Tag "katastrofa klimatyczna"

Powrót na stronę główną
Świat

Cicha katastrofa

El Niño może w tym roku zabić niemal pół miliona ludzi

W popularnym amerykańskim serialu „Lioness”, wyprodukowanym przez guru tamtejszego prawicowego show-biznesu Taylora Sheridana, Nicole Kidman gra wysokiego szczebla urzędniczkę w CIA, funkcjonującą w sporym konflikcie interesów. Choć jej związek od dawna jest papierowy, mąż, zarabiający krocie jako prezes wielkiego koncernu naftowego, niejednokrotnie ma pretensje, że nie raczyła go uprzedzić o akcjach amerykańskich służb przeciwko państwom na Bliskim Wschodzie. Najciekawszy jest moment, w którym operacja CIA przeciwko Iranowi grozi eskalacją nuklearną. Urzędniczka wraca wściekła do domu, a mąż rzuca pod jej adresem złowieszczy tekst, że „przestaje się przejmować katastrofą klimatyczną, bo lęk o klimat zakładałby przeświadczenie, że ludzkość będzie istnieć wystarczająco długo, by zniknąć z powodu wysokich temperatur”.

W dzisiejszym świecie nikt z tego żartu nie powinien się śmiać. Zresztą to nawet nie jest żart, tylko stwierdzenie faktu. Zmiany klimatyczne, nawet postępujące w tak szybkim tempie jak obecnie, wciąż są zbyt mało drastyczne, by zadziałać na zbiorową wyobraźnię. Widać to zwłaszcza w ostatnich tygodniach, kiedy umysły najważniejszych polityków, filozofów i liderów opinii owładnęła wizja apokalipsy wywołanej sztuczną inteligencją zrywającą się z łańcucha.

To symptomatyczne, bo choć takich scenariuszy nie wolno bagatelizować (nie są też w całości zabiegiem marketingowym spółek z Doliny Krzemowej), to jednak od katastrofy klimatycznej różni je zasadnicza cecha. Wszyscy wpadamy w panikę, że maszyny nas wyeliminują, nawet jeśli groźba jest ogólnikowa, tymczasem scenariusz katastrofy klimatycznej znamy doskonale. Od lat go symulujemy, wskazujemy własne błędy i czułe punkty. Wiemy, w kogo zmiany uderzą najszybciej i gdzie nie będzie ratunku. A mimo to wzruszamy ramionami przy każdej kolejnej fali gorąca, tysiącach nadmiarowych zgonów czy nawet huraganach – bo z europejskiego punktu widzenia dzieją się w miejscach tak odległych, że równie dobrze mogłyby nie istnieć.

Dzieciątko się rozkręca

Podobnie wygląda debata wokół tegorocznego El Niño, cyklicznego zjawiska na Oceanie Spokojnym, które tym razem z powodu rosnących temperatur i innych zmian klimatycznych może przynieść katastrofę humanitarną na olbrzymią skalę. W dużym skrócie: raz na kilka lat, nie częściej niż co dwa i nie rzadziej niż co siedem, na wysokości Peru, Ekwadoru i północnego Chile woda w oceanie w wyniku słabnięcia lub odwrócenia się wiejących ze wschodu pasatów osiąga znacznie wyższą temperaturę. W normalnych warunkach ciepłe wody powierzchniowe przemieszczają się w kierunku zachodnim. U wybrzeży Ameryki Południowej chłodne wody głębinowe są zaś wynoszone ku powierzchni oceanu. Gdy pasaty słabną, ciepła woda zostaje w środkowej oraz wschodniej części Pacyfiku, a zimna, bogatsza w składniki odżywcze woda głębinowa nie przedostaje się bliżej powierzchni.

Kiedy na Pacyfiku w okolicach Bożego Narodzenia pojawia się „dzieciątko”, bo to po hiszpańsku oznacza El Niño, pogoda zmienia się na wszystkich krańcach oceanu. W Peru, Ekwadorze, Kolumbii, Meksyku znacznie więcej pada, z kolei w Indonezji, Australii i na Filipinach – czyli w krajach o relatywnie dużej produkcji rolniczej – notuje się długie okresy suszy.

Huraganów jest mniej na Atlantyku, ale więcej na Pacyfiku. Australijski interior cierpi z powodu dłuższego sezonu wielkich pożarów, azjatyccy hodowcy ryżu zbierają słabsze plony. A że wiele z tych krajów to eksporterzy netto żywności, konsekwencje rozlewają się szybko na całe globalne Południe.

W tym roku sytuacja pod względem bezpieczeństwa żywnościowego jest jeszcze trudniejsza z powodu irracjonalnej eskapady Donalda Trumpa przeciwko Iranowi. Reżim w Teheranie zablokował cieśninę Ormuz, przez co do krajów Afryki Subsaharyjskiej, Bangladeszu, Indii czy na Sri Lankę dociera znacznie mniej nawozów. A teraz i tak mocno nadwerężony sektor rolniczy musi się mierzyć z potencjalnie najbardziej katastrofalnym w skutkach El Niño…

Climate Impact Lab, jednostka badawcza przy Uniwersytecie w Chicago zajmująca się modelowaniem zmian klimatu, szacuje, że między wrześniem tego roku a lutym 2027 r., kiedy efekty odwrócenia się układu wiatrów zaczną zanikać, El Niño może doprowadzić do aż 451 tys. nadmiarowych

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Obserwacje

Sewilla uczy się żyć z upałem

Dostęp do wody i cienia już wkrótce może być kwestią bezpieczeństwa publicznego

O trzeciej po południu Sewilla nie wygląda jak miasto, w którym ktokolwiek powinien mieszkać. Termometr pokazuje ok. 40 st. Kamienne ulice oddają ciepło, powietrze jest suche, a człowiek po kilku minutach zaczyna szukać nie zabytków, lecz cienia. „W cieniu da się wytrzymać”, ktoś mówi. „Przynajmniej nie ma 50 st.”, dopowiada ktoś inny.

Te zdania dobrze pokazują stosunek mieszkańców Sewilli do lata. Upał nie jest tutaj zjawiskiem nadzwyczajnym, to element życia. Stolica Andaluzji od dawna uchodzi za jedno z najgorętszych miast Europy – nazywa się ją „patelnią Hiszpanii” i „piekarnikiem iberyjskim”. W letnie popołudnia miasto potrafi opustoszeć. Ludzie wiedzą, że lepiej nie wystawiać się na słońce bez potrzeby.

Przez stulecia Sewilla z gorącem walczyła metodami, które dziś brzmią banalnie. Upał niewątpliwie pomagają okiełzać: wąskie ulice, grube mury, dziedzińce, fontanny, drzewa czy markizy. Budynki stoją blisko siebie, dając upragniony cień. W ogródkach restauracyjnych coraz częściej pojawiają się zraszacze, z których w upale wydobywa się delikatna mgiełka wody.

Ale klimat zaczyna stawiać przed miastem nowe wymagania. Fale upałów są częstsze i dłuższe, a noce nie przynoszą już wystarczającej ochłody. Według prognoz przytaczanych przez hiszpański serwis meteorologiczny Eltiempo.es w połowie wieku letnie temperatury w Sewilli mogą sięgać wartości ekstremalnych, przy zmniejszającej się ilości opadów. Miasto musi zatem się przystosować.

Pomysł starożytny, zastosowanie nowoczesne

Kilka metrów pod ziemią, niedaleko miejsca, gdzie w 1992 r. odbywała się światowa wystawa Expo, Sewilla prowadzi jeden z ciekawszych eksperymentów klimatycznych, pod nazwą Cartuja Qanat. W podziemnych przestrzeniach powystawowych pod sufitem rozmieszczono rzędy czarnych rur, które łączą się z rurami jasnoniebieskimi i zielonymi oraz wielkimi, srebrnymi pompami. W usytuowanej z boku sterowni monitory pokazują temperaturę, wilgotność i prędkość wiatru.

María de la Paz Montero Gutiérrez,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat

Energia do ujarzmienia

Czy skrajna prawica zbije kapitał na europejskich upałach?

To już nawet nie jest anomalia. W chwili oddawania tekstu do redakcji większość krajów europejskich doświadczała kolejnej w tym roku fali upałów, nerwowo oczekując na następną. David Wallace-Wells zauważył na łamach „New York Timesa”, że takie upały nie mogą już uchodzić za odchylenie od normy. Jeśli bowiem, jak pisał publicysta, powołując się na dane zespołu klimatologów z kalifornijskiego Uniwersytetu Stanforda, zjawisko występujące do tej pory raz na stulecie zmienia częstotliwość i pojawia się co 20 lat, trudno to nazywać katastrofą albo czymś niemożliwym do przewidzenia.

Zaledwie 102 cm

Upały niosące suszę, tysiące zgonów i pożary zmuszające do ewakuacji setki tysięcy mieszkańców kilku krajów są już stałym elementem europejskiego letniego pejzażu. Katastrofę klimatyczną zawsze opisuje się za pomocą danych liczbowych. Z reguły jednak nie ma to sensu, bo same liczby nic ludziom nie mówią, ale już umieszczone w kontekście – potrafią zadziałać na wyobraźnię. Jak chociażby podana przez „Guardiana” informacja, że w tym roku we Francji spłonęło dziewięć razy więcej hektarów lasów, niż wynosiła średnia roczna za poprzednią dekadę.

We Włoszech ostrzeżenia przed wychodzeniem z domu wydano na początku sierpnia dla 19 największych miast. A to przecież w większości stare metropolie, z grubymi murami, ciasnymi i zacienionymi ulicami oraz niezłą cyrkulacją powietrza. Jeśli więc skwar nie do zniesienia pojawia się w Bolonii, Florencji czy Turynie, to co mają powiedzieć mieszkańcy nowocześniejszych miast, np. polskich, do których gorąco też wtargnęło, a w których socjalistyczna tkanka miejska podporządkowana była zupełnie innym zasadom.

Te przykłady można mnożyć, tak samo jak dowody anegdotyczne, które na pewnym poziomie stają się wręcz śmieszne. W Wielkiej Brytanii farmerzy wydają dziesiątki tysięcy funtów na instalacje prysznicowe w oborach, żeby schłodzić cierpiące z gorąca krowy. W Szwajcarii bydło nie ma dostępu do wody, bo wysychają strumienie górskie, coraz słabiej zasilane przez skromne roztopy. Władze transportują więc wodę na pastwiska helikopterami. Niski poziom Dunaju spowodował czasowe wyłączenie elektrowni atomowej Paks, dostarczającej połowę energii elektrycznej zużywanej przez węgierską gospodarkę. W efekcie Péter Magyar został zmuszony do nadania sobie szczególnych uprawnień, takich jak rządowy nakaz wyłączenia instalacji przemysłowych w najbardziej energochłonnych zakładach.

Zakłócenia w dostawach produktów końcowych mogą wystąpić na europejskim rynku farmaceutycznym, bo sporo leków i półproduktów na kontynencie transportuje się szwajcarskimi i niemieckimi rzekami, na których żegluga jest obecnie niemożliwa z powodu niskiego stanu wody. To samo widać w Warszawie, gdzie Wisła przerywana jest piaszczystymi łachami, a jej poziom przy bulwarach spadł do rekordowo niskich 102 cm.

Klimat zabija

Coraz cieplejszy klimat nie tylko niszczy i kosztuje, ale też zabija. Według danych stacji Euronews od 1 czerwca w Europie zarejestrowano 16 tys. nadmiarowych zgonów, ale to niepewna liczba, dlatego że „śmierci przez klimat” nie da się ani jednoznacznie zakwalifikować,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat

Włochy jak Karaiby

Kiedy upalne lato przestaje być rajem

Korespondencja z Rzymu

– O Boże, do Europy nadciąga karaibski klimat… Ale na Karaibach od dawna żyją w takich warunkach i jakoś sobie radzą. My też się do tego przyzwyczaimy, nie umrzemy – stwierdził przewodniczący włoskiego Senatu Ignazio La Russa, komentując falę upałów, która pod koniec czerwca objęła znaczną część Europy i mocno dotknęła Półwysep Apeniński. Słowa drugiej osoby w państwie wywołały burzliwą dyskusję. Dla jednych były wyrazem zdrowego rozsądku, dla drugich – niebezpiecznym uproszczeniem. Krytycy podkreślali, że zmiany klimatu to nie tylko wyższe temperatury, ale i susze, gwałtowne burze, pożary oraz rosnące straty gospodarcze.

Liczby nie pozostawiają wątpliwości – czerwcowa fala upałów miała historyczną skalę. Choć pierwsza połowa miesiąca była chłodniejsza, w drugiej temperatury w wielu regionach przekraczały normę o 7-9 st. C. W Mediolanie i Turynie padły rekordy czerwca – niemal 38 st.

30 czerwca aż 25 włoskich miast objęto najwyższym stopniem ostrzeżenia przed upałami – bollino rosso. Czerwony alert ogłaszany jest, gdy ekstremalne temperatury utrzymują się przez kilka dni i nocy, stwarzając zagrożenie dla całej populacji.

To najwyższy poziom w czterostopniowym systemie ostrzeżeń Ministerstwa Zdrowia. I rzeczywiście w wielu miejscach również noce pozostawały wyjątkowo gorące, uniemożliwiając organizmowi regenerację.

Rekordowe zużycie energii przez klimatyzatory przeciążyło sieć elektroenergetyczną. W Turynie, Mediolanie i Neapolu doszło do lokalnych blackoutów. Jednocześnie temperatura mórz otaczających Włochy osiągała 27-28 st., miejscami nawet o 6 st. przekraczając średnią sezonową.

Ekstremalne temperatury odnotowano w całej Europie. W hiszpańskim Andújar 45,1 st. C, w Bordeaux 42 st., w Rzymie ponad 40 st., w Czechach 40,6 st., w Niemczech 41,5 st., a w Polsce – w Słubicach – 40,5 st., najwyższą temperaturę w historii oficjalnych pomiarów. Według Światowej Organizacji Zdrowia w ciągu jednego tygodnia fala upałów mogła się przyczynić do ponad 1,3 tys. zgonów.

Klimatolodzy podkreślają, że jeszcze pół wieku temu tak silna fala gorąca już w czerwcu byłaby niemożliwa. Dziś wyzwaniem jest więc nie samo przyzwyczajenie się do wyższych temperatur, lecz dostosowanie miast, ochrony zdrowia, energetyki i gospodarki do nowej rzeczywistości klimatycznej.

A to dopiero początek

Przed nami jeszcze sierpień, który budzi coraz większe obawy. Włosi analizują już dane z ubiegłego roku i tworzą nową klasyfikację. Raport Krajowego Systemu Ochrony Środowiska (SNPA) pokazuje, że 2025 był kolejnym rekordowo ciepłym rokiem i zapowiedzią tego, z czym kraj zmierzy się w 2026. To,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Opinie

Polityka klimatyczna Unii Europejskiej

Nadmierne ambicje redukcyjne i Europejski Zielony Ład

Na początek chciałbym znaleźć odpowiedź na pytanie, jak to się stało, że wchodząc do Unii Europejskiej, cieszyliśmy się najtańszą energią elektryczną, którą eksportowaliśmy także do krajów unijnych, a po ponad 20 latach stała się ona najdroższa na wspólnym rynku.

Jeszcze w 2003 r. zadałem ówczesnemu premierowi Leszkowi Millerowi pytanie (na posiedzeniu Senatu, podczas którego premier przedstawiał sprawozdanie z rozmów kopenhaskich na temat naszej akcesji), jakie atuty wnosimy do Wspólnoty. Odpowiedział, że naszym wkładem jest młoda, dobrze wykształcona kadra. Ja jednak miałem na myśli rzecz bardziej prozaiczną, a mianowicie naszą tanią energię elektryczną, od której – jak wiadomo – zależy konkurencyjność gospodarcza.

A co później się stało z tym, według premiera, „naszym atutem”? Młodzi ludzie, dobrze wykształcona kadra, masowo opuszczali kraj w poszukiwaniu pracy. Proces ten na wielką skalę rozpoczął się po 1989 r., roku gospodarczej destrukcji, dokonanej w myśl tzw. konsensusu waszyngtońskiego. Od tego czasu z Polski wyjechało co najmniej 3 mln młodych i dobrze wykształconych ludzi. Największy nasz kapitał. Czy tak miało być? Czy o to walczyli stoczniowcy? I czy chodziło o to, by w Polsce energia elektryczna była droga?

Już jako europoseł po 2004 r. zacząłem pilnie śledzić atuty gospodarcze Polski jako gracza na wspólnym, konkurencyjnym rynku unijnym. Dało się już wówczas zauważyć, że na rozwój gospodarczy Unii przemożny wpływ zaczyna wywierać jej polityka klimatyczna, oparta na bezkrytycznej wierze decydentów politycznych Wspólnoty w przesłanie Międzyrządowego Zespołu ds. Zmian Klimatu (IPCC), że burzliwy rozwój przemysłu od 1750 r. zapoczątkował dramatyczne zmiany klimatu. Głównym czynnikiem wywołującym owe antropogeniczne zmiany, tj. ocieplanie się atmosfery ziemskiej, jest według IPCC nadmierna emisja dwutlenku węgla w tym okresie. Przekonanie o słuszności tej tezy IPCC opiera na metaanalizie licznych artykułów z zakresu nauki o klimacie, które mają stanowić dowód rzekomej poprawności przesłanek hipotezy o antropogenicznych przyczynach ocieplania się klimatu. Tu też należy się doszukiwać głównej przyczyny przyjęcia przez Unię polityki klimatycznej, która za głównego sprawcę tego stanu rzeczy uznała klasyczną energetykę opartą na paliwach kopalnych. Rodzi się istotne pytanie, czy Komisja Europejska, podejmując tę „walkę”, kierowała się wiarą w nieomylność IPCC, czy racjonalnym przekonaniem,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Zima zła?

To pierwsza taka zima od 15 lat. Czy faktycznie jest aż tak straszna, jak ją malują?

Szczypie w nosy, szczypie w uszy,
Mroźnym śniegiem w oczy prószy,
Wichrem w polu gna!
Nasza zima zła!
Maria Konopnicka

Obraz srogiej zimy jest dla nas od ponad dekady opowieścią jak z bajki lub z zamierzchłych czasów. Ostatnie zimy w Polsce były rekordowo ciepłe. Czy obecny atak mrozu i gołoledzi rzeczywiście jest tak spektakularny, czy po prostu zapomnieliśmy, jak zima potrafi wyglądać? O zdanie zapytaliśmy ekspertów od klimatu, medycyny i bezpiecznej jazdy.

Ciepłe lody

Bielą się pola, oj bielą,
Zasnęły krzewy i zioła
Pod miękką śniegu pościelą…
Biała pustynia dokoła
Adam Asnyk

Zima potrafi dać w kość, o czym przekonujemy się od kilku tygodni intensywnych mrozów. Skąd jednak to zaskoczenie, skoro większość Polek i Polaków pamięta zarówno mrozy, jak i śnieg leżący nawet do połowy marca? Za obecny stan rzeczy są odpowiedzialne po części zmiany klimatyczne, a po części układy baryczne, które przywiały do nas mroźne powietrze.

– Zima w Polsce, i w ogóle w Europie Środkowej, to taka pora roku, w której zmienność temperatur jest największa. Zdarzają się zarówno bardzo zimne, jak i bardzo ciepłe sezony. Wahania są duże. Trudno też ze znacznym wyprzedzeniem przewidzieć, czy będzie akurat chłodna, czy ciepła zima, bo to w pewnym stopniu losowe. Ten stan rzeczy nie zmienia się mimo wzrostu średniej temperatury, czyli ocieplania się klimatu, będącego skutkiem wzrostu koncentracji gazów cieplarnianych w atmosferze. Obecny mróz jest wynikiem zafalowania prądu strumieniowego, które powoduje, że znad bieguna północnego spływają masy chłodnego powietrza obejmujące swoim zasięgiem Polskę – tłumaczy fizyczka atmosfery dr Aleksandra Kardaś.

Oczywiście w mediach nie brakuje doniesień o kolejnych poważnych skutkach zimy. Prawdą jest jednak, że od 2010 r. w okresie zimowym nie wiedzieliśmy podobnych obrazków.

– Globalne ocieplenie to wzrost średniej temperatury globalnej w ciągu wielu dekad i jeżeli popatrzymy na statystyki, nie ma wątpliwości, że ono cały czas postępuje. 11 ostatnich lat było w czołówce rankingu najcieplejszych w historii, a ostatnie trzy lata to już samo podium, z rokiem 2024 na czele. Widać, że

k.wawrzyniak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Ekologia Wywiady

Drzewa w stresie

Susza hydrologiczna powoduje, że liście nabierają jesiennych barw już latem

Prof. Marcin Zych – botanik i ekolog, członek wielu rad naukowych, m.in. rady redakcyjnej czasopisma „Acta Agrobotanica”, Rady Naukowej PAN Ogrodu Botanicznego – Centrum Zachowania Różnorodności Biologicznej w Powsinie, Państwowej Rady Ochrony Przyrody oraz Komitetu Biologii Organizmalnej PAN.

Z obserwacji może wynikać, że już od połowy sierpnia panuje w Polsce jesień. Choć ta kalendarzowa ma przyjść dopiero 22 września. Czas zrewidować pojęcie jesieni?
– To jeszcze nie jesień. Wzmożone opadanie liści wynika ze… stresu i, obrazowo mówiąc, jest wyrazem desperacji roślin. Liście zawierają wodę, ale gdy zachodzi wymiana gazowa poprzez aparaty szparkowe, maleńkie pory w liściach otwierają się i dochodzi do częściowej utraty wody. Przedłużająca się susza sprawia, że wody ucieka coraz więcej. Aż dochodzi do momentu, gdy organizm wysycha. Aby temu zapobiec, roślina zrzuca liście. Proces wydaje się podobny do tych, które mają miejsce jesienią, jest jednak wynikiem stresu wodnego.

Mamy do czynienia ze strajkiem liści? Nowe już nie odrosną.
– Nie odrosną. Trzeba czekać do wiosny. Praprzyczyną kłopotów jest susza hydrologiczna. Deficyt wody jest ogromny. Niektórzy są zdziwieni, bo przecież mieliśmy mokre wakacje, ale badanie wilgotności gleby pokazuje smutną prawdę. Nawet po ulewnym deszczu praktycznie nie ma kałuż. Woda nie pozostaje w wysuszonej glebie, nie jest wchłaniana, szybko spływa do rzek, a w mieście do kanałów. Tak się dzieje nawet po kilkudniowym opadzie, gdy górna warstwa gleby jest lekko wilgotna, a dolna wciąż sucha. Hydrolodzy badający wody podziemne już od 10 lat mówią o suszy panującej w dużej części kraju. Nieco lepiej jest na Pomorzu i w górach, ale środkowa część Polski jest w opłakanym stanie.

Każdy z nas pamięta tzw. kapuśniaczek, lekki deszczyk, którego efekt był zbawienny dla roślin i gleby, bo powoli je nawilgocał. Teraz mocne, ale krótkotrwałe deszcze spływają błyskawicznie, powodując lokalne powodzie i podtopienia, ale gleba po nich pozostaje sucha. Czy rośliny, zrzucając liście, robią to niejako instynktownie, „przewidując” deficyt wody?
– To nie instynkt ani rodzaj adaptacji, ale – jak powiedziałem – raczej desperacja. Wiele roślin, z wyjątkiem np. sukulentów, nie ma żadnego mechanizmu kontrolowania utraty wody. Zagęszczenia aparatów szparkowych na liściach drzewo nie może zmienić ani np. części wyłączyć, więc broni się przed ostatecznym wysychaniem, zrzucając liście. Fizjologicznie przygotowuje się do spoczynku jesiennego, ogranicza wydajność. W miastach widać to doskonale po kasztanowcach, które źle znoszą suszę. Fotosynteza następuje pod wpływem światła, temperatury i wody. Bez niej nie będzie zachodzić.

Czyli rośliny będą produkowały mniej niezbędnego do życia tlenu?
– Na szczęście za bilans tlenowy odpowiada cała biosfera, choć oczywiście w skali lokalnej dochodzi do niewielkiego ograniczenia produkcji tlenu. Na obszarze naszego kraju widać po drzewach, które źle znoszą suszę, jak wspomniane kasztanowce, że ich pączki spoczynkowe, które normalnie czekałyby na wiosnę, mogą się rozwijać jeszcze jesienią, pod koniec sezonu, gdy są w zasadzie bezużyteczne, ponieważ za chwilę opadną z uwagi na niską temperaturę. Taka nieprzewidziana aktywność wzrostowa osłabia roślinę.

Nie wszystkie rośliny równie źle znoszą wzrost temperatury, niską wilgotność i suszę.
– Istnieje grupa gatunków, która radzi sobie coraz lepiej, ale charakteryzuje się nieco innymi preferencjami klimatycznymi. Do tej pory w naszej części Europy dominował klimat umiarkowanie chłodny – teraz zmienia się na bardziej ciepły i suchy. Część typowych dla nas gatunków drzew przestaje sobie radzić z suchymi, ciepłymi wiosnami i upałami w lecie. One nie przeniosą się w inne obszary. Słabsze wymrą. Kilka gatunków drzewiastych, np. świerk, sosna i brzoza, już się poddaje temu procesowi. Śmiertelność świerków widać było w Białowieży – osłabione suszą ostatecznie były zabijane przez korniki. Warto więc jak najszybciej zacząć modelować zasięgi drzew, biorąc pod uwagę zmiany klimatu i warunki glebowe. Nowe warunki klimatyczne wpłyną na stan przyrody i gospodarki. Dotychczasowy drzewostan gospodarczy, w którym dominowały sosny i świerki, w perspektywie najbliższych 20-50 lat bardzo się zmieni. Wiele zależy od dynamiki zmian klimatycznych, ale z uwagi na długość życia drzew już teraz powinniśmy się zastanawiać, co wprowadzimy zamiast świerków, sosen i brzóz.

Jakie drzewa trzeba będzie sadzić na potrzeby budownictwa i meblarstwa? Może skorzystamy z typowej dla polskiego krajobrazu wierzby?
– Wierzba nie ma zastosowania gospodarczego. Lepszy jest buk. Do tej pory Mazowsze z uwagi na surowy klimat nie miało buków, ale w ocieplającym się klimacie radzą sobie lepiej. W ogóle przeciwwagę dla drzew iglastych będą stanowić raczej drzewa liściaste. Lepiej w suszy radzi sobie też grab. Leśnicy go nie lubią, bo nie nadaje się na deski.

A nasze podobno najstarsze drzewo, dąb?
– Najstarsze polskie drzewo to cis. Lepiej niż świerki radzą sobie jodły. Czeka nas dyskusja na ten temat. Paradoksalnie może się okazać, że powinniśmy wprowadzić w kraju nawet gatunki inwazyjne, przed którymi do tej pory się broniliśmy. Zmiany klimatyczne dałaby radę przetrzymać np. robinia akacjowa. Pochodzi

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Roman Kurkiewicz

Chaos w nas, nie w Musku

Czytając w Magazynie „Wyborczej” opowieść Artura Włodarskiego o Elonie Musku (wyborcza.pl/magazyn/7,124059,31814715,obserwuje-muska-od-lat-jesli-postanowi-zastapic-trumpa-kims.html#S.index_topic-K.C-B.1-L.1.duzy), poczułem się wyprowadzany z chaosu, w którym przebywałem od objęcia władzy w USA przez Donalda Trumpa. Lekturze towarzyszyło też uznanie dla spójności wywodu i absolutne przerażenie rozległością wpływów Muska – człowieka od Tesli, SpaceX, satelitów Starlink, właściciela przejętego Twittera, dzisiaj X. Najbogatszego człowieka na Ziemi i najwyraźniej realnego przywódcy USA. „Miliarder z platformą medialną steruje rządem atomowego mocarstwa. Wszyscy jesteśmy królikami doświadczalnymi – mówi Lindsay Owens, amerykańska socjolożka ekonomiczna”.

Nie będę się zagłębiał w analizę socjopatycznej osobowości Muska – to tylko dodatek do deseru. Widać u niego istotne inspiracje i zapożyczenia w przestrzeni filozofii politycznej, historii – raczej dość zaskakujące. „Musk to longtermista. Myśli w kategoriach tysięcy lat – ponoć tyle ma przed sobą ludzkość. Tak wyliczył – na zasadzie analogii do innych gatunków – William MacAskill, szkocki filozof (rocznik 1987), modny ostatnio w Dolinie Krzemowej”.

MacAskill zainspirował się Irokezami, którzy, podejmując decyzje, wybiegają w przyszłość o siedem pokoleń. Longtermiści, w tym Musk, Thiel, J.D. Vance (człowiek Thiela), uważają, że skoro przyszłych pokoleń będzie znacznie więcej, ich dobro jest ważniejsze niż nasze.

Musk nie zajmuje się już diagnozą, ona jest niepodważalna: apokalipsa klimatyczna jest nieuchronna, demokracja to system chory, niefunkcjonalny, spowalniający lub uniemożliwiający działanie – poprzez regulacje i instytucje publiczne. Musk jest już od dawna na orbicie „rozwiązanie problemów” i, jak podczas swoich prac nad rakietami czy Teslą, zaczyna od zera, by dojść do finału. „Tesla to remedium na zmianę klimatu, SpaceX

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Ekologia

Polski Kongres Klimatyczny: albo się zdekarbonizujesz, albo zginiesz!

Takie zdanie na zakończenie Polskiego Kongresu Klimatycznego wygłosił Jakub Safjański, dyrektor Departamentu Energii i Zmian Klimatu Konfederacji Lewiatan, patrona kongresu, organizacji skupiającej 4,1 tys. firm. Było to, jeśli wierzyć organizatorom, największe w Polsce spotkanie  biznesowe dotyczące inwestycji mających wpływ na osiągnięcie celów klimatycznych. Zgromadziło wielu uczestników m.in. z sektora energetycznego, budownictwa, samorządów lokalnych itd. W ponad 20 panelach dyskusyjnych wypowiedziało się niemal 150 ekspertów z Polski i zagranicy.

Zakres poruszanych tematów obejmował: inwestycje publiczne, dekarbonizację przemysłu, tzw. zielone finanse, nową energetykę i nowe technologie. Zwrócono uwagę, że celem ogólnym działalności gospodarczej przyjętym w UE jest stopniowe zmniejszanie emisji gazów cieplarnianych, by do 2050 r. osiągnąć neutralność klimatyczną. Niezależnie od tego, czy jest to możliwe, przynajmniej dla Polski, kongres miał przygotować listę postulatów biznesu dla rządu, które należy uwzględnić w procesie przyśpieszenia zielonej transformacji polskiej gospodarki.

Trzeba jednak pamiętać, że takie hasła jak dekarbonizacja, zielona transformacja czy neutralność klimatyczna nie są powszechnie akceptowane. Jeszcze przed rozpoczęciem kongresu podważono sens wystąpień w debatach dwóch profesorów: hydrologa Piotra Kowalczaka oraz geologa Leszka Marksa, którzy mieli zabrać głos w panelu „Zmiany klimatu w historii Ziemi. Przeszłość kluczem do przyszłości”. Ich zaproszenie, a znani są z głoszenia poglądu o tzw. kłamstwie klimatycznym, nie spodobało się innym prelegentom. W prasie pojawiła się opinia: „Zapraszanie takich gości na kongres klimatyczny to mniej więcej jak zapraszanie płaskoziemców na kongres astronautyki lub antyszczepionkowców

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Tomasz Jastrun

Rok 2024 odszedł

Święta rodzinne, ale bez polityki – mamy wszak jednakowe poglądy, identyczne emocje – nie ma o czym mówić. Artur, kuzyn żony, fizyk atmosfery, na moją prośbę robi nam wykład na temat globalnego ocieplenia. Tak jak się spodziewałem – jest gorzej, niż powszechnie się uważa. Naukowcy są już pewni, że nie da się zahamować reakcji łańcuchowej zdarzeń, nawet gdybyśmy – co niemożliwe – zupełnie zredukowali emisję dwutlenku węgla. Uczeni już nie spierają się czy, ale kiedy i jaka będzie skala klimatycznych katastrof. Artur ma dwoje uroczych, małych dzieci i martwi się o nie. Też się martwię o swoje dzieci i wnuki. Słaba pociecha, że sam prawdziwego kataklizmu nie dożyję.

Przeceniłem w poprzednich felietonach byłego wiceministra sprawiedliwości Marcina Romanowskiego, sądząc, że zszedł do podziemia. Zwiał do Orbána. Nie pamiętam takiego wysypu memów i dowcipów. Romanowski na uchodźstwie będzie walczył o wolną Polskę. Orbán już oświadczył, że chętnie udzieli azylu innym politykom PiS, prześladowanym przez tyranię Tuska. Nie rozumiem, dlaczego prezes ryzykuje, zostając w kraju – też powinien ujść na Węgry. I tam tworzyć rząd na uchodźstwie. Ziobro ostrzega: „Moje poglądy były bardzo łagodne w stosunku do tego, co zrobimy, kiedy wrócimy i będziemy musieli przywrócić praworządność w Polsce”. W podobnym tonie grozi prezes. Jedynym wyjściem jest nie oddawać im władzy.

„Gazeta Wyborcza” w numerze świątecznym, na stronie głównej, przekazała czytelnikom życzenia: „Cichych, jasnych dni. Dobrze chronionych granic. I bezgranicznej miłości”. Po naszej liberalnej stronie wrzawa, wielkie oburzenie. Te „bezpieczne granice” to rzeczywiście niezręczność – jakby wejście w buty, które na granicy zostawiło PiS. Generalnie pojęcie granicy może być wieloznaczne – pragnienie poczucia bezpieczeństwa to jedno z podstawowych ludzkich i zwierzęcych instynktów. Dlatego populiści tyle zyskują, grając tym tematem, demonizując zagrożenia, jakie niesie „najazd obcych”.

Zniesienie granic między państwami Unii Europejskiej i dołączenie Polski do strefy Schengen było dla mnie niezwykłym, radosnym wydarzeniem. W czasach, gdy byliśmy radziecką kolonią

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.