Soso zwycięża po latach

16 stycznia 2002 r.

Kilka godzin temu przegrałem walkę – nie, wróć – to za duże słowa, nie powiodły mi się legislacyjne starania o definitywne wyrugowanie z polskiej praktyki sądowniczej instytucji tajnych procesów, czyli oczywistego spadku po epoce stalinowskiej. Cóż, Soso zwyciężył zza grobu w pół wieku po śmierci. Co młodszym czytelnikom wyjaśniam, że Soso to pieszczotliwy pseudonim z okresu dzieciństwa Józefa Wisarionowicza Dżugaszwili, znanego w historii jako Stalin. Więc Soso wygrał wspomagany jednoznacznie przez grupę posłów z Sojuszu Lewicy Demokratycznej, przez posłów prawicy i przez panią prokurator z Ministerstwa Sprawiedliwości oraz młodego reprezentanta sejmowego Biura Legislacyjnego.
Jak to było, opowiem. Horror. Zaczęło się na sali Izby Poselskiej, kiedy przemawiałem w sprawie zgłoszonej przez pana prezydenta RP nowelizacji ustawy lustracyjnej, będącej żywym spadkiem po epoce totalitarnej. Uchwalona przez Sejm kilka lat temu ustawa lustracyjna zawierała rozwiązania procesowe dopuszczające powrót do sądzenia ludzi w trybie tajnym, przy drzwiach zamkniętych. Jest to rozwiązanie jawnie sprzeczne ze starą, już 50-letnią konwencją Rady Europy, uchwaloną w roku 1950 w Rzymie, która w artykule 6 zatytułowanym „Prawo do rzetelnego procesu sądowego” stanowi w punkcie 1 m.in.: „Postępowanie przed sądem jest jawne, jednak prasa i publiczność mogą być wyłączone z całości lub części rozprawy sądowej ze względów obyczajowych, z uwagi na porządek publiczny lub bezpieczeństwo państwowe…” (całości wyłączeń nie cytuję, ale chodzi w ustawie o dobro publiczne szeroko rozumiane).
Przepisałem w tej poprawce część powyższego artykułu i sprawa trafiła na posiedzenie połączonych komisji sejmowych: Spraw Administracyjnych i Sprawiedliwości. Jako autor poprawki zostałem zaproszony na to posiedzenie. Powiedziałem, co należało i rozpoczęło się zbijanie moich racji. Zaczął pewien poseł SLD, który twierdził, że moja poprawka otwiera drogę rzecznikowi interesu publicznego do wywlekania na jaw różnych przykrych dla sądzonego szczegółów sprawy, znanych z dokumentów bezpieki. Pani prokurator i młody legislator opowiadali się za inną poprawką do tejże ustawy, która została wcześniej wniesiona przez komisję opracowującą projekt, a polegającą na tym, że postępowanie lustracyjne powinno być podporządkowane zasadom kodeksu postępowania karnego, które dają sądzonemu szansę jawnej rozprawy, wobec czego moja poprawka jest raczej szkodliwa dla osoby podejrzanej o kłamstwo lustracyjne niż pożyteczna.
O tej poprawce zresztą wiedziałem, gdy konsultowałem z Biurem Legislacyjnym treść mojej propozycji, lecz obawiałem się, że gdyby ktoś obalił wniesienie tej ponoć korzystnej poprawki, to tajne procesy wróciłyby w pełni chwały. Posłowie prawicy także nie szczędzili argumentów, by nie dopuścić do przyjęcia mojej poprawki i stało się, jak chcieli. Głosowanie przegrałem. Ale rozwiązanie, być może wcześniej przygotowane, czekało niejako za płotem. Po mojej poprawce poddano pod głosowanie wniosek posła nieobecnego na sali, żądający skreślenia z dyskutowanej listy poprawek tej, która poddawała postępowanie lustracyjne zasadom kodeksu postępowania karnego. I co państwo powiecie – ta poprawka została migiem skreślona przy czynnym udziale posłów SLD i prawicy. Soso zwyciężył.
Źle się stało, gdyż przebieg sprawy potwierdził wiele obaw co do kierunku przemian w Polsce po zwycięstwie lewicy. Wielu ludzi obawiało się powrotu do utrwalonych przez długie lata totalitarnych zasad rządzenia. Może warto tu jeszcze dodać, że pierwotna propozycja prezydenta RP – co do nowelizacji przepisów tej ustawy określających istotę współpracy z aparatem bezpieki – została już wcześniej wykoślawiona poprawką tak bardzo zmieniającą wolę prezydenta, iż lustracja jako taka – jeśli postępowanie legislacyjne pójdzie dalej w tym kierunku – zostanie sprowadzona do fikcji, gdyż do tego zmierza przyjęta zmiana treści przepisów.
Nie jestem adoratorem ustawy lustracyjnej. Jak wiele razy mówiłem, ustawa ta stała się narzędziem prymitywnej walki politycznej „na kwity”. Kto lepszy wygrzebie w archiwach SB i UOP, ten wygra. Moją dość obszerną wiedzę na ten temat mogę tylko tak ogólnie zasygnalizować, bo obowiązują mnie pewne rygory jako byłego marszałka sejmowego. Czy ta jej funkcja walki politycznej oznacza jednak konieczność powrotu do metod i zasad rodem z epoki państwa totalitarnego? Zaskakujące jest jeszcze to, że zawsze skłócone, wydawałoby się na śmierć i życie, lewica z prawicą, tym razem zgodnie utrupiły wspólnie próbę demokratyzacji procesów lustracyjnych, wzorowanych na przebrzmiałych normach moralnych stalinizmu.
Może jeszcze Senat coś zmieni, ale szansa jest mała. To jest także sygnał, wręcz czerwone światło dla mojej Unii Pracy, że koalicyjne nadzieje napotykają na silne, może nawet coraz silniejsze zapory poststalinizmu, żywego w wielu umysłach posłów i lewicy, i prawicy. Współtworząc tę koalicję, miałem nadzieję na szybką odbudowę elementarnych zasad demokracji, tak brutalnie przez ostatnie cztery lata gwałconych przez rządy prawicy. Ale okazało się, że ciągoty, by sobie pofiglować na polu praw człowieka i podstawowych wolności, są w naszej nowej Polsce bardzo silne. Ufam jednak, że nadejdą chwile opamiętania i cała ta lustracja pójdzie w diabły. W moich oczach śmierć zadała jej już dawno sprawa Olechowskiego, który jawnie ogłosił się byłym szpiegiem Układu Warszawskiego w państwach demokracji zachodniej i mimo tego cieszy się sympatią i szacunkiem Polaków, zdobywa wielkie poparcie polityczne. Pozostaje jednak w mojej głowie trwała zadra wywołana tą poprawkową manipulacją.

 

Wydanie: 3/2002

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy