Tag "Orlen"

Powrót na stronę główną
Kraj

Mocarze znad Wisły

Jak polskie spółki przejmują zachodnie przedsiębiorstwa

We wrześniu 2024 r. eSky Group, polska firma działająca w branży turystycznej, kupiła za 30 mln funtów od chińskiej spółki Fosun Tourism Group legendarną markę Thomas Cook. Polacy postanowili wskrzesić brytyjską ikonę. Thomas Cook to jedna z najstarszych (180 lat tradycji) firm turystycznych świata, która ogłosiła upadłość w 2019 r. O transakcji eSky Group Agencja Reutera poinformowała cały świat.

To spektakularny, ale tylko jeden z przykładów przejmowania europejskich firm przez polskie spółki. I pomyśleć, że w 2004 r., gdy Polska wchodziła do Unii Europejskiej, byliśmy klasycznym odbiorcą. Kolejne rządy robiły wszystko, by przyciągnąć do Polski kapitał. Zachodni inwestorzy budowali u nas fabryki, a my oferowaliśmy wykwalifikowaną, tanią siłę roboczą, niskie podatki i niskie ceny energii. Trudno było sobie wyobrazić, że kiedyś polskie firmy będą sięgały po niemieckie, francuskie czy brytyjskie spółki. A jednak…

Gdy uczeń przerasta mistrza

W latach 90. XX w. polski przedsiębiorca jadący na targi do Niemiec Mercedesem klasy S czuł się jak ubogi krewny. Nawet jeśli miał pieniądze, brakowało mu pewności siebie. Teraz, gdy w Berlinie siada po drugiej stronie stołu negocjacyjnego, czuje, że rozdaje karty. Bo Polska to dzisiaj – w sensie ekonomicznym – poważny europejski gracz.

Od 2023 r. poziom polskich inwestycji, głównie w Europie Zachodniej, systematycznie rośnie. Rodzime firmy na zakup udziałów w zachodnich spółkach i uruchamianie nowych inwestycji wydają rocznie 10-16 mld dol.

Powód jest prosty – dla wielu polskich firm rynek krajowy stał się za ciasny. Jeśli jest się jednym z największych producentów w kraju, to gdzie szukać nowych możliwości? Oczywiście za granicą. Zwłaszcza gdy udało się zgromadzić kapitał.

Przejęciom sprzyja proces starzenia się osób, które w latach 50. i 60. w Niemczech, Francji lub we Włoszech zakładały i rozwijały firmy. Dziś ci inwestorzy nie zawsze mają komu przekazać to, co uważają za dorobek życia. Ekonomiści nazywają to luką sukcesyjną. Dzieci właścicieli wolą być prawnikami, artystami lub cyfrowymi nomadami i nie marzą o tym, by kontynuować rodzinne tradycje. Założoną przez dziadka, a rozwijaną przez ojca firmę wolą korzystnie sprzedać.

Bywa, że polski przedsiębiorca, który swój biznes budował od zera, lepiej rozumie logikę tradycyjnej rodzinnej firmy i nie traktuje przejętej marki jak trofeum, które można podzielić na części, by potem dalej odsprzedać z zyskiem. Dlatego łatwiej mu zdobyć zaufanie niemieckiego seniora, który ma nadzieję, że Polak utrzyma jego firmę.

Przykładem takiej polityki jest założona w 1992 r. w Krośnie przez braci Adama i Jerzego Krzanowskich, wspólnie z amerykańskimi partnerami Henrym i Ronaldem Sternami, spółka Nowy Styl (wcześniej Nowy Styl Group). Dziś to jeden z trzech największych producentów mebli biurowych w Europie. Było to możliwe dzięki przejęciom takich niemieckich firm jak Grammer Office, Rohde & Grahl czy Kusch+Co.

W maju 2019 r. Grupa Nowy Styl decyzją francuskiego sądu została wybrana na inwestora znajdującej się w upadłości spółki Majencia. Polacy nie tylko przejęli fabryki w Noyon i Bressuire, ale też zatrudnili większość wcześniej pracującej tam załogi. Dzięki temu francuska spółka przetrwała. Poza niemieckimi firmami bracia Krzanowscy przejęli szwajcarską firmę Sitag oraz działającą w Dubaju spółkę Stylis Dubai. Wszystko po to, by rozszerzyć sprzedaż i asortyment. Obecnie prezesem zarządu jest pochodzący z Norwegii Ketil Årdal, który zastąpił Adama Krzanowskiego (Jerzy zmarł w 2024 r.).

Tą samą drogą poszła działająca w branży

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Sukcesja bez podatku

Klasa polityczna i biznesowa zamieniła fundacje rodzinne w osobisty portfel poza zasięgiem fiskusa

W założeniach miał to być pomysł na uchronienie polskich firm rodzinnych przed rozpadaniem się po śmierci ich założycieli, sprzedażą wieloletnich biznesów i kłótniami spadkobierców. Za stworzeniem polskiego odpowiednika znanych w Europie prywatnych fundacji od lat lobbowały Business Centre Club oraz Instytut Biznesu Rodzinnego. Projekt wspierały też kancelarie prawne i doradcze, wyczuwając, że na nowej instytucji będzie można nieźle zarobić.

Rząd PiS, a konkretnie Ministerstwo Finansów z Ministerstwem Rozwoju i Technologii przygotowały projekt ustawy, którą ostatecznie aż 441 głosami, a więc niemal jednomyślnie, przyjął Sejm pod nazwą Ustawa z dnia 26 stycznia 2023 r. o fundacji rodzinnej. Prezydent

Andrzej Duda podpisał ją bez zbędnej zwłoki.

Wystarczyły trzy lata, by okazało się, że fundacja rodzinna to genialny instrument chroniący polityków, prezesów i wszelkiej maści biznesmenów przed podatkami. Ustawa zapewniła bowiem fundacjom rodzinnym wyjątkowo przyjazny pakiet podatkowy: zwolnienie z bieżącego podatku CIT od dochodów uzyskiwanych w ramach działalności statutowej, zerową stawkę PIT na rzecz świadczeń wobec beneficjentów z najbliższej rodziny oraz preferencyjną stawkę 15% CIT od wypłacanych świadczeń. Wystarczy minimalny fundusz założycielski, wynoszący zaledwie 100 tys. zł, jeden akt notarialny, wpis do rejestru – i jesteś właścicielem rodzinnej skarbonki.

Rząd Mateusza Morawieckiego reklamował to jako sukces. Pytanie czyj, bo do gry weszły osoby i podmioty, którym sukcesja rodzinnego majątku była całkowicie obojętna. Tak naprawę liczyły się podatki, a raczej ich brak, oraz możliwość ucieczki z aktywami.

Wielka ucieczka przed podatkami i komornikiem

Nad Wisłą obowiązuje zasada jawności majątkowej osób pełniących funkcje publiczne. Posłowie, senatorowie, ministrowie, prezesi spółek skarbu państwa czy sędziowie mają obowiązek składania oświadczeń majątkowych. Muszą wykazać, kto ile zarabia, co posiada, jakie ma zobowiązania, od kogo pożyczył pieniądze itp. Tylko że od połowy 2023 r., czyli od wejścia w życie ustawy, bez problemu można przerzucić do fundacji rodzinnej większość majątku i w stosownych oświadczeniach pojawi się co najwyżej wzmianka o „prawach do świadczeń z fundacji”. Bez szczegółów, a więc bez wartości poznawczej.

Media ustaliły, że z fundacji rodzinnych korzystają posłowie różnych opcji politycznych. Sławomir Mentzen z Konfederacji ma Fundację Rodzinną Rodziny Mentzen. Przemysław Wipler to Fundacja Rodzinna RW. Ryszard Petru, jak wskazują media, to z kolei Fundacja Rodzinna Vinci.

Największe zainteresowanie mediów wzbudziła KP76 Fundacja Rodzinna założona przez byłego prezesa Orlenu Daniela Obajtka, mająca siedzibę w Myślenicach.

Gdy 15 października 2023 r. Prawo i Sprawiedliwość przegrało wybory parlamentarne,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Albo patriotyzm, albo zyski

Dlaczego polskie firmy otwierają fabryki w Chile, Kazachstanie, USA i Chinach?

Napis na frontonie budynku przy ulicy ul. Łąkowej 39/44 w Gdańsku głosi: „LPP Fashion Lab Cotton” i – jak sądzę – niewiele mówi przeciętnemu mieszkańcowi Trójmiasta. A tu mieści się największa w Polsce firma modowa. Grupa LPP jest właścicielem takich marek jak: Reserved, House, Mohito, Sinsay i Cropp. W ubiegłym roku posiadała 3426 sklepów stacjonarnych na ponad 40 rynkach. To właściwie międzynarodowy koncern o polskich korzeniach. Tylko w pierwszych trzech kwartałach ubiegłego roku jego sprzedaż doszła do 16,6 mld zł, co oznaczało wzrost o 20% w stosunku do roku 2024. Prezesem Grupy LPP jest Marek Piechocki, a największym udziałowcem założona przez niego na Malcie rodzinna Fundacja Semper Simul.

LPP SA jest notowana na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie. Kurs jednej akcji oscyluje ostatnio wokół 20 tys. zł, a kapitalizacja rynkowa to ponad 36,5 mld zł, co musi budzić szacunek.

Przy czym Grupa LPP nie ma w Polsce ani jednego zakładu produkcyjnego, w którym szyte są ubrania sprzedawane pod dobrze już znanymi markami. W sprawozdaniu za 2023 r. podano, że ok. 92% kolekcji zamawiane było w Azji, głównie w Bangladeszu, Chinach, Mjanmie, Pakistanie, Indiach i Kambodży, ok. 7% w Turcji, a w Polsce… nie więcej niż 1%.

Przykład Grupy LPP jest charakterystyczny dla dużego rodzimego biznesu, który coraz częściej przenosi produkcję poza granice Polski. Szacunki wskazują, że zagraniczne aktywa polskich spółek sięgnęły 164,5 mld. zł. A to dopiero początek.

Dlaczego emigrują z Polski?

Decyzja o budowie fabryki za granicą lub ulokowaniu tam produkcji to nie kaprys ani widzimisię właścicieli. Stoi za tym złożona kalkulacja ekonomiczna, w której liczą się dziesiątki zmiennych. Powodów, dla których polskie spółki decydują się na taki krok, jest kilka. Tak wynika z badań prowadzonych przez rodzime ośrodki analityczne, takich jak Polski Instytut Ekonomiczny.

Okazuje się, że ponad połowa rodzimych firm inwestujących za granicą jako najważniejszy powód podaje poszukiwanie nowych rynków zbytu. Rodzimy rynek, choć duży jak na standardy regionu, ma swoje ograniczenia. Dla firm, które osiągnęły już pozycję krajowego lidera, dalszy wzrost wymaga wyjścia poza granice. A gdy już taka decyzja zapadnie, lepiej mieć produkcję tam, niż wysyłać towary z Polski i płacić za transport oraz cła.

Drugi powód to dywersyfikacja ryzyka. Pandemia COVID-19 nauczyła firmy, że poleganie na jednym rynku to czysty hazard. Gdy Polska zamykała granice, firmy prowadzące działalność w kilku krajach mogły przenieść jej ciężar gdzie indziej. Wojna w Ukrainie tylko umocniła to doświadczenie.

Spółki, które miały ugruntowaną pozycję na rosyjskim, białoruskim czy ukraińskim rynku, z

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Wielki sponsor z Pcimia

Za prezesury Daniela Obajtka z Orlenu w niejasnych okolicznościach wypływały setki milionów złotych

Przed Sądem Okręgowym w Łodzi toczą się procesy wytoczone przez Orlen Danielowi Obajtkowi i Michałowi Rogowi o zwrot ponad 700 tys. zł, wydanych przez tych menedżerów ze służbowych kart kredytowych na prywatne zachcianki. Ulubieniec Jarosława Kaczyńskiego miał przepuścić ok. 160 tys. zł m.in. na wizyty w luksusowych restauracjach, korektę uzębienia i zabiegi medycyny estetycznej z użyciem botoksu, który sprawia, że twarz nabiera młodego wyglądu. Czy Obajtek zapisał się też na lekcje dobrych manier, gdzie oduczyłby się posługiwania rynsztokowym językiem, tego nie udało mi się ustalić.

W sumie na tzw. koszty reprezentacji zarządu Orlenu w latach 2018-2023 wydano ok. 14,5 mln zł. Przeciętnie zarabiający Kowalski na takie pieniądze musiałby pracować jakieś 150 lat, ale gdy pisowscy nominaci już się dorwali do władzy, nie mieli żadnych hamulców w szastaniu nie swoją forsą, chociaż dostawali zawrotne wynagrodzenia. Tylko w 2023 r. Daniel Obajtek (absolwent technikum rolniczego i Prywatnej Wyższej Szkoły Ochrony Środowiska w Radomiu) zarobił ok. 1,7 mln zł, tj. o prawie 280 tys. zł więcej niż rok wcześniej.

Orlen to największy koncern energetyczny w Europie Środkowo-Wschodniej, zatrudniający kilkadziesiąt tysięcy osób. Przychody i zyski firmy liczone są w miliardach złotych. Spółka zawsze była łakomym kąskiem dla polityków, którzy obsadzali ją swoimi zaufanymi ludźmi, nie zawsze o najwyższych kompetencjach, ale takiego „wybitnego” menedżera jak były wójt Pcimia jeszcze w historii Orlenu nie było (o zasługach Daniela Obajtka pisaliśmy m.in. w tekście „Dyzma Kaczyńskiego i stracone miliardy złotych”, „Przegląd” nr 18/2025). Ani równie gigantycznych wydatków na marketing, sponsoring, darowizny, doradców i prawników. Jeszcze w 2017 r., zanim Obajtek zasiadł w fotelu prezesa Orlenu, wspomniane koszty kształtowały się na poziomie ok. 200 mln zł. Od 2018 r. zaczęły gwałtownie rosnąć – z 255 mln zł do ponad 765 mln zł w 2023 r. Przez sześć lat rządów Obajtka w Orlenie wydano ponad 2,8 mld zł.

Propagandziści i sportowcy

W 2023 r. Najwyższa Izba Kontroli chciała sprawdzić, kto i na jakich zasadach korzysta z hojności prezesa Orlenu. Jednak ten nie wpuścił kontrolerów, zasłaniając się tajemnicą spółki. Tak naprawdę chodziło o to, żeby na jaw nie wyszły liczne nadużycia i szwindle.

Pieniądze z Orlenu nie płynęły do przypadkowych osób. Kilkadziesiąt milionów złotych trafiało każdego roku do propisowskich mediów – głównie rządowej TVP oraz koncernów medialnych braci, Michała i Jacka Karnowskich oraz Tomasza Sakiewicza, zapewniających PiS wsparcie propagandowe. Naftowa spółka oprócz wykupywania reklam sponsorowała sztandarowe imprezy: „Sylwestera marzeń” TVP, galę Człowieka Wolności Tygodnika „Sieci” i galę Człowieka Roku „Gazety Polskiej”. Oczywiście honorowani przez wspierające PiS media byli wyłącznie politycy ówczesnej partii rządzącej, m.in. Jarosław Kaczyński, Mateusz Morawiecki, Mariusz Błaszczak, Andrzej Duda, Julia Przyłębska czy Piotr Gliński. W 2021 r. doszło do kuriozalnej sytuacji, gdy

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Aktualne Przebłyski

Szamotanina na Orlenie

Niby mała rzecz, a wkurzyć może nawet flegmatyków. Podjeżdżacie na stację, by zatankować paliwo, ale chcecie ochronić ręce. Nie trzeba długo się rozglądać, prawie na każdej stacji są jednorazowe rękawiczki. I tu kończą się dobre wiadomości. A zaczyna szamotanina z badziewiem, które trudno założyć. Walka z produktem rękawiczkopodobnym. Kupionym gdzieś po taniości dla kierowców estetów. Jeśli chcą mieć czyste ręce, to niech kombinują. Nasz czytelnik z Chorzowa, z zawodu kierowca, zirytowany tym, co go spotyka, zrobił ranking stacji pod kątem rękawiczek jednorazowych. I co mu wyszło? Najdłużej trzeba się szamotać na stacjach Orlenu, a najlepiej jest na stacjach BP i Moya.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Big Brother Obajtek

Ulubieniec prezesa PiS ma szansę pobić rekord w liczbie zarzutów prokuratorskich

W środę 12 listopada były prezes Orlenu stawił się w Prokuraturze Regionalnej w Warszawie, gdzie usłyszał zarzut nadużycia uprawnień i wyrządzenia w nadzorowanej przez siebie spółce szkody majątkowej na prawie 400 tys. zł. Europosłowi PiS towarzyszył tłum fanów z biało-czerwonymi flagami i transparentami „Murem za Obajtkiem”, przybyły na wezwanie Jarosława Kaczyńskiego.

„Każdy patriota w tym kraju musi ponieść konsekwencje robienia dobrych uczynków. Jestem przygotowany do tego emocjonalnie i duchowo i wy dajecie mi dużo siły, by być do tego przygotowanym. Ja osobiście się nie boję i poradzę sobie z tym. Poradziłem sobie z wieloma rzeczami, łącznie z chorobą, poradzę sobie z tą zarazą i wam też radzę być czujnym w tym wszystkim”, mówił do zgromadzonych Daniel Obajtek.

Pod czujnym okiem

400 tys. zł, za które ciąga go prokuratura, nie zostało przeznaczone na wsparcie domu dziecka, samotnych matek, bezdomnych ani nawet na kupno wozu transmisyjnego dla Telewizji Trwam. Za te pieniądze Obajtek wynajął prywatnego detektywa, a ten inwigilował polityków Platformy Obywatelskiej i ich bliskich: Bartłomieja Sienkiewicza, Marcina Kierwińskiego, Roberta Kropiwnickiego, Jana Grabca, Marka Sowę i Pawła Poncyljusza. Detektywem zaprzęgniętym do niewdzięcznej roboty był Wojciech Koszczyński, prezes firmy InvestProtect z Gdańska.

Prezes Koszczyński tak przedstawia się na stronie internetowej: „Były funkcjonariusz Centralnego Biura Śledczego oraz Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Wysokiej klasy specjalista w zakresie bezpieczeństwa korporacyjnego oraz wywiadu gospodarczego. Zdobył doświadczenie, świadcząc usługi m.in. dla międzynarodowych korporacji z sektora energetycznego, firm produkcyjnych, branży logistycznej i wielu innych. (…) Specjalizuje się w prowadzeniu dochodzeń gospodarczych w Polsce, Unii Europejskiej i poza nią, działając dyskretnie i skutecznie. (…) Ma duszę sportowca, nie poddaje się łatwo i zawsze walczy do końca. Pasjonat strzelectwa oraz górskich wypraw”.

Koszczyński śledził posłów opozycji w 2021 r. Był to gorący okres. „Gazeta Wyborcza” ujawniła tzw. taśmy Obajtka potwierdzające, że ówczesny prezes Orlenu jeszcze jako wójt Pcimia wbrew prawu zarządzał z tylnego siedzenia prywatną spółką TT Plast. Obajtek wydawał polecenia, zlecał rozmowy z klientami, a nawet decydował o urlopach. A robił to w mało wyszukany sposób, używając języka typowego dla kryminalistów, a nie biznesmenów. Taśmy były bardzo niewygodne dla obozu władzy i Obajtka nie tylko dlatego, że ten dopuścił się przestępstwa, zawiadując jako wójt spółką, ale też dlatego, że zeznając w sądzie jako świadek, zaprzeczył, że był cichym wspólnikiem TT Plast. A za fałszywe zeznania grozi odpowiedzialność karna.

Później pojawiły się kolejne artykuły. Dziennikarze opisywali powiązania rodzinne i towarzyskie Obajtka, a także jego związki ze środowiskiem przestępczym. Podawano w wątpliwość legalność pochodzenia jego majątku, opisywano nieformalne układy z deweloperami, których sponsorował Orlen.

Wszystko to wywołało polityczną burzę. Posłowie PO organizowali konferencje prasowe, pisali zawiadomienia do prokuratury i CBA. Według moich informacji Obajtek postanowił wziąć odwet. Wytypował najaktywniejszych polityków, a potem zlecił ich inwigilację Koszczyńskiemu – zebrane przez detektywa kompromaty miały zostać przekazane propisowskim mediom, by te zrobiły z nich użytek. Politycy opozycji byli śledzeni, filmowani ukrytymi kamerami i fotografowani. Sprawdzano ich stan majątkowy, powiązania rodzinne i towarzyskie. Szukano na nich czegokolwiek, co można by wykorzystać: kochanek, nieobyczajnych zachowań, nadużywania alkoholu, narkotyków, uzależnień od hazardu itp.

Daniel Obajtek zdawał sobie sprawę, że działania detektywa są nielegalne, i próbował się zabezpieczyć na ewentualność wpadki, zlecając podpisanie umów z Koszczyńskim Zbigniewowi Laskowi, dyrektorowi Biura Kontroli i Bezpieczeństwa w Orlenie. Lasek to były funkcjonariusz CBA

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Ziemia obiecana 2.0

Jak dwóch Jankesów naciągnęło nas na miliardy dolarów

Panowie Michael Sabel i Bob Pender nie czytali „Ziemi obiecanej” Władysława Reymonta, za to do perfekcji opanowali działanie wedle słynnego z niej cytatu: „Ja nie mam nic, ty nie masz nic, on nie ma nic (…). To razem właśnie mamy tyle, w sam raz tyle, by założyć wielką fabrykę”.

Historia zaczęła się 26 czerwca 2018 r., gdy Piotr Woźniak, prezes Polskiego Górnictwa Naftowego i Gazownictwa SA, oraz Sabel i Pender, założyciele spółki Venture Global LNG, w trakcie odbywającej się w Waszyngtonie Światowej Konferencji Gazowej podpisali porozumienie dotyczące warunków dostaw 2 mln ton skroplonego gazu ziemnego rocznie z nieistniejących jeszcze w Luizjanie terminali Calcasieu Pass LNG i Plaquemines LNG. Pierwsze statki z amerykańskim błękitnym paliwem miały trafić do Świnoujścia w 2022 r.

„To dla nas zaszczyt, że wśród naszych partnerów znalazło się PGNiG, jeden z liderów rynku energetycznego w tej części Europy”, dumnie oświadczyli prezesi Sabel i Pender. „Zakup LNG w USA pozwoli nam nie tylko na dalszą dywersyfikację naszego portfela importowego od 2022 r., ale także umożliwi rozwój naszych kompetencji tradingowych i obecność jako globalnego gracza na rynku LNG”, wtórował im prezes Woźniak.

Choć w 2018 r. Venture Global na realizację tych inwestycji zebrała tylko 525 mln dol., to prezesi mieli plan! Legenda głosi, że Sabel, by namówić inwestorów, jeździł po Teksasie starym chevroletem i tłumaczył im, że eksport LNG będzie lukratywnym biznesem. Mimo że spółka nie posiadała własnego terminalu, zawarła kontrakty na dostawy gazu z takimi koncernami jak Shell, BP, włoski Edison, chiński Sinopec czy hiszpański Repsol. Dla banków była to gwarancja, że interes jest pewny i można udzielić spółce kredytów.

28 września 2018 r. PGNiG i Venture Global LNG zawarły dwa 20-letnie kontrakty na dostawy 2 mln ton skroplonego gazu w formule Free on Board, czyli że strona polska będzie odbierała gaz swoimi statkami i będzie mogła sprzedać go na wolnym rynku.

Umowy te w późniejszych latach były aneksowane i obecnie Orlen (który wchłonął PGNiG) powinien każdego roku odbierać 5,5 mln ton LNG z Luizjany. Tyle że, jak mówią przedstawiciele naszego narodowego producenta paliw, „spółka Venture Global realizuje swoje zobowiązania w ograniczonym zakresie w porównaniu do tego, co zapisano w kontraktach”.

Za tym uprzejmym zwrotem kryje się brzydka prawda. Zgodnie z umową zawartą w 2018 r. dostawy gazu dla PGNiG (obecnie Orlenu) powinny się rozpocząć w 2022 r. Tymczasem pierwszy statek z LNG od Venture Global zjawił się w Świnoujściu… pod koniec kwietnia 2025 r.

By uzupełnić braki w dostawach, pojawiające się w związku z tym, że Amerykanie nie realizowali swoich zobowiązań z 2018 r., Orlen od trzech lat zmuszony był kupować gaz na wolnym rynku, często po bardzo wysokich cenach. Ile go to kosztowało? Szacunki mówią o dodatkowych ok. 900 mln dol. tylko w 2022 r. Łącznie do 2025 r. mogło to być znacznie

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Dyzma Kaczyńskiego i stracone miliardy złotych

PKN Orlen pod wodzą byłego wójta Pcimia stał się maszynką do wyprowadzania pieniędzy

Czegoś takiego jeszcze nie było w historii Orlenu. Prokuratury w Warszawie, Płocku i Łodzi prowadzą kilkanaście śledztw w sprawie nadużyć w największej polskiej spółce, popełnionych, gdy na jej czele stał Daniel Obajtek, którego namaścił Jarosław Kaczyński. „To jest przede wszystkim zupełnie niezwykły człowiek, jeżeli chodzi o talent organizacyjny, dynamikę, łatwość podejmowania decyzji, i to celnych decyzji, słusznych decyzji. Tutaj, można powiedzieć, w tym naszym zbiorze różnego rodzaju osób, które mają kwalifikacje do tego, żeby zrobić dla społeczeństwa w szerszym tego słowa znaczeniu coś dobrego, on jest taką bardzo wyróżniającą się postacią”, mówił o Obajtku prezes PiS, nazywając go „gwiazdą”.

Z pobieżnych szacunków wynika, że za sprawą niezwykłych przymiotów Obajtka narodowy czempion gospodarczy stracił co najmniej 25 mld zł.

Gwiazda spod ciemnej gwiazdy

Czym Obajtek zauroczył Jarosława Kaczyńskiego, trudno pojąć, ale były wójt Pcimia nigdy nie powinien zostać szefem naftowego giganta ani jakiejkolwiek innej państwowej spółki czy urzędu (zanim trafił do Orlenu, był prezesem Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa i prezesem spółki Energa). Obajtek nie miał do tego wykształcenia, doświadczenia ani kompetencji. A na dodatek był zamieszany w działalność przestępczą. Przyjęcie łapówki, oszustwo i współdziałanie z gangsterami ze zorganizowanej grupy przestępczej – takie zarzuty w 2013 r. postawiła prokuratura „niezwykłemu człowiekowi”. Sprawa trafiła nawet do sądu, ale nic się nie działo, bo oskarżeni nie pojawiali się na rozprawach. Gdy PiS doszło do władzy, rzucono Obajtkowi koło ratunkowe. Zmieniono przepisy Kodeksu postępowania karnego (kpk), tak by prokurator mógł na każdym etapie postępowania sądowego akt oskarżenia cofnąć, pod pretekstem uzupełnienia akt. Nowe prawo uchwalono błyskawicznie, akt oskarżenia w sprawie Obajtka został wycofany z sądu, a sprawę umorzono.

Szemrana mentalność Obajtka znalazła odbicie w słynnych taśmach potwierdzających, że jako wójt Pcimia wbrew prawu zarządzał z tylnego siedzenia prywatną spółką. A robił to w mało wyszukany sposób, używając wulgaryzmów. Jak policzył Wojciech Czuchnowski z „Gazety Wyborczej” w dwugodzinnym nagraniu Obajtek wypowiedział 253 słowa na k, 55 słów na ch, 42 słowa na p i 36 słów na j. Pisowscy propagandziści tłumaczyli nieudolnie, że Obajtek cierpi na zespół Tourette’a – chorobę neurologiczną, której objawem może być niekontrolowane przeklinanie. Wywołało to oburzenie Polskiego Stowarzyszenia Syndrom Tourette’a. Lekarze i rodziny chorych potępili łączenie choroby z chamstwem i brakiem wychowania.

Obajtek, który już raz uniknął więzienia, teraz może mieć mniej szczęścia, chociaż chroni go immunitet europarlamentarzysty. Ale w Parlamencie Europejskim raczej nie znajdzie zbyt wielu naiwnych skłonnych uwierzyć w brednie o zemście przeciwników politycznych. Nadużycia, których się dopuścił i którym patronował, mogą ulubieńca prezesa zaprowadzić na wiele lat do więzienia.

Rozbiór Lotosu

Najpoważniejsze śledztwo prowadzone jest w Łódzkim Wydziale Zamiejscowym Departamentu ds. Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Krajowej. Chodzi o fuzję Orlenu z Lotosem. W teorii połączenie dwóch spółek paliwowych miało podnieść wartość firmy, ułatwić pozyskanie nowych rynków zbytu i zapewnić zwiększenie przewagi konkurencyjnej. Zamiast tego rozprzedano majątek Lotosu poniżej rzeczywistej wartości, co było szaleństwem lub sabotażem. 30% udziałów w gdańskiej rafinerii przypadło saudyjskiemu koncernowi Saudi Aramco, ok. 400 stacji paliwowych węgierskiemu koncernowi MOL. Współpracująca z MOL węgierska firma Rossi Biofuel przejęła zakłady Lotosu produkujące biopaliwa, a polska spółka Unimot (kontrolowana przez zagraniczne podmioty) stała się właścicielem baz paliw. Zdaniem Najwyższej

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Co może Kaczyński?

PiS weszło w etap wojen wewnętrznych. To nieuniknione

PiS wchodzi w jesień 2024 r. z poczuciem nadchodzącej burzy. Ona jest nieuchronna, pytanie tylko, jak długo potrwa i jak będzie wyglądała scena polityczna po jej przejściu. Jak będzie wyglądało PiS.

Pomruki tej burzy słyszymy codziennie. Mamy kolejne pyskówki na linii Mariusz Błaszczak-Marcin Mastalerek, czyli prawa ręka Kaczyńskiego kontra prawa ręka Dudy. Mamy gry wokół Mateusza Morawieckiego, Beaty Szydło i Patryka Jakiego… To nie może się skończyć ot tak sobie. W PiS rozpoczyna się wojna domowa. A Kaczyński nie potrafi jej zatrzymać.

Skąd ta wojna? Dlaczego prezes, który twardą ręką trzymał partię, dziś może tak mało?

PESEL

Przyczyny są oczywiste. I zaczynają się na literę P. Wyliczmy je: PESEL prezesa, prokurator i pieniądze (bo jedni je mają, a drudzy – nie).

Biologii nie oszukasz. Jarosław Kaczyński to rocznik 1949, ma 75 lat. W polskiej polityce jest to wiek bardzo zaawansowany. Spójrzmy: Władysław Gomułka w roku 1970 miał 65 lat, Edward Gierek w 1980 – 67 lat, Tadeusz Mazowiecki w 1989 – 62 lata, a Jan Olszewski w 1991 – 61 lat. Na ich tle Kaczyński to matuzalem. To po pierwsze. Po drugie, każdy widzi, że polityczną formę prezentuje coraz gorszą, mówi coraz bardziej rozwlekle i coraz mniej przekonująco. Widać też, że coraz mniej rzeczy do niego dociera, przez co jest źle poinformowany i podejmuje złe decyzje.

Przykład? Ciągnie PiS w dół sprawa Ryszarda Czarneckiego. A przecież nie musiała. Bo informacji o jego cwaniactwie było aż nadto. Ale gdy wyszło na jaw, jak oszukiwał Unię Europejską, wmawiając unijnym urzędnikom, że podróżował służbowo motorowerem, ba, nawet traktorem, Kaczyński zareagował w sposób rozbrajający. Powiedział, że wcześniej sądził, że to plotki, legendy…

Dlaczego tych plotek nie sprawdził? Nie chciał? Nie potrafił? Nie ma współpracowników, którzy zrobiliby to za niego i którym by ufał? Można więc sądzić, że podobnie podchodzi do innych spraw kadrowych.

Dodajmy do tego jeszcze jeden element – kalendarz polityczny mówi, że następne wybory do Sejmu i Senatu odbędą się w roku 2027. Kaczyński będzie miał wtedy 78 lat. Czy ktoś wierzy, że będzie miał tyle werwy, by ułożyć listy wyborcze i przeprowadzić zwycięską kampanię? A potem mianować premiera i go kontrolować?

Prokuratura

Od 16 sierpnia działa w Prokuraturze Krajowej specjalny pięcioosobowy zespół badający śledztwa polityczne z czasów rządów PiS. Zarówno te prowadzone, jak i umorzone. Na przykład sprawę „dwóch wież”, które Kaczyński planował zbudować na należącej do spółki Srebrna działce w centrum Warszawy.

Poza tym prokuratura aż puchnie od wniosków i prowadzonych śledztw. Do najbardziej medialnych należy sprawa Rządowej Agencji Rezerw Strategicznych, w której oskarżony jest jej były szef Michał K. Afera uderza w Mateusza Morawieckiego i jego grupę.

Jest też afera Funduszu Sprawiedliwości. W niej oskarżony został były wiceminister sprawiedliwości Marcin Romanowski z Suwerennej Polski. No i afera Collegium Humanum i dyplomów MBA. Tu oskarżonymi są Ryszard Czarnecki i jego żona, ale przecież w tle jest rzesza samorządowców, generałów, celebrytów, którzy załatwiali sobie dyplomy.

Rozwija się również afera wokół PKOl i jego szefa Radosława Piesiewicza. A sponsorujące PKOl spółki skarbu państwa nie dość, że wycofują się z umów, to jeszcze zaczynają składać zawiadomienia do prokuratury, związane z dysponowaniem pieniędzmi przekazywanymi PKOl.

Prowadzone są także śledztwa związane z Orlenem. Jest ich zresztą dużo więcej, na konferencji prasowej parę tygodni temu premier Tusk mówił, że Krajowa Administracja Skarbowa w związku z prowadzonymi kontrolami złożyła już 60 zawiadomień do prokuratury, a suma wyłudzeń sięga 3,2 mld zł. I to nie koniec.

Dla polityków PiS sytuacja jest więc z gatunku nie znasz dnia ani godziny. Nie wiedzą, do kogo teraz zapuka prokurator. W kogo uderzy. W jaką frakcję. W ten sposób, można rzec, prokuratura kształtuje układ sił wewnątrz PiS…

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Jak skończy Obajtek

Czy były wójt Pcimia trafi za kratki?

Pytanie takie jest jak najbardziej na miejscu, bo przecież wiadomo, że dzięki PiS Daniel Obajtek uciekł spod topora sprawiedliwości. A przestępstwa, o które go oskarżono, były poważne: okradzenie firmy wujów na 700 tys. zł i przyjęcie 50 tys. łapówki od „Prezesa”, Macieja C., szefa brutalnego gangu wymuszającego haracze. Wójta Pcimia i „Prezesa” oprócz łapówki za ustawienie gminnego przetargu łączyły więzi towarzyskie. Obajtek musiał bardzo zauroczyć Jarosława Kaczyńskiego, bo ten zaangażował najpierw Zbigniewa Ziobrę, a potem parlamentarzystów PiS i prezydenta Andrzeja Dudę do zmiany przepisów Kodeksu postępowania karnego (tzw. lex Obajtek), by wyciągnąć swojego ulubieńca z kłopotów. Dzięki temu Prokuratura Okręgowa w Piotrkowie Trybunalskim, na czele której stała Magdalena Witko, żona byłego posła PiS, a potem prezydenta Tomaszowa Mazowieckiego Marcina Witki, wycofała z sądu akt oskarżenia przeciwko Obajtkowi (rzekomo w celu uzupełnienia materiału dowodowego), a sprawa ostatecznie została umorzona. 

Pisowska prokuratura ukręciła też łeb sprawie ujawnionych nagrań, z których wynikało, że Obajtek, będąc wójtem Pcimia, kierował z tylnego siedzenia prywatną spółką, co jest niezgodne z prawem, bo Ustawa o pracownikach samorządowych zabrania łączenia posady wójta z działalnością biznesową. Występując potem w sądzie jako świadek, Obajtek pod przysięgą skłamał, zaprzeczając, by miał coś wspólnego z firmą. 

Afera wizowa.

Choć PiS już nie rządzi, Daniel Obajtek nadal czuje się mocny. Były prezes Orlenu nie stawił się (28 maja br.) przed sejmową komisją śledczą ds. afery wizowej. Komisja chciała go przesłuchać w związku z załatwianiem wiz dla zagranicznych pracowników, zatrudnionych w sztandarowej inwestycji Orlenu – Olefiny III w Płocku (na ponad 100 ha powstaje tam potężny kompleks, w którym wytwarzane będą produkty petrochemiczne). Już dzień wcześniej Obajtek zapowiedział, że nie będzie „małpą w cyrku Michała Szczerby”, a ewentualny termin kolejnego przesłuchania powinien zostać wyznaczony dopiero po kampanii wyborczej do Parlamentu Europejskiego, bo przecież prywatne sprawy jaśnie pana są ważniejsze od jakiejś tam komisji sejmowej. 

Obajtek ma czego się obawiać. Komisja dysponuje dokumentami, z których wynika, że wiceminister spraw zagranicznych Piotr Wawrzyk po spotkaniu z przedstawicielami Orlenu wydał urzędnikom konsularnym wytyczne, w jaki sposób, omijając procedury, ściągać cudzoziemców na budowę płockiego kompleksu. Dzięki Wawrzykowi wykonawca inwestycji Orlenu zyskał w nieuprawniony sposób dostęp do polskiego systemu MSZ e-Konsulat. Pięciu pracowników inwestora (w tym dwóch obcokrajowców) dostało loginy i hasła umożliwiające wpisywanie nowych nazwisk do systemu „w trybie ekstraordynaryjnym”, czyli wedle własnego uznania i poza jakąkolwiek kontrolą. Istnieje podejrzenie, że w ten sposób do Polski mogło zostać sprowadzonych nielegalnie nawet kilkanaście tysięcy osób, z których część nigdy nie trafiła do Płocka. Byłego prezesa Orlenu pogrążył zeznający przed komisją Mateusz Morawiecki, który stwierdził, że nie miał wiedzy na temat tego, jak Orlen sprowadzał pracowników, a o wszystko „trzeba pytać pana Daniela Obajtka”.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.