Smog w polityce

Smog w polityce

Spór o Trybunał Konstytucyjny może mieć dobre skutki edukacyjne, przypominając w sposób emocjonalny, a więc zapadający głęboko w pamięć, na jakich zasadach opiera się demokracja. Pokazuje on ponadto, jakie różnice zachodzą między partiami obozu solidarnościowego, i stawia pytanie, czy taki obóz istnieje. Mimo różnic wygłaszanych w gwałtownych słowach, widać jasno, że istnieje, ma wspólnych bohaterów, wspólnych wrogów i – jak mówią doktoranci nauk społecznych – wspólny mit założycielski. To są mocne spoiwa, z pewnością silniejsze niż różnice poglądów na temat Trybunału Konstytucyjnego.

Partia PiS osłabia rolę konstytucji, aby mieć wolną rękę w zwalczaniu „komunistów i złodziei”. Patrząc na sposób działania nowej władzy, można być spokojnym o bezpieczeństwo złodziei – burze polityczne zazwyczaj przechodzą wysoko ponad ich głowami – w gorszym położeniu znajdują się „komuniści”. Te nazwy – komuniści, postkomuniści – z roku na rok rozszerzają swoje znaczenie, a logicy mówią, że im pojęcie ma szerszy zakres, tym mniej w nim treści, czyli komunistą i post… może być każdy na zasadzie mianowania.

W propisowskim tygodniku „Do Rzeczy” przeczytałem, że nie należy utożsamiać postkomunizmu z lewicą, bo istnieje już – chwilowo błądząca – młoda lewica propisowska, a na prawicy postkomunistą jest Roman Giertych („Do Rzeczy”, 10.01.2016). Postkomuna to „także kapitaliści”, nie dziwi więc, że Ryszard Petru jest popierany przez postkomunistyczne media (tamże). „Służby specjalne także są postkomunistyczne i dlatego zostaną przebudowane” (tamże, s. 38).

Druga strona obozu solidarnościowego takie samo doskonale oszlifowane oskarżenie kieruje przeciw partii Kaczyńskiego. W „Gazecie Wyborczej” tytuły wszystko mówią: „Premier Szydło mówi językiem PRL”, „Jak za Gomułki”; lider „Krytyki Politycznej” w TVN 24 twierdzi, że PiS jest spadkobiercą PZPR; Agnieszka Holland (PRZEGLĄD) przypomina sławny dogmat wygłoszony przez Czesława Miłosza mową wiązaną, więc tym prawdziwszy: „Jest ONR-u spadkobiercą Partia”, co w obecnych okolicznościach znaczy, że spadkobiercą Partii jest ONR, czyli PiS. Widywałem Henryka Hollanda, nie wiedziałem, że Leszek Kołakowski przyjaźni się ze spadkobiercą ONR-u.

Premier Szydło mówi językiem PRL? A jakim ma mówić? Angielskim, jak doktor habilitowany na stażu w Ameryce? Polacy mówią nadal tym samym językiem co w PRL. Partia nie była spadkobiercą ONR-u. PiS nie jest spadkobiercą PZPR. Roman Giertych nie jest postkomunistą nawet w najmniej treściwym sensie tego słowa. To są przykłady wzięte tylko z powierzchni solidarnościowej wieży Babel. Obie partie mają ten sam slogan bojowy „Precz z komuną!” i, jak widać, nie wyobrażają sobie, że w polityce może pojawić się inny rodzaj zła czy wady niż PRL i komuna. Te krzyki: „Gomułka”, „PRL”, „komuna”, wydawane przez obie strony, znoszą się i nic po nich nie pozostaje. Obóz solidarnościowy jest nadal całością spojoną wyobrażeniem wroga z lat 80.

Bezczelność partii PiS w poczynaniu sobie z konstytucją musi zastanawiać. W kraju choć trochę przyzwyczajonym do rządów prawa nie mogłoby to w ten sposób przebiegać, ale kto mówi, że Polska jest do takich rządów przyzwyczajona? Toczyły się i są przygotowywane procesy polityczne, ale żadna gazeta nie odważyła się nazwać ich politycznymi. Wojciech Jaruzelski i inni generałowie byli sądzeni jako przestępcy pospolici, członkowie „związku przestępczego o charakterze zbrojnym”, prywatnego gangu, który podporządkował sobie armię, policję i administrację państwową.

Nie należy szukać okoliczności pobocznych, które umniejszyłyby wagę sporu o konstytucję, ale nie wolno też zapominać o haniebnych praktykach sądowych przebiegających przy całkowitym milczeniu Trybunału Konstytucyjnego. Mam bardzo ograniczony szacunek dla prezesa Trybunału prof. Rzeplińskiego, współtwórcy IPN. Nie ma nic bardziej sprzecznego z konstytucją niż ten instytut prania mózgów i poniżania obywateli.

Dochodzenie do takiego lekceważenia prawa, na jakie pozwala sobie obecna większość parlamentarna, dokonywało się etapami. Gdy tylko Solidarność wygrała wybory, natychmiast pogwałciła umowy zawarte przy Okrągłym Stole. Partnerów, z którymi negocjowała – uznając ich zgodnie z rzeczywistością za legalną władzę – ogłosiła winowajcami, przestępcami, zdrajcami i najważniejszym z nich wytoczyła procesy kryminalne. Wprowadziła kategorię zbrodni komunistycznej, która jest tak samo nie do pogodzenia z konstytucją jak ze zdrowym rozsądkiem. Chociaż Solidarność doszła do władzy na drodze legalnej, ogłoszono stan porewolucyjny, podczas którego z przegranymi można robić, co się chce. Ten stan został złagodzony dzięki temu, że Polska przyjęła zachodnie instytucje polityczne – demokratyczne i liberalne, ale mimo to setkom tysięcy, a może milionom ludzi wyrządzono krzywdy. Zapanowały stosunki polityczne znośne, ale obóz panujący cały czas czuł się niespełniony i marzył o czymś więcej. To, o czym marzył, widać było w wybuchach entuzjazmu z powodu obu rewolucji w Kijowie – „pomarańczowej” i „godności”. Pierwszy wybuch entuzjazmu nastąpił, gdy wynik wyborów prezydenckich został unieważniony i tamtejszy odpowiednik sądu konstytucyjnego ogłosił trzecią turę wyborów. Drugim razem polska klasa polityczna oszalała z radości, gdy legalny prezydent Ukrainy został obalony sposobem uzbrojonego buntu. Również inne przejawy anarchii połączonej z przemocą fizyczną na Ukrainie spotykają się z aprobatą polskich polityków i dziennikarzy. Te wybuchy entuzjazmu zdradzają, co w duszy gra solidaruchom. Również w sferze ideologicznej następuje zbliżenie szowinizmów polskiego i ukraińskiego.

Od pewnego czasu zauważa się w Polsce spadek pozytywnego zainteresowania Europą Zachodnią; euroentuzjaści stają się eurosceptykami, eurosceptycy euromalkontentami. Równolegle następuje ukrainizacja Polski, której obecne gwałty na konstytucji i Trybunale są oczywistym potwierdzeniem.

Wydanie: 1/2016

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony