Mój Robol jako klasa

Kuchnia polska

Latem jedni jadą na urlopy, drudzy starają się pozostać w Warszawie, ponieważ stolica w lecie staje się nieco sympatyczniejszym miastem, jeszcze inni zajmują się remontowaniem swoich domów i mieszkań.
Przez lekkomyślność znalazłem się w tej ostatniej grupie. Ponieważ jednak nie ma sytuacji życiowej z której nie wynikałyby żadne doświadczenia, pragnę podzielić się moim doświadczeniem remontowym, jakim jest Mój Robol, który z kilkoma kolegami remontował mój dom.
Mój Robol nie jest dla mnie postacią całkowicie nową, a nawet przeciwnie, zajmowałem się nim ostatnio dość często, ale w wymiarze statystyczno-socjologicznym. A więc Mój Robol jako kategoria statystyczno-socjologiczna jest właśnie tym osobnikiem, o którym piszemy z trwogą, mówiąc o wzroście bezrobocia i narastających stale redukcjach zatrudnienia, jest on także tym, o którym mówimy jako o rosnącej grupie ludności żyjącej poniżej minimum socjalnego, a także tym wreszcie, który ze względu na swój poziom zawodowy i kulturalny niepokoi nas w nieuchronnej konfrontacji ze społeczeństwami Unii Europejskiej. Krótko mówiąc, Mój Robol jako kategoria statystyczno-socjologiczna jest bez wątpienia jednym z najważniejszych problemów Polski współczesnej, z którym trzeba coś rozsądnego zrobić.
Doświadczeniem remontu jest jednak dla mnie spotkanie z Moim Robolem twarzą w twarz, jako żywym człowiekiem. Otóż odpowiada on niemal idealnie opisom statystycznym i socjologicznym. Ma około 40 lat, jest pracownikiem wielkiej ongiś państwowej firmy budowlanej, która obecnie zredukowała niemal całkowicie swoje załogi, zlecając wykonawstwo budowlane rozmaitym firmom prywatnym. On sam zachował pracę jedynie dlatego, że pracuje w „brygadzie usterkowej”, usuwającej już od sześciu lat usterki pozostawione przez jego zredukowanych już kolegów na jednym z osiedli prawobrzeżnej Warszawy. Usuwanie usterek po dawnym budownictwie okazuje się zajęciem w miarę stabilnym, przez co można powiedzieć, że Mój Robol, podobnie jak usuwane przez niego usterki, jest także pozostałością po PRL-u. Jego zarobek brutto wynosi 900 zł, za co utrzymuje trzyosobową rodzinę w niewielkiej miejscowości w okolicach Rzeszowa, sam mieszkając w hotelu robotniczym, za który od niedawna musi również sam płacić. Ponieważ jazda z Warszawy do jego rodzinnego domu zajmuje w jedną stronę powyżej siedmiu godzin, jego kontakt z domem jest sporadyczny. W Warszawie żywi się sam, chlebem i kiełbasą, wzmacnianą bardzo oszczędnie (znajdowałem tylko ćwiartkowe lub wręcz stugramowe buteleczki) żubrówką.
W tych warunkach nie sposób się dziwić, że Mój Robol przyjmuje każdą pracę, o każdej porze dnia i nocy, a ceny, które początkowo proponuje, podzielić można przez cztery, sprowadzając je do możliwości płatniczych osób zarabiających poniżej minimum socjalnego, na przykład felietonistów „Przeglądu”.
Jak pracuje? Wytrwale, z najlepszą wolą, nie oszczędzając się i z grubsza. Jest to styl pracy wykształcony przez inwestora społecznego, dla którego ważne jest, jak ukończona praca wyglądać będzie w oczach przejmującej obiekt komisji, nie zaś jaka okaże się ona dla prywatnego użytkownika. Pracując, koncentruje się uczciwie na wykonywanym akurat fragmencie, ale nie widzi całości, chlapiąc wapnem, tynkiem, farbą i pokrywając gruzem wszystko, co nie jest przedmiotem jego aktualnego zainteresowania. Dotyczy to szczególnie istot żywych, jak rośliny na przykład, które deptane, zasypywane lub oblewane resztkami wapna z kubła muszą radzić sobie same, w myśl zasady „chłop żywemu nie przepuści”. Jego stosunek do nowoczesności i postępu technologicznego jest ambiwalentny. Akceptuje wynalazki, które potrafią coś wygładzić, zatkać, zakleić, ukryć. Wśród nich pierwszeństwo mają klej Atlas i silikon, zaś pomysły i materiały bardziej wyrafinowane uważa za dziwactwo. Pije ogromne ilości kawy typu plujka, która napędza go do pracy. Pomimo nędzy jest rozrzutny – pozostawił po sobie młotek, trzy packi do zacierania ścian, buty robocze i plecak, zabrał zaś moje dłuto, uważając najwyraźniej środki produkcji za własność ogólnospołeczną.
Myślę, że dalszy opis konkretnego Mojego Robola jest zbędny. Pozostaje jednak pytanie o jego przyszłość. Otóż jestem całkowicie pewny, że w niedalekiej przyszłości straci swoją pracę za 900 zł, a także usterkami zajmie się jakaś prywatna firma. Nie za bardzo widzę też możliwość, aby zredukowany ze swojej ekspaństwowej instytucji znalazł zatrudnienie na rynku prywatnym. Nie sądzę, aby otrzymawszy nawet jakieś wymówienie, za lata pracy był w stanie założyć small business, choćby walczący z usterkami. Jest na to zbyt biedny i zbyt prymitywny. Nie sądzę też, aby mógł się przekwalifikować, ponieważ nie przyłapałem go na czytaniu, choćby tylko „sposobu użycia”, drukowanego na różnych puszkach i preparatach. Powrót pod Rzeszów nie rokuje mu niczego, ponieważ bezrobocie jest tam kilkakrotnie wyższe niż w Warszawie. A więc pójdzie na dno, a razem z nim jego trzyosobowa rodzina z którą, odliczywszy na hotel, kiełbasę i aptekarską dawkę żubrówki, dzieli się każdym groszem. Znowu z osoby ludzkiej, z którą się zetknąłem, zamieni się w problem społeczny, coraz dotkliwszy i bardziej masowy.
Jestem, jak wszyscy rozsądni ludzie, za likwidacją Mojego Robola jako klasy. Nie trzeba przekonywać, że opóźnia nas ona w rozwoju, dystansuje od Europy, a przez swoją liczebność ciągnie na dno. Ale nie jestem bynajmniej za likwidacją Mojego Robola jako osoby ludzkiej, dość nawet sympatycznej, choć irytującej, a także za likwidacją jego kilkunastoletniego syna, który jechał siedem godzin, aby przez kilka godzin pomóc ojcu, jego żony spod Rzeszowa i całej reszty.
W 1945 r., choć nie wypada o tym dzisiaj mówić, też byłem za likwidacją burżuazji i ziemiaństwa jako klasy. Ale nie byłem za likwidacją Janusza Radziwiłła, którego kiedyś poznałem, Wierzbickiego (od „Lewiatana”), z którym przyjaźnił się mój dziadek, Poznańskiego, z którego córką chciano ożenić mojego ojca, Wojciecha Jaruzelskiego, który wywodzi się z ziemiaństwa, Adama Schaffa, który wywodzi się z burżuazji, Jerzego Urbana, który ukończył właśnie pierwszych 70 lat i w pełnej glorii zaczął następne, wreszcie mnie samego przy okazji.
I nie są to żarty, tylko problem. Nie można udawać, że go nie ma. Że wjedziemy sobie do Europy, a Mój Robol gdzieś zostanie. I ni stąd, ni zowąd wyparuje jako klasa.

 

 

Wydanie: 33/2003

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy