Inteligent

Przez wiele miesięcy zbierałem się, aby napisać o tej książce, ale zawsze zdarzało się coś takiego, co skłaniało mnie, aby odłożyć ten zamiar na później. Bo w końcu książka nie zając, nie ucieknie, a poza tym jest to dziennik roku 2000, a więc sam autor czekał dwa lata, aby go wydać. Rok 2002 jednak się kończy i nie ma co dłużej zwlekać.
Wszyscy wiemy, że w roku 2002 zdarzyło się wiele dziwnych, a nawet nadzwyczajnych rzeczy, z których główną jest oczywiście zakończenie polskich negocjacji z Unią Europejską, dokonane symbolicznie 13 grudnia, z której to okazji nawet Adam Michnik przełamał swoje osobiste upodobania i z narażeniem zdrowia wypił szklanką mleka toast z premierem Millerem.
A w książce-dzienniku Antoniego Marianowicza, bo o niej tu mowa, zatytułowanej „Wyciąg na szklaną górę” nie dzieje się nic nadzwyczajnego. Nie dzieje się tyle, ile w pisanej z tej samej, całkowicie osobistej perspektywy wcześniejszej książce tego autora, „Życie surowo wzbronione”, gdzie tłem ogólnym spisywanych z zadziwiającą pogodą wspomnień były lata wojny i holokaustu. W roku 2000 tłem ogólnym dziennika Marianowicza są w najlepszym wypadku wybory prezydenckie, w których startował m.in. niejaki Marian Krzaklewski, o którym nikt już dzisiaj nie pamięta. Marianowicz wspomina o tym od czasu do czasu, w istocie jednak opisuje dzień po dniu, co robił, kogo widział, martwi się swoim zdrowiem, z którym ma kłopoty, a także ZAiKS-em, którego jest prezesem i też ma z nim kłopoty, cieszy się natomiast swoim wnukiem, który właśnie w tym roku się urodził, paroma książkami, które przeczytał oraz kilkoma kolacjami, które stanęły na wysokości jego niebanalnych oczekiwań.
Dlaczego więc uważam, że przypomnieniem tej książki powinienem zakończyć rok 2002? Czy tylko z sympatii dla autora, z którym łączy mnie trwająca już kilka dziesięcioleci znajomość, zabarwiana przelotnie dyskretnym odcieniem przyjaźni?
Otóż nie tylko. Książka Antoniego Marianowicza „Wyciąg na szklaną górę” jest bowiem dziennikiem inteligenta. Rok 2002, jak wiele poprzednich, a także zapewne wiele następnych, przyniósł przepisową dawkę rozważań i rozpraw o końcu inteligencji jako kategorii społecznej, warstwy, klasy, postawy czy jak to w końcu nazwać, której zmierzch udowodnić można naukowo, poczynając od jej mizernej kondycji ekonomicznej, kończąc zaś na plajcie jej ambicji przywódczych, gdzie zastąpiona została przez menedżerów gospodarczych i politycznych, piosenkarki i prezenterów telewizyjnych.
Otóż wszystko to jest szczerą prawdą, której nie sposób zaprzeczyć. Z inteligencją jest również tak, jak pisał kiedyś o cnotach wielki ekonomista John Maynard Keynes, że bardzo trudno przekonać ludzi do łagodności i dobra w sytuacji, gdy nie łagodność i dobro, ale brutalność i zło przynoszą im wymierne ekonomiczne korzyści. Inteligencja też się nie opłaca, ale niektórzy ją wybierają.
Można się o tym przekonać, czytając dzienniki Marianowicza z przeciętnego, choć przestępnego roku 2000. Widać z nich, że inteligencja, niezależnie od swojej ogłaszanej co jakiś czas historycznej plajty, oznacza zbiór zachowań i zwyczajów, które każdy może wybrać sobie na własną odpowiedzialność i niekoniecznie musi tego żałować. Marianowicz na przykład mnóstwo czyta, i to nie tylko książki wydawane teraz, ale szpera po antykwariatach i kiedy wynajduje coś, czego się nie spodziewał, jakiś XIX-wieczny wierszyk satyryczny albo wzmiankę o kimś, czyjego prawnuka spotkał wczoraj w ZAiKS-ie lub Konstancinie, przeżywa z tego powodu przyjemny dzień wart odnotowania. Marianowicz otrzymuje także listy od rozmaitych, często rozsianych po świecie znajomych inteligentów, i w dodatku nie tylko na nie odpisuje, ale również sam rozsyła listy, gdy chce o czymś kogoś powiadomić lub po prostu podziękować za jakąś uprzejmość. Niedawno dostałem list od mego mieszkającego we Francji starszego syna, w którym podkreśla on heroizm tego czynu, ponieważ wszystkie inne kontakty utrzymuje za pośrednictwem e-maila. Nie wyobrażam sobie jednak e-mailów zebranych, natomiast z przyjemnością czytam na przykład zebraną korespondencję pomiędzy Giedroyciem a Iwaszkiewiczem lub innymi inteligentami, a także listy, które cytuje Marianowicz.
Można by z tego wnosić, że inteligenckość to godne pożałowania przywiązanie do staroci. Ale to nieprawda. To również bardzo silne zaangażowanie w to, co dzieje się teraz. Normalny człowiek, gdy przeczyta w gazecie jakieś łajdactwo albo zobaczy w teatrze lub telewizji jakąś szmirę, uważa to za zjawisko normalne i nie zawraca sobie tym głowy. Ale inteligenta dotyka to osobiście. W dzienniku Marianowicza pełno jest powszednich naszych idiotyzmów, a także przykrości odczuwanych na widok tandety w kinie, teatrze i telewizji. Nie żeby było to od razu źródłem cierpienia, nie przesadzajmy. Obowiązuje tu jednak stale przymiarka do jakichś standardów i poziomu, który ustalono już wcześniej. Ponieważ świat inteligenta nie zaczyna dziś rano, ciągnie się za nim jeszcze jakieś wczoraj i przedwczoraj, które nie muszą być truchłem.
Świat inteligenta jest również rozciągliwy geograficznie. U Marianowicza jest on zarówno europejski, jak i amerykański, ale europejski bardziej. Ostatnio z okazji naszych negocjacji unijnych, napisano mnóstwo i siarczyście, że nie wypadliśmy sroce spod ogona, byliśmy i jesteśmy w Europie jak mało kto. Ale tak naprawdę w tej Europie była zawsze, pomimo rozmaitych przerw i utrudnień, polska inteligencja, nawet gdy mogła uczestniczyć w niej tylko wirtualnie, poprzez lektury, czasopisma i reprodukcje. Pamiętam, z jaką atencją podawane były kiedyś z rąk do rąk całkiem przeciętne numery „Le Monde”, nie mówiąc już o „Les Temps Modernes”, które dzisiaj walają się po kioskach, gdzie normalni ludzie kupują „Super Express”, w najlepszym razie „Politykę”.
Świat inteligenta zamieszkują także po prostu ludzie. Z dziennika Marianowicza wynika, że ma on mnóstwo znajomych w różnych miejscach globu. Ale żaden z nich nie jest dla niego „cudzoziemcem”, a więc kimś różnym. To, gdzie są albo nawet jakim językiem mówią, jest nieważnym drobiazgiem, ważne jest natomiast, czy są mili, czy nie, czy mają sympatyczne żony, a także czy można z nimi usiąść przy stole, czy też lepiej tego unikać.
Inteligent. Nic specjalnego. Po prostu sposób życia, myślenia, wybór skali wartości, a także kilku czy kilkunastu form, według których ludzie obcują ze sobą. Historycznie oczywiście splajtowana klasa. Ale Marianowicz dowodzi, że da się z tym żyć na co dzień.

Wydanie: 1/2003

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy