Cepeeny a trybuny

Cepeeny a trybuny

A ja uważam, że nie jest źle, kiedy Orlen zakupił lokalne gazety, dzienniki, tygodniki, portale. To znaczy przez chwilę będzie źle bardzo, ale bez bezbrzeżnie groźnych konsekwencji. Oberwą naczelni i wielu dziennikarzy, miotła pisowska ich grzmotnie w kąt lub w realność przebranżowienia – i to jest bardzo przykre. Ale też od lat nie było sielankowo. Korporacje, które dotąd były właścicielami, dokonały wiekopomnych zniszczeń i degrengolady rynku prasy czy mediów. W imię zysku, bo to jedyna wartość, jaką znają, i jedyny cel. Od lat pod pozorem informacji, opisu świata i Polski niestołecznej, sprzedawano po prostu towar. A kiedy informacja staje się towarem, traci wszystkie cechy informacyjno-wiarygodnościowe.

PiS tego nie uzdrowi, to fakt. Dobije do dna, bo oprócz wymagań biznesowych dołoży bat propagandowej służalczości i nachalności, którą można porównać tylko z przekazem katechezy katolickiej pod kryptonimem lekcji religii, wtłaczanej polskim dzieciom i młodzieży od 30 lat. Ale też warto pamiętać, z jakim skutkiem. Polska jest najszybciej zeświecczającym się krajem Europy. Jeszcze tylko biskupi i Jarek Kaczyński nie przyswoili sobie wiedzy o tych konsekwencjach pankatechetyczności katolickiej. Ale co to ma do mediów lokalnych podporządkowanych państwowemu molochowi paliwowemu? Ma tyle, że dokręcenie śruby często kończy się jej zerwaniem, ułamaniem. Prasa umiera, prasa partyjna umiera szybciej, skuteczniej, bardziej widowiskowo. Tak więc orlenowskie (czytam Orlen – myślę PiS) zawłaszczenie na krótką metę będzie koszmarkiem, jak większość akcji zawłaszczania. Ale trzeba zdać sobie sprawę, że może być gorzej.

Właśnie Ryszard Petru (czy pamiętamy jeszcze, że istnieje ktoś taki?) wylewał żale, że Orlen nie do końca sprywatyzowany, jakbyśmy żyli w złotych neolibkowych latach 80., w świecie thatcherystowsko-bushowego mroku, a nie w drugiej dekadzie XXI w. Odziedziczymy zatem po PiS i po PO-PiS sieć mediów lokalnych. Partyjnych. Służalczych. I tu widzę nadzieję na jakościową zmianę. Pod warunkiem że za próg tych redakcji wyrzucimy zarówno ideologie schyłkowego PiS, katodulszczyźniany, nacjonalistyczny ulepek, jak i wizje niewidzialnej ręki rynkowych redakcji. Cała Polska ma prawo do swoich, również lokalnych mediów jako warunku demokratycznych wartości, debat i wolności, szans na uczciwy i transparentny rozwój, gdzie tekstów nie okrawają ani partyjni aparatczycy, ani lokalni biznesmeni, ani ideolodzy martwego fałszu tzw. wolnego rynku. Tu pojawi się szansa na przywrócenie Polakom ich gazet, ich tygodników, ich opowieści – do czego mają obywatelskie, niezbywalne prawo. Niezbywalne ani na rzecz utopii Katolickiego Państwa Narodu Polskiego, ani ugoru powszechnej prywatyzacji – dóbr, wartości, emocji, pragnień.

Całą orlenowską operację postrzegam więc jako etap walki, podobny do technik wykorzystywanych w judo czy ju-jitsu – siła ataku przeciwnika, jego początkowy impet, moc, zostanie przejęta i skierowana przeciw atakującemu, w obronie nas wszystkich, nas – społeczeństwa. Ta operacja musi zostać wykonana zarówno w planie ogólnopolskim, jak i lokalnym. Nigdy więcej TVPiS (czy innej partii, jak było przez ostatnie trzy dekady), koniec z orlenowskim partyjniactwem. To może być krok w stronę uspołecznienia mediów lokalnych i upublicznienia w rzeczywistym znaczeniu tego słowa obecnych tzw. mediów publicznych, którymi jak nigdy dotąd obecnie nie są, choć nie były nimi w przeważającym stopniu w ogóle po roku 1989.

Tak, media powinny być służbą publiczną, na którą łoży państwo, równocześnie nie mając narzędzi bezpośredniego nacisku i wpływu. Strażacy gaszą wszystkie pożary, pielęgniarki opiekują się każdym pacjentem, policja (to temat na inną terapię) winna być, jeśli już musi być, propaństwowa, prospołeczna, nigdy prorządowa, propartyjna – a tak jest dzisiaj. Podobnie jak prokuratura wszystkie te instytucje muszą zostać oderwane od każdorazowej zależności od nowych gabinetów, tych wszystkich symulantów premierostwa czy prezydenckości. Ich jedyną racją istnienia jest bycie na służbie społeczeństwu, a jeśli chodzi o media wszelakie – to musi oznaczać powrót do najważniejszej zasady: kontroli wszelkiej władzy, głosu ludu, demaskacji zła społecznego, nadużyć możnych i potężnych. Bez konieczności walki na śmierć i życie o każdy kęsek na reklamowym stole. Dla dobra wspólnego. Pro publico bono. Tak na to chcę patrzeć. Takich mediów potrzebujemy, inne są po prostu oszustwem, złudzeniem, biznesikiem, propagandowymi tubami i koniec końców – kajdanami naszych wolności i kneblem wolności wypowiedzi. Media publiczne nie mogą być biznesem jak każdy inny, bo przestają być mediami. Czas je odzyskać. Czas je stworzyć dla naszej przyszłości.

r.kurkiewicz@tygodnikprzeglad.pl

Wydanie: 51/2020

Kategorie: Felietony, Roman Kurkiewicz