Święto kłamstwa

Święto kłamstwa

Czasem śni się nam, że krzyczymy i męczymy się strasznie, bo krzyk się z nas nie wydobywa. Kiedy indziej na jawie rzeczywiście krzyczymy, ale mamy takie samo poczucie niemożności, bo krzyczących jest wielu. Mętne i męczące uczucia towarzyszyły mi, gdy pisałem poprzedni felieton. Chciałem wykrzyczeć swoje liberum veto przeciw coraz bardziej szczelnemu kłamstwu pokrywającemu przemiany zakończone wyborami 4 czerwca 1989 r., ale było mi wstyd powtarzać rzeczy oczywiste. Swoje liberum veto wygłosiłem wprawdzie, ale treść była zawikłana.
Amerykańska gazeta „Wall Street Journal” bardzo pochwaliła Polaków za to, że obalili komunizm za pomocą demokratycznych wyborów. Mnie zainteresowało, dlaczego w ciągu kilkudziesięciu lat ta gazeta ani razu nie napisała, że komunizm można obalić za pomocą wyborów. Znali prawdę, ale woleli zachować ją dla siebie? Dlaczego kubańscy dysydenci do dziś nie użyli tego prostego sposobu i nadal tolerują braci Castro? Taki pogląd był nonsensem kilkadziesiąt lat temu i jest nim obecnie, gdy eksperyment się skończył. Z tego, co w Ameryce pisano, najwięcej sensu miała teoria konwergencji. Po wschodniej stronie żelaznej kurtyny władza bała się jej bardziej niż wojującego antykomunizmu, ponieważ było w niej dużo prawdy i zawierała instrukcję, jak należy ukierunkować dążenia, aby się pozbyć komunizmu. W danych warunkach starać się naśladować Zachód. Konwergencja demokratycznego kapitalizmu i realnego socjalizmu rzeczywiście zachodziła, z tym jednak zastrzeżeniem to mówię, że Wschód bardzo się upodabniał do Zachodu, a Zachód do Wschodu tylko troszeczkę. Nikt sobie chyba nie wyobrażał konwergencji w ten sposób, że doprowadzi ona do skutku w sposób bezszelestny i strony to zauważą dopiero wówczas, gdy różnice znikną. Rozumiało się samo przez się, że na pewnym stadium konwergencji wystąpi rozstrzygający kryzys polityczny, ale nie spodziewano się, że będzie to miało miejsce w tak wczesnym okresie procesu upodabniania się.
Zbigniew Brzeziński swoje teorie traktuje użytkowo; gdy spełnią zadanie, zapomina o nich i obmyśla nowe. Nie ma on w sobie tej próżności, często spotykanej w świecie akademickim, która woła: „a nie mówiłem?”. Porzucił swoją konwergencję, gdy kryzys realnego socjalizmu przybrał ostrą formę, a robotnicy z bohemą na czele stali się pierwszorzędnym czynnikiem politycznym. Wysłuchałem jego odczytu na Uniwersytecie Jagiellońskim na wiosnę 1989 r. Witał oczywiście z radością przemiany, jakie zachodziły w Polsce, a w dyskusji (gdzieś musi być nagranie) powiedział, że istnieją silne przesłanki do nadziei, że za dwadzieścia lat mur berliński zostanie zburzony, a Niemcy się zjednoczą. Tak powinno było się stać, ale w Europie Wschodniej, w Moskwie, w Warszawie, w Berlinie rządzili ludzie niemający pojęcia o polityce i stało się inaczej.
Co nagle, to po diable. Co by było, gdyby Polska stała się wolna wcześniej? Dziś Zbigniew Brzeziński pyta: jak i kiedy mogło się to stać? „Czy wtedy, kiedy Ameryka miała broń atomową, a Rosja jej nie miała, w latach 40.? Czy kiedy Stalin umarł i wkrótce Berlin wybuchł? Czy podczas powstania węgierskiego w latach 50., czy podczas kryzysu berlińskiego i wkrótce też kubańskiego – w latach 60.? No i proszę sobie wyobrazić, że to nastąpiło. Imperium pęka. Sowiety w odwrocie. I co dalej? Na Zachodzie głównym sojusznikiem Stanów Zjednoczonych były wtedy Niemcy Zachodnie. I ani Ameryka, ani Niemcy Zachodnie nie uznawały wtedy granicy na Odrze i Nysie. Czyli atmosfera niepewności. Może rozpoczyna się chaotyczna ucieczka części ludności z ziem zachodnich i spontaniczny powrót przynajmniej części Niemców wysiedlonych. A co wtedy na Wschodzie?” („Gazeta Wyborcza”, 19 maja 2006 r.).
Jakie wnioski wyciągają z tego trafnego rozumowania patentowani patrioci z IPN-u, z muzeów „komunizmu”, z pałaców władzy „dużego” i „małego”? Żadne. Z coraz większym patosem głoszą chwałę tych wszystkich usiłowań wyzwolenia Polski, które nie spowodowały katastrofy tylko dlatego, że zostały stłumione w zarodku lub pozostały zamknięte w głowach. Dopiero w roku 1989, mówi Brzeziński, pojawiły się optymalne warunki dla demokracji i swobód w Polsce. Decydującym warunkiem był „pokojowy rozpad imperium”. Nie tylko umożliwił on zmianę ustroju, ale nie zagroził – powtarzam za Brzezińskim – stanowi posiadania na zachodzie kraju, wówczas już wystarczająco umocnionemu.
Wybory 4 czerwca 1989 r. były dziełem dwu stron: kierownictwa PZPR i „Solidarności”. Dochodzi się do tego oczywistego wniosku, zarówno gdy się bierze pod uwagę obiektywne związki przyczynowe, jak gdy się wnika w subiektywne intencje stron. Fakt, że gen. Jaruzelski i gen. Kiszczak nie byli honorowymi uczestnikami uroczystości rocznicowych, że organizatorzy nawet nie rozważali takiej możliwości, świadczy o nędznym formacie ludzi dziś Polską rządzących, a także o zafałszowaniu przebiegu zmiany ustrojowej. Zakłamywanie tej historii odbywa się jednocześnie z biciem w tarabany „prawdy” i „pamięci”.
W realnym życiu kłamstwo odgrywa nie tylko negatywną rolę, o czym można się przekonać, urządzając sobie dla zabawy dzień bez kłamstwa. Zapominawczość według Nietzschego ma być podobno równie niezbędna do życia jak pamiętanie. Nie będę się spierał. Może jakieś tajemnicze racje nakazują zakłamać wybory 1989 r. Jeżeli tak, to świętowanie 4 czerwca, czego wielu się domaga, powinno być zapisane w kalendarzu jako święto kłamstwa.

Wydanie: 24/2009

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy