Nieznośna lekkość polityki

Nieznośna lekkość polityki

Wywiad “Gazety Wyborczej” z Kazimierzem Kutzem (“Kaczyńscy bawią się w politykę”) spotkał się z dużym zainteresowaniem czytelników. Polecali go jedni drugim i poza zwykłym kolportażem miał ten numer gazety jeszcze obieg wtórny. Kutz trafnie dostrzegł, że Kaczyńscy są bardziej ludźmi zabawy, “draki”, niż politykami. Sprawy kraju traktują lekko, powierzchownie i dlatego radykalizm przychodzi im bardzo łatwo. Przygotowując nękające represje przeciw wytypowanym grupom ludzi, cieszą się rzeczywistym poparciem ze strony części społeczeństwa, ale nie liczą się z inną częścią, która wrogo zareaguje, gdy prześladowania będą już dobrze w toku. Wyparli ze świadomości ugruntowaną wiedzę historyczną, która mówi, że przeważnie różnica między prześladowanymi a prześladowcami jest taka, że prześladowani cierpią wcześniej, a prześladowcy później. Wyparcie tej wiedzy jest tym dziwniejsze u Kaczyńskich, że sami wzięli na siebie misję mścicieli i cały czas mają na uwadze tych, którzy kiedyś triumfowali jako prześladowcy. Na początku transformacji wydawało się, że wszyscy są zgodni w jednym: skończmy z tym zmiennym-niezmiennym ciągiem prześladowań, niech się odtąd rodak nie boi rodaka, przyjmujemy demokrację, by broniła wolności jednostek i równości wszystkich wobec prawa. Niedługo trwała ta błoga jedność. Gdy jedni zaufali obietnicom, jakie niosła demokracja, i rozbroili się psychicznie, drudzy, wiecznie niespokojni, wypatrzyli słabe miejsca w społeczeństwie i podjęli na nowo odwieczny wątek prześladowań i kontrprześladowań. Robili to najpierw ostrożnie, krok po kroku, a gdy zauważyli, że w Polsce bezczelnym wszystko wolno, zaczęli rozszerzać wymierzanie “historycznej sprawiedliwości” (tylko pod tą postacią dozwolone jest dziś prześladowanie ludzi).
Kazimierz Kutz mówi: “Ciągną nas w jakiś skansen np. pięknych uniesień patriotycznych w XIX wieku, i pielęgnowanie martyrologii. Wymyślają jakieś muzealne państwo, w którym triumfuje katolicka parafiańszczyzna”. Gdy pytano Kaczyńskich, na czym ma polegać ich projektowana “rewolucja moralna”, dawali przykład historyczny: ma to być obudzenie się moralności i patriotyzmu jak w latach bezpośrednio poprzedzających powstanie styczniowe… Myślę, że taka odpowiedź dziś już nawet inteligentowi niewiele mówi, ale to wina inteligenta, nieznającego tego okresu historii, w którym ukształtowały się wzory emocji i pojęcia polskiej, do dziś panującej świadomości patriotycznej. Z jednej strony było to połączenie polityki i religii; manifestacje patriotyczne głównie w kościołach; procesje i padanie na kolana przed oddziałami rosyjskimi; najwyższe napięcie mesjanizmu; kult romantycznych poetów, zwłaszcza Krasińskiego i jego “Psalmów”; przekonanie, że Polska reprezentuje najwyższe ideały moralne i polityczne. W takim nastroju rozpoczęło się powstanie. Ciekawsza jest druga strona medalu, bardzo wybiórczo opisywana przez historyków. Powstała rozległa organizacja konspiracyjna, “państwo podziemne” (z tamtych czasów pochodzi to określenie), wyposażone w instrumenty terroru. Utworzone zostały oddziały morderców, tzw. sztyletników, które zabijały zwolenników polityki Wielopolskiego i innych Polaków, podejrzanych o współpracę z Rosją, przeważnie niewinnych. Terror tej “rewolucji moralnej” sięgał do Galicji, gdzie konspiratorzy także popełniali morderstwa z motywów patriotycznych, czasem w sposób niezwykle sadystyczny (“rozpłatawszy brzuch nożem, umieszczają w nim dekret skazujący na śmierć i zostawiają na polu konającego w niewymownych mękach”). Na czoło tej moralnej rewolucji wysuwa się szczególny typ ludzi: “tajemnicami napuszone jak balony osobistości, niepojęte wydając sądy o sprawach świata, półsłówkami szepcąc wariackie o ludziach i rzeczach wyroki. Były to przyszłe matadory narodowych rządów i przyszli dowódcy…”, pisze świadek tamtych wydarzeń, hrabia L. Jabłonowski. Podczas powstania skłócone frakcje posługują się sztyletnikami we wzajemnych porachunkach, a także w stosunku do tak skądinąd czczonego Rządu Narodowego (“wtargnęli we czterech… mając ze sobą oddział tzw. sztyletników, na posiedzenie Rządu Narodowego i grożąc śmiercią obecnym, zażądali wydania wielkiej pieczęci i dokumentów”, cytuję za A. Sokołowskim).
Cała ta powstańcza rewolucja moralna jest dobrą ilustracją tezy Hegla, że “subiektywna cnota, która rządzi jedynie na zasadzie przekonania, prowadzi do najstraszliwszej tyranii”. Terror konspiracyjny nie wyrządził najmniejszej szkody Rosji, jedynie Polacy byli jego ofiarami. Taka była realna strona owych “pięknych uniesień patriotycznych w XIX wieku”.
Co Kazimierz Kutz mówi o liderach PiS-u, można z równą słusznością powiedzieć o innych partiach tzw. prawicowych, postsolidarnościowych. Do tej pory żadna z nich nie przeciwstawiła się PiS-owi zasadniczo i merytorycznie. Platforma Obywatelska znalazła się w opozycji, ponieważ Kaczyńscy nie chcieli jej dopuścić do swojej zabawy w politykę. Co by się zmieniło, gdyby Rokita z Tuskiem znaleźli się w rządzie? Przecież cały czas przed wyborami i długo po wyborach podkreślali zbieżność swoich diagnoz i celów z diagnozami i celami Prawa i Sprawiedliwości. Ciągle zachowują nadzieję na wspólny rząd i jest bardzo prawdopodobne, że taki powstanie. Złośliwości, docinki, zwischenrufy, gesty zgrozy z powodu dowolnego powiedzenia czy postępku Kaczyńskich nie wyrażają jeszcze stanowiska politycznego i nie dają pewności, czy obecni krytycy chcieliby i byli zdolni prowadzić inną politykę. Cały spór między PO i PiS toczy się o to, czy mają się bawić wspólnie, czy osobno. Rządy Kaczyńskich nie będą trwały tak długo, żeby mogli oni spełnić wszystkie swoje groźby. Robotę może dokończyć PO, jeśli po nich nastanie.
Jeżeli socjologia nie jest zbiorem urojeń, jeżeli jej założenia są prawdziwe, to trzeba przyznać, że nie tylko jednostki sprawujące władzę o czymś decydują; coś do powiedzenia mają również (moim zdaniem, najwięcej) takie byty jak ustrój, jak struktury społeczne, jak typy transformacji. W Polsce obecnie czynnikiem politycznym pierwszego rzędu jest typ zachodzącej transformacji. Ten typ to schyłkowy okres restauracji; restaurowany został kapitalizm, w wymiarze wąsko politycznym odtwarzana jest II Rzeczpospolita, jej prymitywna kultura polityczna, jej “sanacja”; zapowiadają się jej formy represji. Najbardziej charakterystyczną, strukturalną cechą restauracji jest “rozliczanie historii”, totalne zwalczanie (symboliczne przeważnie, ale również realne) poprzedniego okresu (w naszym przypadku PRL-u), szykanowanie, dyskryminowanie i zniesławianie ludzi służących (cokolwiek miałoby to znaczyć) poprzedniemu ustrojowi. Przypomina to rewolucję, ale nią nie jest. Nacisk tych właściwości transformacji restauracyjnych jest tak silny, że “rozliczeniowe” pragnienia jednostek odgrywają przy nich mało znaczącą rolę. Polityka restauracyjna jest bezmyślna, tak jak bezmyślna, bo również pozbawiona czynnika inteligencji i odpowiedzialności ludzkiej, była polityka komunistyczna. W okresie restauracji, tak jak podczas rewolucji, której skądinąd jest ona przeciwieństwem, awansują w polityce ci, którzy najzajadlej zwalczają przeszłość. To bardzo proste i łatwe zadanie. Kto nie ma poczucia rzeczywistości, ten lepiej “sprawdza się” we władzy.

Wydanie: 10/2006

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy