zastąpi zwycięstwa. Jakie zwycięstwa odniosła WiN? Żadnych. Jeśli udało się gdzieś uwolnić więźniów, to tylko z takim skutkiem, że wkrótce oni byli ponownie łapani i więzieni w jeszcze gorszych warunkach. Kościół czci męczenników, przyjmując pewnik, że ich cierpienia i krew mistycznie przeobrażają się w siłę Kościoła i ostatecznie służą umocnieniu wiary. W polityce nie ma nic mistycznego, jej celem nie jest umacnianie wiary. Sejm, uchwalając apologię walki politycznie niedorzecznej, a w wymiarze losów ludzkich tragicznej, przyczynił się do umocnienia tej tradycji, która Polsce przynosiła same szkody. (Polecam niedawno wydaną książkę Lecha Mażewskiego “Powstańczy szantaż”, nie każdy może sobie pozwolić na samodzielne studia historyczne). Sojusz Lewicy Demokratycznej słusznie postąpił, wstrzymując się od głosu, gdy Sejm uchwalał apologię politycznego już nie irracjonalizmu, lecz desperacjonizmu. Konspiratorzy powojenni byli w istocie desperatami, przed którymi nie było dobrego wyjścia. Gdy się czyta książki o poakowskiej konspiracji, bolesna żałość przeważa nad wszystkimi innymi uczuciami i utrudnia rozumowanie. Dobrze się stało, że SLD nie głosował przeciw apologii, ponieważ ogrom nieszczęścia, jaki stał się udziałem członków WiN, z błędu politycznego robi zjawisko prawie sakralne, od którego niewierzący powinni się raczej odwrócić, niż je krytykować. Polityczni desperaci nie są pozbawieni pewnego rodzaju chytrości, gdy w razie niepowodzenia starają się nieszczęście powiększyć do takich rozmiarów, aby wywołać raczej zgrozę niż krytykę. W postępowaniu gen. Okulickiego zwłaszcza taka logika jest widoczna.
Nie twierdzę, że Polska została po wojnie w pełni wyzwolona. Nie jest dla mnie nie do przyjęcia pogląd, że Sowieci wprowadzili swoją okupację. Inaczej bym to określił, ale zasadniczo nie uznaję tego twierdzenia za fałsz. Ale czy ta radziecka okupacja spadła niespodziewanie jak grom z jasnego nieba? Czy nikt jej nie przewidział? Politycy ówcześni, podobnie jak obecni, uważali się za znawców Rosji i bolszewizmu, czego więc spodziewali się na trasach pochodu Armii Radzieckiej po wojnie? Stalin, Mołotow w rozmowach z zachodnimi aliantami powtarzali, że w Polsce żadna Armia Krajowa nie istnieje. Czy do polskich polityków w Londynie to nie docierało? Jeżeli byli takimi znawcami bolszewizmu, za jakich się uważali, powinni byli zwracać uwagę nie na to, że Stalin kłamie, lecz że mówi prawdę, zapowiadając eliptycznie unicestwienie AK. Pojawiła się w druku hipoteza, że istniała już dywizja NKWD do likwidacji AK w Warszawie. Ja w to wierzę.
Józef Mackiewicz z motywów antykomunistycznych krytykował AK za to, że działała po stronie swego drugiego wroga. Nikt nie chciał się wsłuchiwać w jego racje, ani się poważnie zastanowić nad dylematem. Stanowisko Mackiewicza było nie do przyjęcia co do istotnej treści, ale nad tym, co będzie, gdy Stalin zacznie spełniać swoje zapowiedzi, należało się zastanowić. Nie można sobie wyobrazić polskiego ruchu oporu poza aliansem antyhitlerowskim, którego potężnym członem był ZSRR. Czy jednak musiał być do tego stopnia sformalizowany, ukadrowiony, zewidencjonowany i czy musiał w warunkach okupacyjnych być zmilitaryzowany? Wojsko mieliśmy na frontach wschodnim i zachodnim i to by wystarczyło. Wszyscy są zafascynowani oddziałami leśnymi, zamachami, potyczkami itp. Czy ktoś porównał ofiary w ludziach, spowodowane przez AK po stronie polskiej i niemieckiej? Fanfaronada była widoczna nie tylko w pojedynczych czynach, ale w całej strukturze Armii Krajowej. Jej struktura nosiła cechy oficerskiej próżności. Obecne pokolenie historyków ma równie błędną hierarchię wartości jak większość sejmowa i oczywiście nie potrafi zdobyć się na obiektywizm. Przyjdą jednak kiedyś rewizjoniści i wykażą, że najbardziej zasłużoną organizacją czasów okupacji niemieckiej była Rada Główna Opiekuńcza.
Armia Krajowa znalazła się w 1944 r. w pułapce. Groziło jej jeszcze zniesławienie przed światem, jako organizacji “faszystowskiej”, bo Rosjanom wówczas wierzono na słowo. Części członków AK udało się jakoś z pułapki uwolnić. Organizacja Wolność i Niezawisłość weszła jeszcze głębiej w matnię. Można nad tym płakać, ale podziwiać nie ma czego.

Wydanie: 14/2001

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy