Kłopotliwa cecha

Kłopotliwa cecha

Już tyle razy ich wyganiano, a oni wracali. Policja im wlepiała mandaty, przenoszono ich do nowych pawilonów, ale byli uparci – wracali w to samo miejsce, wykładali na stare koce cukiernice z żółtego kryształu. Na ręcznikach ustawiali zegary oprawione w drewno. W otwartych pudełkach eksponowali zaśniedziałe łańcuszki, broszki, które starali się wyczyścić szczoteczką do zębów. Inni parkowali przy chodniku swoje stare busy pełne ogórków, ziemniaków – i sprzedawali to wszystko wprost z samochodów. Pozostali siadali na rybackich krzesłach, rozkładali przed sobą to, co wyrosło za domem i na działce: szczypior, pietruszkę, maliny. Zielenina leżała na ceracie. Polne bukieciki stały w słojach wypełnionych wodą.

W tę sobotę na chodniku umościł się facet, który miał przed sobą jedynie paproć. Czerstwa cera, fachowe zmarszczki. Oczy błyszczące pod mołojecką czapką. – Tylko to pan sprzedaje? – zapytałam niepewnie. Gość uśmiechnął się równie zakłopotany. – No tak, paprotka. Moja, domowa. Sam taką piękną wyhodowałem. Niech pani patrzy, jaka gęsta. Można rozsadzać i rozsadzać. Z tej jednej może pani sobie zrobić wiele paprotek! – Ho, ho – pomyślałam. – No to czary-mary. I to za jedyne 15 zł! Może nie kwitnie magicznie, życzeń nie spełnia, ale mnożyć się będzie w nieskończoność. Poza tym jeśli jest coś bardziej wzruszającego niż dziewczynka biegnąca z białym kotem przez pole bitwy (słynna scena z filmu „Fakty i akty”), to jest to facet sprzedający paprotkę. Kupiłam.

Oprócz tego, że była płodna i rzeczywiście bez protestów dała się rozsadzić, paproć wykazała jeszcze inną (kontrowersyjną) cechę. A mianowicie śmierdziała jak sto pięćdziesiąt. Emanowała niczym broń masowego rażenia. Waliła jak stąd do Hollywood. – Zawsze jest jakaś cena za piękno – pomyślałam, patrząc na soczystą zieleń i gęste, drobno karbowane liście.

W pierwszej chwili sądziłam, że zapaszek jest immanentną cechą paprotki, funkcją jej mądrości – w ten sposób odstrasza perfidne dżdżownice i łase, przepełnione agresją muszki. Z czułością myślałam o inteligencji i tragizmie rośliny: piękna i śmierdzi. Jednak muszę ze wstydem przyznać: nie pochylałam się już nad nią tak chętnie. A kiedy obrzucałam pokój wzrokiem, widok paprotki przyprawiał mnie o melancholię. Spróbuję oddać wagę sprawy: zapaszek był mdły, coś między kaplicą, moczem wiedeńskich koni a wypalonym przez słońce gówienkiem. Zauważyłam, że nawet moi tolerancyjni goście (również ci z zapaleniem zatok!) dyskretnie omijali paproć i siadali z dala od parapetu, gdzie miała swoje siedlisko. Pomyślałam, że paproć jest zaklątwiona, a miły staruszek to ponury mściciel, złośliwiec, wynajęty przez kogoś, komu sprawiłam niegdyś jakąś przykrość.

Co robić? Ukochanego psa nie wyrzuca się z łóżka tylko dlatego, że śmierdzi. Poprosiłam więc o radę przyjaciółkę, która zjawiła się z dobrym winem, powąchała paprotkę i rzekła: – Zaszczana. Będąc naukowcem, przyjaciółka nie żywiła złudzeń ani co do magicznych właściwości dziada, ani w kwestii wybitnej inteligencji paproci. – Myślisz, że facet ją hodował, żeby do niej sikać? – wydało mi się to nieprawdopodobne. Ale nieprawdopodobne wydają mi się też sukcesy Perfekcyjnej Pani Domu, a to wcale nie znaczy, że ich nie ma. – Nie, głupia – prychnęła koleżanka. – Jego kot pewnie się na to odlewał.

I wtedy zdarzyło się coś, o co zawsze podejrzewałam słowo: a mianowicie miało ono zdolność magiczną – realny wpływ na rzeczywistość. Przebiegle zidentyfikowana – kłopotliwa cecha paproci zniknęła. Albo paproć po prostu się wyśmierdziała i tyle. Znów z przyjemnością zasiadałam przy parapecie z talerzem pełnym pierniczków i wtulałam twarz w chłodne liście. A przyjaciele zaczęli mnie tłumnie odwiedzać. W tę sobotę znów idę na targ. Liczę, że będzie to początek kolejnej wspaniałej przygody.

Tagi: rośliny

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy