Prywatna sprawa ministra (u schyłku ery białego człowieka)

Prywatna sprawa ministra (u schyłku ery białego człowieka)

Uważani przez wielu za wzór cnót dziennikarskich Morozowski i Sekielski w programie TVN „Teraz my” wyciągnęli ministrowi sportu Drzewieckiemu, że w 1999 r. na Florydzie został zatrzymany przez policję za bicie po pijanemu żony, wyszedł z aresztu za kaucją, na rozprawy się nie stawiał, więc ją w końcu umorzyli. Przy okazji dzisiejszy minister sportu poprawiający morale polskiej piłki i tępiący krętactwo władz PZPN najpierw legitymował się Amerykanom paszportem dyplomatycznym i udawał dyplomatę, później udawał bezdomnego i bezrobotnego (ale wciąż z paszportem dyplomatycznym), niemającego środków na adwokata, którego sąd amerykański przydzielić mu musiał z urzędu. W tym czasie, jak przypomnieli dziennikarze, Drzewiecki był na 77. miejscu na liście najbogatszych Polaków.
Ujawnienie tych faktów nie skłoniło ministra do dymisji, pan premier zaś był uprzejmy stwierdzić, że są to fakty z prywatnego życia ministra i nie zmierza go za to dymisjonować.
Nawet gdyby rzecz sprowadzić do skandalu wyłącznie obyczajowego, w wielu starych demokracjach byłby to dostateczny powód do dymisji ministra. Skandale obyczajowe, za które zapłaciło dymisją wielu zachodnich polityków, z samej istoty były ich „prywatnymi sprawami”. Jednak w cywilizowanych krajach skandal obyczajowy osoby publicznej staje się automatycznie sprawą publiczną. U nas nie.
Ale przecież ujawnione przez TVN fakty to nie tylko skandal obyczajowy. Jeśli prawdą jest, że podpity dzisiejszy minister chciał wmówić Amerykanom, że w Polsce bezrobotnym i bezdomnym państwo wydaje paszporty dyplomatyczne, to trzeba przyznać, że odrobinę przesadził z propagandą sukcesu. No, można by mu to od biedy zapisać na konto pijackiej fantazji. Ta w Polsce jest ceniona. Rzecz jednak w tym, że kłamiąc tak, wyłudził od państwa amerykańskiego darmową pomoc adwokata z urzędu. To już naprawdę nie jest prywatna sprawa ministra.
Zadziwia wyrozumiałość dziennikarzy wobec całej sprawy. Nie jestem pewien, czy na taką samą wyrozumiałość mógłby liczyć polityk z innej niż Platforma formacji. Bezstronność czwartej władzy wprost poraża…
Mimo wszystkich moich politycznych sympatii i antypatii muszę przyznać, że swymi występami za oceanem min. Drzewiecki przelicytował zarówno Gosiewskiego i Dorna z ich awanturami o alimenty, jak i tym bardziej tych posłów PiS, którzy składali kłamliwe usprawiedliwienia nieobecności na głosowaniach.
Inna sprawa, że program, w którym gwiazdy TVN, Morozowski z Sekielskim, znęcały się nad nieporadnym Drzewieckim, też obiektywizmem i delikatnością nie zachwycał. Znając poetykę programu „Teraz my” i wiedząc, o co będzie w nim chodziło, nie wiem, po co minister w ogóle tam polazł. Ale to już naprawdę jego prywatna sprawa.
Cała afera ośmieszyła min. Drzewieckiego, ale pokazała co najwyżej, jakie w polityce polskiej panują standardy pod rządami Platformy, u schyłku ery białego człowieka, aby posłużyć się terminologią posła Artura Górskiego. Swoją drogą, co na to wszystko wzorzec i strażnik moralności w PO, mentor polskiej polityki, poseł Gowin? Głosu w tej sprawie nie zabrał?
Znacznie gorszą i wcale, w przeciwieństwie do afery ministra sportu, nie śmieszną była inna afera, o której dowiedzieliśmy się ostatnio.
Okazało się bowiem, że CBA inwigilowało szefa ABW, Krzysztofa Bondaryka, ujawniając, że zataił on swój kontrakt menedżerski z Erą i odchodząc z niej, zgodnie z tym kontraktem, otrzymał odprawę. Tu także pan premier Tusk stanął po stronie swego ministra. Pan premier zawyrokował, że szef ABW nie naruszył prawa ani dobrego obyczaju. Zapewne słusznie.
Niepokojące jest zupełnie co innego. Nie to, że CBA sprawdza majątek szefa innej specsłużby, i nawet nie to, że informacje o tym przedostają się do mediów. Do zadań CBA należy m.in. sprawdzanie oświadczeń majątkowych polityków. Jeśli wyniki tych kontroli są upubliczniane, to tym lepiej. Opinia publiczna powinna o tym wiedzieć. Rzecz jednak w tym, że wszystko wskazuje na to, a postawa premiera jeszcze w tym utwierdza, że CBA na siłę szukało haków na szefa ABW, co więcej, że produkuje i rozpowszechnia na jego temat pomówienia. Jeśli w tym stanie rzeczy premier zachowuje pełne zaufanie do szefa Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, Krzysztofa Bondaryka, to logiczną konsekwencją powinno być natychmiastowe zdymisjonowanie szefa Centralnego Biura Antykorupcyjnego, Mariusza Kamińskiego. Nic takiego jednak nie następuje.
Można więc łatwo przewidzieć ciąg dalszy. Teraz ABW zajmie się CBA. Jeśli równie rzetelnie jak CBA zajęła się szefem ABW, to możemy oczekiwać jakiegoś nowego skandalu. W odwodzie jest jeszcze kilka specsłużb (dla porządku przypomnę: Agencja Wywiadu, dwie służby wojskowe, CBŚ, wywiad skarbowy).
Gdy służby zajmą się sobą i tymi politykami, którzy korzystają z ich informacji, nie będą już miały czasu na nic innego. Za to w tabloidach zaroi się od plotek, sensacji i insynuacji. Afer prawdziwych i urojonych. Urojonych i insynuowanych. Podejrzewanych i udowodnionych. W takim gąszczu mają szansę ukryć się afery prawdziwe, a jeśli nie ukryć, to co najmniej spowszednieć.
Toż to będzie raj dla polityków, dziennikarzy (zwłaszcza wspomnianych tabloidów). Wszak służby ze swoimi rewelacjami latają zawsze do polityków i do dziennikarzy. Tak politycy, jak i dziennikarze te rewelacje będą chcieli natychmiast spożytkować.
Służby specjalne, nadmierną apolitycznością w Polsce nigdy niegrzeszące, wchodzą właśnie w wyższy stopień upolitycznienia.
Wszystko to niestety coraz bardziej zbliża nas do republik bananowych czy krajów afrykańskich niż do europejskich krajów starej demokracji. Zaczynam się zastanawiać, czy poseł Górski nie ma przypadkiem racji, czy nie nadchodzi koniec ery białego człowieka, choć z powodów zupełnie innych, niż poseł myśli.

Wydanie: 48/2008

Kategorie: Felietony, Jan Widacki
Tagi: Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy