Granice wolności słowa

Granice wolności słowa

Ostatnio za sprawą wyroku katowickiego sądu w sprawie Alicji Tysiąc przeciw „Gościowi Niedzielnemu” rozpętała się dyskusja (o ile cały ten zgiełk można tak nazwać) na temat granic wolności słowa. Na początek przypomnieć trzeba kilka oczywistości. Otóż wolność słowa, jak każda wolność, ma swoje granice. Najogólniej rzecz ujmując, każdy ma prawo korzystać ze swojej wolności, tak jednak, by nie naruszyć praw i wolności innych osób. Te granice wolności wyznacza sumienie, ale także przepisy prawa, które w demokratycznym państwie chronią wolności jednostek.
Wolność słowa, w tym wolność prasy, jest ogromną wartością i bez niej nie ma demokratycznego państwa. Wolność słowa nie oznacza jednak wolności do świadomego kłamstwa, do obrażania kogokolwiek, naruszania czyjejś godności. Godność osoby ludzkiej (każdej osoby ludzkiej!), jej cześć, jej dobra osobiste są pod ochroną prawa.
„Gość Niedzielny”, jedna z najbardziej wpływowych ogólnopolskich gazet katolickich, o wysokim nakładzie, napisał, że Alicja Tysiąc wygrywając sprawę przed Trybunałem Praw Człowieka w Strasburgu, „dostała nagrodę za to, że bardzo chciała zabić swoje dziecko, ale jej nie pozwolono”. Cały ten artykuł, niezwykle demagogiczny, napisany językiem nienawiści, z pasją godną podpalaczy stosów, porównujący m.in. aluzyjnie sędziów Europejskiego Trybunału Praw Człowieka do hitlerowskich zbrodniarzy, wyszedł spod pióra katolickiego księdza, w piśmie mającym asystenta kościelnego, a więc uznanym za gazetę katolicką!
Przede wszystkim autor tego artykułu nie znał albo nie zrozumiał wyroku trybunału. Alicja Tysiąc wygrała sprawę nie za to, że „nie pozwolono jej zabić dziecka”, ale za to, że w Polsce jest złe, nieskuteczne prawo. Przypomnijmy: Alicja Tysiąc chciała przerwać ciążę ze względów zdrowotnych, a więc w sytuacji dopuszczalnej przez polskie prawo. Nie dano jej jednak z tego prawa skorzystać. Krótko mówiąc, trybunał uznał – i słusznie – że polskie prawo jest wadliwe, bo nie ma instancji odwoławczej od decyzji odmawiającej aborcji, w sytuacji, gdy jest ona dopuszczalna z prawnego punktu widzenia.
Tak więc „Gość Niedzielny” napisał nieprawdę. Sąd katowicki uznał, że artykuł w „Gościu Niedzielnym” naruszył dobra osobiste Alicji Tysiąc, nakazał jej przeproszenie i wypłacenie jej 30 tys. zł odszkodowania. Sąd potwierdził, że każdy ma prawo mówić o aborcji, co chce, może uznawać ją za morderstwo, nie ma jednak prawa publicznie nazwać osoby, która chce legalnie dokonać aborcji, mordercą. Tej oczywistej prawdy nie potrafią czy nie chcą zrozumieć nie tylko liczni katolicko-narodowi obłudnicy, plotąc w telewizji i innych mediach o ograniczeniu wolności słowa, a nawet o rzekomym, wynikającym z wyroku zakazie głoszenia przez Kościół swojej nauki. Im się nie dziwię. Dziwi mnie, że nie rozumieją tego (nie chcą zrozumieć?) nawet hierarchowie Kościoła. Jeden z nich dla „Gazety Wyborczej” powiedział słowa zdumiewające, że „wyrok jest nie tylko przejawem ograniczenia wolności słowa, ale także symbolem cywilizacji śmierci”, inny wyraził solidarność z autorem artykułu w „Gościu Niedzielnym”.
Nieprawda. Wyrok nie ogranicza wolności słowa, nie ma też wpływu na działalność nauczycielską Kościoła. „Gość Niedzielny” i jego redaktor, a także biskupi, a za nimi wierni mogą do woli mówić, że wedle nich aborcja, nawet ta w świetle polskiego prawa legalna, to morderstwo. Mogą mówić, że między zygotą a człowiekiem nie ma żadnej różnicy. Nie mają jednak prawa kogoś konkretnego, kto prezentuje inny pogląd, nazywać mordercą.
Nie tylko dlatego, że polskie prawo rozróżnia trzy sytuacje. Zabójstwo człowieka, z jego formą kwalifikowaną nazywaną morderstwem, nielegalną aborcję i aborcję legalną. Nawet gdyby ktoś dokonał aborcji nielegalnie i popełnił przestępstwo, nie wolno nazywać go zabójcą (tym bardziej mordercą). Bo w świetle prawa zabójcą ani mordercą nie jest. Nazwanie zabójcą kogoś, kto dokonał aborcji legalnej, w sytuacji przez prawo dozwolonej, jest nadużyciem tym większym. Jest zniesławieniem.
Tym, którzy nie mogą pojąć, jak można zezwolić na ogólną, nawet ostrą krytykę zjawiska (tu: aborcji), a nie można jej kierować do pojedynczego, konkretnego człowieka, i obnoszą się po mediach z tym swoim ograniczeniem intelektualnym, spróbuję rzecz wyjaśnić na przykładzie. Można głosić w mediach, ba, nawet z mównicy sejmowej, że nieślubne dzieci zagrożone są patologią bardziej niż dzieci z sakramentalnych związków. Można je nawet nazywać bękartami. Nie jest to eleganckie ani przepełnione życzliwością do nieślubnych dzieci, ale bezdyskusyjnie mieści się w granicach wolności słowa. Jednak nazwanie publicznie konkretnego nieślubnego dziecka bękartem bezwzględnie narusza dobra osobiste tego dziecka, jest dla niego i jego matki obraźliwe i jako takie jest przez prawo zabronione. W granicach wolności słowa taka wypowiedź już się nie mieści.
Oprócz aspektu czysto prawnego mamy tu jeszcze do czynienia z aspektem moralnym. Wydawać by się mogło, że na ten ostatni szczególnie powinni być wyczuleni hierarchowie Kościoła i katolickie gazety. Czy będąc najmocniej przywiązanym do swoich poglądów i na sto procent przekonanym do swoich bezwzględnych racji, możemy je demonstrować, krzywdząc konkretną osobę, sprawiając jej przykrość, stygmatyzując ją? Czy autor paskudnego artykułu w „Gościu Niedzielnym” choć przez moment zastanowił się, czy swoim tekstem nie sprawi komuś bólu? Czy nie wyrządzi szkody nie tylko Alicji Tysiąc, lecz także jej córce? Czy był nadto pewien, że pisze prawdę, że wiernie przytacza treść wyroku Trybunału w Strasburgu? Już nie pytam, gdzie tu miejsce na miłość bliźniego.
Autor artykułu, ks. Marek Gancarczyk, był przekonany, ba, był pewien, podobnie jak jego kościelni zwierzchnicy, że działał w słusznej sprawie, że przeciwstawił się „cywilizacji śmierci”. Tę samą pewność mieli też ci, którzy kiedyś podpalali stosy z heretykami, a za których po wiekach Kościół musiał się wstydzić i za których musiał przepraszać.
Nie każda wypowiedź chroniona jest wolnością słowa. Nie korzysta z wolności słowa wypowiedź będąca kłamstwem, oszczerstwem, wypowiedź naruszająca czyjeś dobra osobiste. I tylko tyle wynika z wyroku Sądu Okręgowego w Katowicach. I chwała mu za to, że miał odwagę wypowiedzieć taką oczywistość. Bo nawet o to w Polsce dziś coraz trudniej.

Wydanie: 39/2009

Kategorie: Felietony, Jan Widacki
Tagi: Jan Widacki

Komentarze

  1. anna
    anna 10 listopada, 2015, 00:50

    a nazywania czasopisma zgiełk nie przekracza granic ?

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy