Co będzie potem

Obracając się w świecie łże-elit, a więc ludzi jako tako wykształconych, inteligentnych i obytych, coraz częściej spotykam się z pytaniem: kiedy to się skończy?
Otóż jeśli mam wobec łże-elit jakieś zarzuty, to głównie z powodu ich naiwności. To bowiem – a domyślam się, że chodzi tu o powstające właśnie zręby IV RP – z pewnością nie skończy się samo. Nie skończy się gospodarczo, ponieważ w nadchodzącym czasie spadnie na nas fura unijnych pieniędzy. Nie skończy się też przy społecznej bierności czy demonstracyjnej izolacji, w której uczestniczą także łże-elity. Nie skończy się, jeśli środowiska opozycyjne będą rozbite, nie zdołają się porozumieć i pozbierać, zerkając przy tym jednym okiem, czy nie dałoby się nawet w tej IV RP jakoś się urządzić. Nie skończy się wreszcie tak długo, dopóki nie zrozumiemy, że IV RP nie jest po prostu zbiorem nieszczęśliwych przypadków, lecz dość konsekwentnie wdrażanym systemem, jakiego jeszcze nie mieliśmy.
Oczywiście jak wszystko na tym świecie, tak i IV RP prędzej lub później dojdzie do swego kresu, pytaniem jednak znacznie ważniejszym jest dla mnie nie kiedy, ale czym się to skończy.
Po IV RP pozostaną bowiem rozmaite relikty, z którymi nadal będziemy mieli do czynienia. Jedne z nich, obyczajowe na przykład, są stosunkowo łatwe do usunięcia, wystarczy je wywieźć wraz z ich nosicielami. Myślę też, że przy odrobinie zręczności będzie też można rozwiać nie najlepszy zapaszek, jaki unosi się teraz nad Polską, i odbudować zaufanie Europy, spłoszonej dzisiaj naszymi zachwytami nad karą śmierci, niechęcią do ochrony przyrody czy klerykalizacją.
Groźniejsze natomiast są pozostałości trwałe, trudne do usunięcia, ponieważ wgryzają się one w społeczno-polityczną materię Polski, w jej strukturę państwowo-prawną, a także w narodową mentalność i będą hamowały nasz rozwój.
Właśnie wybuchła sprawa Jacka Kuronia, którą za podszeptem IPN, tajnej policji od śledzenia przeszłości, i z IPN-owskich materiałów sprokurowało pismo „Arcana”, a „Życie Warszawy” pod tytułem „Kuroń prowadził negocjacje z SB” rozdmuchało na cały kraj.
Oczywiście natychmiast odezwały się głosy, od Wałęsy po łże-elity i Michnika, że posądzanie Kuronia o konszachty z SB jest absurdem, a pisać coś takiego mogą jedynie młodociani kretyni, którzy nie rozumieją, że cała polska transformacja ustrojowa była wynikiem negocjacji pomiędzy solidarnościową opozycją, Kościołem i rządem PRL, w czym Kuroń brał znaczący udział.
Myślę jednak, że obrońcy Kuronia powinni mieć też jasną świadomość, że nie o Kuronia tu chodzi, lecz o nich. Chodzi o wszystkich, którzy zamiast wojny domowej i rzezi wybrali aksamitną transformację ustrojową.
Ludzie z „Arcanów”, „Życia Warszawy” i IPN doskonale bowiem wiedzą, że piszą nieprawdę, ale piszą ją na zamówienie polityczne. Jest nim przedstawienie Okrągłego Stołu – najmądrzejszego polskiego czynu politycznego w XX w. – jako aktu zdrady narodowej, jako tajnego, zawartego nie przy stole, ale pod stołem złodziejskiego układu solidarnościowych łże-elit ze zbrodniczą komuną.
Autorzy tej wersji nie zastanawiają się, co by było, gdyby nie Okrągły Stół. Zdaje się im, że tak jak teraz hulaliby radośnie na łamach prasy, a komuna byłaby już dawno wyrżnięta do nogi i leżała bez żadnej lustracji i IPN w zbiorowych mogiłach gdzieś blisko śmietnika.
Jest to wizja paranoiczna, ale bez skompromitowania Okrągłego Stołu niemożliwa jest IV Rzeczpospolita, reklamowana jako czyszczenie stajni Augiasza, którą – zdaniem obecnych naszych władców – było odpowiedzialne, trudne i wymagające prawdziwego patriotyzmu pokojowe oddanie władzy w Polsce Ludowej demokratycznej opozycji, co wprawiło w zachwyt cały świat.
Otóż obawiam się, aby trwałym remanentem po IV RP nie okazało się właśnie wbicie do głów tej wersji najnowszej historii. Byłaby to wskazówka katastrofalna, pokazująca przyszłym pokoleniom, że szansa Polski leży nie w porozumieniu i współpracy jej obywateli, lecz po stronie głupoty i nienawiści.
Ale o to może chodzi?
W spadku po IV RP pozostaną także fakty prawne o dewastującym działaniu. Trwa awantura o brutalnie narzuconą przez rząd ordynację wyborczą do samorządów. Wylicza się, na czym polega to oszustwo wyborcze dokonane jeszcze przed liczeniem głosów, ale przecież nie to jest najważniejsze. Naprawdę bowiem w ordynacji tej chodzi o to, aby zlikwidować w Polsce samorząd, a przewodniczący sejmowej Komisji Samorządowej, z PiS oczywiście, nie przypadkiem już teraz mówi we freudowskim przejęzyczeniu o „samorządzie państwowym”.
Otóż najbardziej twórczą myślą także dawnej opozycji demokratycznej była myśl o „Polsce samorządowej”. Nie państwo bowiem, rząd czy prezydent, ale samorząd oznacza naprawdę oddanie władzy w ręce obywateli. Jest instrumentem, w którym naprawdę liczy się poszczególny człowiek i jego interesy. Wpływ na państwo obywatel ma raz na cztery lata, wpływ na samorząd ma co dzień, mówiąc o państwie, mówi o abstrakcie, mówiąc zaś o samorządzie lokalnym, mówi o bliskim mu konkrecie. I jeśli teraz czytam na przykład, że we wsi Potarzyca istnieje jedyne w Polsce, a może i w Europie, profesjonalne wiejskie planetarium, które zbudował miejscowy nauczyciel ze swymi uczniami, to nie potrzebuję więcej argumentów, aby bronić Polski samorządowej.
Celem nowej ordynacji jest sparaliżowanie samorządów, upartyjnienie ich i oddanie państwu. To ciężki cios zadany przyszłości kraju.
Trzecim wreszcie ważnym zniszczeniem, którego jesteśmy właśnie świadkami, jest nowy system oświatowy. Ostatnio minister Giertych zarządził, aby podzielić uczniów. Tych, którzy grzecznie podporządkują się szkolnemu drylowi i indoktrynacji narodowej, zostawić w szkołach, opornych zaś przenieść do szkół specjalnych. Pedagodzy, nauczyciele, psychologowie przekonują błagalnie, że celem szkoły jest wychowywanie uczniów, a im trudniejszy i mniej pokorny jest uczeń, tym ważniejsza jest rola szkoły, ale minister wie swoje. Wie, że świadectwo szkoły „specjalnej” będzie wilczym biletem, idącym w świat za jego posiadaczem, a do szkół specjalnych pójdą nie tylko ci, którzy nakładają żyrandol na głowę belfra, ale również ci, którzy wątpią, że bitwa pod Kircholmem była najważniejszą bitwą świata lub że homoseksualizm jest chorobą.
Ale o to przecież chodzi.
IV RP niemożliwa jest bowiem bez selekcji obywateli. Na OZI i nie OZI, których wskazuje IPN. Na tych, którzy mają na świadectwach maturalnych stopień z religii, i tych, którzy go nie mają. Na tych, którzy skończą szkoły normalne i szkoły specjalne. Podział daje swobodę rządzenia, a także swobodę szczucia, niezawodnej metody, przed którą coraz trudniej jest umknąć żywym i umarłym.

 

Wydanie: 36/2006

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy