Gospodarka, głupcze?

Kuchnia polska

„Gospodarka, głupcze!”

Ten okrzyk, przypisywany Billowi Clintonowi, robi u nas błyskotliwą karierę, ale co właściwie znaczy?
Otóż obawiam się, że przypisuje się mu tylko jedno znaczenie. A więc po pierwsze, że istnieje wyłącznie jeden możliwy model gospodarki, oparty na dążeniu do maksymalizacji zysków i akumulacji kapitału, oraz, po drugie, że wobec wymogów tej właśnie gospodarki zamilknąć muszą wszelkie obiekcje dotyczące chociażby spraw społecznych, niematerialnych sfer ludzkiej egzystencji czy wreszcie tak idealistycznych bajdurzeń jak wartość i jakość ludzkiego życia.
Od pewnego już czasu z uporem powracam do tego właśnie tematu. Ale wydaje mi się on nie tylko ważniejszy od wszystkiego, o czym rozpisują się obecnie gazety – a więc od Sobotki, Narodowego Funduszu Zdrowia, Rywina i Jakubowskiej, a nawet rakiet Roland – ale i bolesny. Najważniejszy, bo od niego w rezultacie zależy, czy za dwa lata powitamy nowy rząd z braćmi Kaczyńskimi, Giertychem, Wrzodakiem i całym repertuarem groźnych pomysłów, jakie niosą ze sobą ci panowie, a bolesny, ponieważ wszelkie wysiłki, aby wprowadzić to do świadomości naszych rządzących, odbijają się jak groch od ściany.
Jest to tym bardziej przygnębiające, że wbrew pozorom nie jest prawdą, że na temat: „gospodarka, ale jaka?” nie toczy się nie tylko na świecie, ale i u nas mądra i przekonywająca dyskusja i nie ukazują się także u nas niemal co miesiąc znaczące publikacje, wśród których ostatnio chciałbym szczególnie polecić wydaną pod egidą Instytutu Problemów Społecznych UW książkę „U podłoża globalnych zagrożeń”. Wszystko to jednak na nic; mędrkowie sobie, a pragmatyczni i mający wpływ na rzeczywisty bieg spraw politycy sobie.
Zacznijmy zatem od początku. Czy możliwa jest w ramach gospodarki rynkowej polityka gospodarcza, która, w odróżnieniu od prowadzonej obecnie, miałaby cechy prospołeczne, kojarzone z myśleniem socjaldemokratycznym, czego brak, według niedawnej ankiety, odczuwają Polacy?
Oczywiście, że jest możliwa, a nawet więcej, jest faktem, że Europa tej właśnie polityce zawdzięcza najlepsze lata swojej współczesnej historii, to znaczy okres „państwa dobrobytu” czy też „państwa socjalnego” w Niemczech. Dziś mówi się, że konstrukcje te „nie zdały egzaminu”, okazały się zbyt kosztowne i niedołężne. Ale mówią to amerykańskie oraz ponadnarodowe – a więc także amerykańskie – koncerny, nie zaś zwyczajni ludzie, którzy wszędzie, gdzie socjaldemokracje dały się zastraszyć tym opiniom, stopniowo cofają dla nich swe poparcie.
Przed tygodniem przywołałem tu artykuł Andrzeja Lubowskiego z „Gazety Wyborczej”, który dowodził, że budownictwo mieszkaniowe może być kołem zamachowym polskiej gospodarki, co jest jasne jak słońce. Ale przecież budownictwo mieszkaniowe, dostępne dla ludzi mniej zamożnych, jest nie tylko po to, aby rozkręcać gospodarkę, lecz także po to, aby ludzie mogli żyć w ludzkich warunkach. Narzekamy na marne wyniki szkolne naszych dzieci, na katastrofę czytelnictwa, na zdziczenie obyczajów, co degraduje nas w rankingach europejskich. Ale jak mogą się uczyć dzieci stłoczone w kilkuosobowych izbach? Jak można czytać książkę w przeludnionym mieszkaniu, w którym ryczy telewizor? Jak grupy wyrostków mają nie koczować na klatkach schodowych, skoro nie ma dla nich miejsca w mieszkaniach? Jak mogą wreszcie bez mieszkań powstawać godziwe relacje sąsiedzkie, nie mówiąc już o sąsiedzkich inicjatywach zbiorowych, społecznych czy kulturalnych? Masowe, ekonomiczne budownictwo jest oczywiście gospodarką rynkową. Ale jest to zarówno cel, jak i środek, który wytwarza pożądane stosunki społeczne.
I na tym polega problem prospołecznej gospodarki rynkowej, aby wybierać te kierunki, które równocześnie z efektem gospodarczym przynoszą demokratyczne zmiany społeczne.
Niedawno Robert F. Kennedy jr., syn zamordowanego Boba Kennedy’ego, zwrócił się do nas („Gazeta Wyborcza” 4-5.10.br.) z namiętnym apelem „Brońcie swoich świń, brońcie swego kraju!”, ostrzegając nas przed dokonującą się już i u nas inwazją barbarzyńskiej amerykańskiej firmy Smithfield Foods, wprowadzającej tzw. przemysłowy wychów świń i dewastującej środowisko naturalne. Odpowiedziała na to w „Gazecie” pani Krystyna Naszkowska, twierdząc, że gdybyśmy posłuchali Kennedy’ego, przegralibyśmy konkurencję w mięsie wieprzowym z zagranicznymi koncernami. Ale tak właśnie rozumuje nie tylko koncern Smithfield Foods, ale i prezydent G.W. Bush, nie chcąc podpisać protokołu z Kioto o obronie atmosfery ziemskiej.
Gospodarka prospołeczna jest bowiem także wyborem wartości. Przy wszystkich kalkulacjach rynkowych nie może być obojętne, że hodowla świń odbywa się w warunkach wyrafinowanego okrucieństwa, a pola i wody podskórne zatruwane są chorobotwórczymi związkami godzącymi w okolicznych mieszkańców. Jednak przeciwko inwazji Smithfield Foods protestowała u nas jedynie Samoobrona, ale nie socjaldemokracja. I ta sama Samoobrona postawiła całkiem niegłupią tezę, że w polskich warunkach przeludnienia wsi i bezrobocia w przemyśle wyjściem dla nas nie jest uprzemysłowienie hodowli, lecz rolnictwo ekologiczne, dające wysokie zatrudnienie, a także produkty mniej liczne niż „przemysłowa wieprzowina”, ale za to droższe również w eksporcie.
Polska jest krajem zaśmieconym, ale jeszcze niezdewastowanym ekologicznie, gdzie latają jeszcze owady, wytrzebione gdzie indziej przez pestycydy, dzięki czemu żyją u nas ptaki, których nie ma już w Europie. Dla gospodarki prospołecznej obrona tych wartości, stanowiących o jakości życia, nie jest obojętna, dla liberalnej całkowicie.
Oczywiście, największym poligonem gospodarki pro albo też antyspołecznej jest obecnie Śląsk. To, co mówi i pisze na ten temat Kazimierz Kutz, a ostatnio także Jacek Kuroń w obronie nie tyle kopalń, ile przede wszystkim społecznej kultury Śląska, brzmi być może blado i mięczakowato wobec zimnej wymowy zysków lub strat, jakie przynosi eksploatacja węgla. Ale za węglem stoją ludzie, którzy od pokoleń żyli w przekonaniu o szlachetności swego niebezpiecznego zawodu. Tych ludzi pozbawiamy teraz nie tylko pracy, ale i ładu moralnego, w którym wyrośli. Kuroń oblicza, że od każdego z nas potrzebne byłoby ileś tam złotówek rocznie, aby ludziom tym pozwolić stopniowo, godnie i planowo wyjść z ich nieszczęścia. Bo gospodarka prospołeczna jest także gospodarką ludzkiej solidarności. Nawet gdy trzeba do niej coś dołożyć.
Gospodarka? Tak, oczywiście! Ale jaka, głupcze?

 

Wydanie: 42/2003

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy