Nieuchronność postkapitalizmu

Nieuchronność postkapitalizmu

Nie mówimy sobie prawdy. Zwodzimy się. Żyjemy złudzeniami. Odmawiamy przyjęcia do wiadomości faktów. Odwlekamy to, co i tak nieuniknione. To zwykłe mechanizmy naszego funkcjonowania. Życie często nas za nie karze. Ale to tylko nasze osobiste klęski. Gorzej, gdy postępujemy tak jako społeczeństwo, naród czy ludzkość. Tak jak teraz. Idzie o kapitalizm i przyszłość świata. Wiemy już, że z powodu groźby katastrofy klimatycznej niemożliwy jest business as usual. Przynajmniej deklaratywnie przyznajemy, że daleko idące zmiany są konieczne. Mają one jednak pozostawić kapitalizm jako dominujący sposób gospodarowania w stanie nienaruszonym. Ma on jedynie się „zazielenić”. Wielu wydaje się, że wystarczy zmienić źródła pozyskiwania energii, ograniczyć nieco ilość odpadów i śmieci, ukrócić niewiarygodne marnotrawstwo i przestać tak strasznie truć planetę, aby uzyskać to, o co chodzi – neutralny klimatycznie kapitalizm i bezpieczny dobrobyt na dziesięciolecia. Wyrazem tego złudzenia są przeróżne ekologiczne wkładki do pism o profilu neoliberalnym, krzewiących przez dziesięciolecia wiarę w dobro nieskrępowanego kapitalizmu, a dziś, zamiast przyznać się do naiwności i błędu, próbujących ową wiarę ocalić pokazywaniem, że to i owo wprawdzie musi się zmienić, ale po to, by de facto nic się nie zmieniło.

To się nie uda. Nic z tego nie będzie. Przyczyna jest prosta: kapitalizm nie może istnieć bez wzrostu, bez ekspansji, bez nieodpowiedzialności i przerzucania ciężarów na barki otoczenia – przyrodniczego i społecznego. Jest z nim tak jak z jazdą na rowerze – jedzie się, dopóki się pedałuje, potem można jeszcze przez chwilę toczyć się siłą inercji, ale upadek jest nieunikniony. Dziś jednak widać wyraźnie, że dalej tak się nie da. Coraz więcej ekspertów mówi wprost: musimy się przygotować na czasy bez wzrostu. Planeta już go nie wytrzyma. Doszliśmy do kresu jej wytrzymałości, nie da się bowiem uzyskiwać czegoś, co jest z definicji nieograniczone, w sytuacji ograniczonych zasobów, a zielony kapitalizm zużywa ich wcale nie mniej niż kapitalizm zwykły. Zużycie materiałów do produkcji ekologicznych napędów, zielonej energii i sieci informatycznej jest nieomal równe ich zużyciu zwykłemu, a niewolnicza praca ludzi wydobywających metale ziem rzadkich na potrzeby zielonego kapitalizmu jest jeszcze gorsza niż praca tradycyjnych górników wydobywających węgiel.

Wszystko to oznacza, że musimy się przygotować na czasy po kapitalizmie. Im prędzej to zrozumiemy, tym lepiej dla nas. Sprawa jest bowiem trudna. Wszak nie wyobrażamy sobie świata bez kapitalizmu. Nie mamy w zanadrzu żadnych wiarygodnych wizji tego, co miałoby go zastąpić. Stąd to uczucie bezradności, tak typowe dla naszych czasów. Słyszymy jedynie od polityków amerykańskich, że amerykański styl życia jest poza dyskusją (a przypomnijmy, że Amerykanie, stanowiąc ok. 5% światowej populacji, zużywają ok. 25% zasobów materiałowych Ziemi), od azjatyckich, że za swoje zadanie uznają ostateczne wydobycie swoich społeczeństw ze stanu niedostatku (Chiny), od europejskich z kolei, że ich zadaniem jest utrzymanie dobrobytu (Niemcy) albo dogonienie tych, którzy już go mają (Polska). Wszystkie te deklaracje, choć w jakiejś mierze uzasadnione i zrozumiałe, pokazują jednak, że do świadomości polityków nie dociera dramatyzm sytuacji.

Nie lepiej jest z intelektualistami. Można odnieść wrażenie, że przez lata wszyscy tkwiliśmy w śnie o końcu historii (Fukuyama), a dziś musimy się gwałtownie obudzić i zacząć ponownie myśleć. Także o alternatywach dla kapitalizmu. A myślenie to trudne, choćby dlatego, że wprowadzane wcześniej w życie scenariusze niekapitalistycznego świata okazały się katastrofą. Znajdujemy się zatem w pewnej pułapce dziejowej: nie możemy już kontynuować tego, co jest, ale nie mamy pojęcia, co robić. Sen posthistorii pozbawił nas wyobraźni i odzwyczaił od myślenia utopijnego. Nadto aż za bardzo staliśmy się świadomi jego pułapek i niebezpieczeństw. To dobrze. Ale bez projektów zmiany tego, co jest, przegramy.

Co nieco już wiemy, tego i owego jesteśmy pewni. Na przykład tego, że idea ciągłego wzrostu i ekspansji ekonomicznej za wszelką cenę powinna zostać zastąpiona ideą umiaru i samoograniczenia. Że zamiast o wzroście ekonomicznym powinniśmy mówić o jakości życia, że to, co wydawało się nam oczywiste od setek lat – dobrobyt polegający przede wszystkim na posiadaniu rzeczy – musimy zastąpić dobrostanem wynikającym z lepszych stosunków międzyludzkich, kontemplowania przyrody, pielęgnowania artystycznej wrażliwości, poszukiwania sensu w rzeczach małych i codziennych. Że trzeba mniej pracować, więcej rozmawiać. Przestać konkurować z innymi na posiadane rzeczy, zebrane wrażenia, osiągnięte zaszczyty. Wyśmiewać miliarderów, którzy jak mali chłopcy bawią się w podróże kosmiczne, celebrytów chwalących się luksusem, w którym żyją. Mówić głośno prawdę o turbokapitalizmie jako ślepej uliczce dziejowej. Marzyć o lepszym świecie.

Czy to jednak wystarczy do zmiany? Nie sądzę. Interesy i środki materialne oraz propagandowe tych, którzy chcą, aby nic się nie zmieniło, są zbyt wielkie, a drobne transformacje proekologiczne systemu wydają im się ceną wartą zapłacenia, aby ocalić dominującą pozycję. A do tego całe to gadanie o ekologii przecież nic nie kosztuje. Wielu da się nabrać. I oto chodzi.

Wydanie: 41/2021

Kategorie: Andrzej Szahaj, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy