Władek

Władek

W ostatnią środę, zaraz po godz. 6 rano, policja zatrzymała Władysława Frasyniuka w jego wrocławskim mieszkaniu i doprowadziła do prokuratury, gdzie został mu postawiony zarzut popełnienia przestępstwa (rzekomo czynnej napaści na funkcjonariuszy w trakcie kontrmanifestacji w Warszawie podczas jednej z miesięcznic).

Prawdą jest, że Frasyniuk bodajże dwukrotnie dostawał wezwanie do prokuratury, która chciała przedstawić mu ten zarzut. Nie stawił się, co więcej, publicznie zapowiedział, że się nie stawi. Swoje postępowanie uzasadniał, najogólniej rzecz biorąc, tym, że jest to jego forma nieposłuszeństwa obywatelskiego wobec władzy, która jawnie łamie konstytucję. Demonstrując to nieposłuszeństwo, Frasyniuk był świadom, że naraża się na konsekwencje przymusowego doprowadzenia. Działał świadomie.

Dezaprobatę dla władzy można wyrażać w różny sposób. Frasyniuk wybrał właśnie taki. Można dyskutować, czy wybrana przez niego forma protestu była słuszna, czy nie. Ale on zdecydował się na taką i miał do tego prawo. Trzeba uszanować jego wybór i ja ten wybór szanuję.

Liczył się z tym, że zostanie przymusowo doprowadzony. Prokuratura miała prawo niestawiającego się na wezwanie doprowadzić przymusowo, a doprowadzenie zlecić policji. Tak też się stało. Wykonując zlecenie prokuratury, policja miała prawo, a nawet obowiązek zatrzymać Frasyniuka i postawić przed obliczem prokuratora. Tyle że zgodnie z art. 15 ust. 6 ustawy o policji zatrzymanie powinno być wykonane „w sposób możliwie najmniej naruszający dobra osobiste” osoby zatrzymywanej. Czy podczas zatrzymania Władysława Frasyniuka konieczne było skucie go kajdankami z tyłu? Czy deklarujący obywatelskie niebezpieczeństwo Frasyniuk był dla zatrzymujących aż tak niebezpieczny, że musiano go skuć? W dodatku z rękami do tyłu? Czy rzeczywiście było to zatrzymanie dokonane w sposób „najmniej naruszający dobra osobiste” zatrzymywanego? Mam wątpliwości. Czy była to nadgorliwość funkcjonariuszy, czy wykonywali oni tylko szczegółowe zlecenie dane im z góry? Wiemy już z niedawnej przecież historii, z lat 2005-2007, że sprawę zakuwania w kajdanki osoby zatrzymywanej zdarzyło się uzgadniać na najwyższym szczeblu państwowym. Czy tym razem też tak było? Mamy prawo to podejrzewać. Prędzej czy później dowiemy się prawdy.

Przedstawiciele władzy i ich gorliwi dziennikarze propagandziści próbują przedstawić całą sprawę tak, że przecież wszyscy są równi wobec prawa, a Frasyniuk stawiał się ponad prawem.

Nie znają instytucji nieposłuszeństwa obywatelskiego, bo nie rozumieją, na czym polega społeczeństwo obywatelskie i sama obywatelskość. Może więc trzeba przypomnieć, na czym nieposłuszeństwo obywatelskie polega i jakie są jego źródła moralne. Już św. Tomasz z Akwinu twierdził, że ludzie mają prawo, a nawet obowiązek wypowiedzieć posłuszeństwo władzy, która jest tyranią. Mają prawo, a nawet obowiązek, sprzeciwić się prawu w imię moralności. Patroni nowożytnej Europy, Tomasz Morus i Tomasz Becket – nawiasem mówiąc święci Kościoła rzymskiego – tak właśnie postąpili i zapłacili za to życiem.

W czasach bardziej nam współczesnych, w XIX w., Henry David Thoreau (twórca terminu civil disobedience, który tłumaczymy właśnie jako nieposłuszeństwo obywatelskie) odmówił rządowi Stanów Zjednoczonych płacenia podatków, protestując w ten sposób przeciw niewolnictwu, traktowaniu Indian i wojnie z Meksykiem. Współczesnym klasykiem nieposłuszeństwa obywatelskiego był Mahatma Gandhi, który odżegnując się od stosowania przemocy, demonstracyjnie wzywał do nieposłuszeństwa wobec prawa angielskich kolonizatorów. Podobnie Charles de Gaulle wzywający Francuzów do nieposłuszeństwa rządowi Vichy i jego prawom. Również Martin Luther King, który walcząc z amerykańskim rasizmem o równouprawnienie Afroamerykanów, nawoływał do niestosowania przemocy, a jedynie do bojkotu praw godzących w równouprawnienie, nakazujących segregację rasową. Do nieposłuszeństwa obywatelskiego wielokrotnie nawoływali Jacek Kuroń (jego słynne: „Nie palcie komitetów, zakładajcie własne”) czy Lech Wałęsa, przywódca strajku w Stoczni Gdańskiej i wyrosłej w jego czasie Solidarności.

Jak pokazuje historia, wszystkich tych ludzi, działających w różnych warunkach, łączy niewątpliwie jedno – wszyscy w końcu wygrali, choć, może z wyjątkiem de Gaulle’a, zapłacili za to wysoką cenę. King nawet cenę życia. Przegrali zaś ci, którzy chcieli swoje prawo wbrew nieposłusznym obywatelom egzekwować.

Nie ma co, Władku, znalazłeś się w znakomitym towarzystwie.

Wydanie: 8/2018

Kategorie: Felietony, Jan Widacki

Komentarze

  1. 2 sort
    2 sort 5 lipca, 2018, 07:28

    Panie profesorze…kto, co Pan pisze, w tym kraju rozumie???

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy