Powrót do realnego świata

Powrót do realnego świata

Ideologia jako próba zafałszowania prawdziwych relacji społecznych zawsze kiedyś się wyczerpuje. Można odwracać na różne sposoby uwagę opinii publicznej od rzeczywistych interesów, problemów i konfliktów społecznych, ale zawsze ta zasłona się zużywa.
Najlepszym sposobem zerwania kurtyny zasłaniającej prawdziwe mechanizmy wpływające na istniejący porządek jest praktyka społeczna. Można stosować wiele zaklęć do zaczarowania rzeczywistości, ale tracą one moc, kiedy podważa je świat za oknem. Tak właśnie dzieje się teraz w Polsce. Już coraz mniej ludzi reaguje na mity powielane od 20 lat. Wolność słowa – a co to znaczy w kraju, w którym większość ludzi niczego nie czyta i boi się wyrażać własne opinie w miejscu pracy? Prawo do zrzeszania się w związkach? Większość Polaków boi się o pracę i każdy wie, że „lepiej się nie wychylać”. Demokracja – coraz mniej znaczący slogan w warunkach, kiedy większość nie ma poczucia wpływu na jakiekolwiek sprawy w kraju, a wybory wygrywają zazwyczaj ci, którzy mają największe środki finansowe na kampanie. Gospodarka wolnorynkowa – powszechne skojarzenie to gospodarka upadła na skutek prywatyzacyjnego tsunami.
Zderzenie ideologii z realnym światem zachodzi wówczas, gdy owa opowieść promowana w oficjalnym obiegu medialno-politycznym wydaje się zbyt absurdalna i naciągana jak na opis świata za oknem. Mam w pamięci taki obrazek: działacze nieboszczki Unii Demokratycznej przekonywali na początku lat 90. chłopów na wsi, że powinni być szczęśliwi, bo dzięki zmianom politycznym mają wolność i paszporty w domu. Dla mieszkańców wsi i miasteczek upadających pod naporem rosnącego wówczas bezrobocia takie stwierdzenia były kompletnie abstrakcyjne. Paszport niewiele ich obchodził, bo realnym problemem było dojechanie pekaesem do urzędu pracy, aby się zarejestrować jako bezrobotny. Dlatego Unia Demokratyczna, a później Unia Wolności musiały zniknąć – ich opis świata w pewnym momencie był całkowicie niekompatybilny z tym, co o sytuacji społecznej myśleli ludzie.
Dziś, po 20 latach od rozpoczęcia budowy „nowego porządku”, następuje kolejne przesilenie. To, co się dzieje dookoła w Polsce i na świecie, pokazuje, że coś się kończy. System, który miał być wieczny i stanowić niezawodne rozwiązanie w Polsce po 1989 r., dostaje konwulsji. Nierówności społeczne są tak wielkie, że polski „realny kapitalizm” coraz bardziej się zacina, a jego legitymizacje działają coraz słabiej.
Współczesny kapitalizm już nie musi wchodzić w sojusze z religią, aby przywiązać pracowników do maszyn. Mamy teraz pełną różnorodność praktyk alienacyjnych. Można być wyznawcą Buddy, można być fanem lokalnej drużyny piłkarskiej, aktywną wielkomiejską kobietą, bywalcem modnych klubów, a nawet gejem, punkiem i wyznawcą najegzotyczniejszej subkultury. Ważne, aby nie podważać w tym wszystkim zasad panującego systemu gospodarczego. Kapitalizm zniesie wiele, a nawet będzie zachęcał do konsumpcyjnej różnorodności. W końcu to go umacnia i legitymizuje. Nie zniesie natomiast, kiedy ktoś nie chce sprzedawać za półdarmo swojej pracy. Konsumować możesz, co chcesz, ale tylko w ramach „wolnego rynku” i panujących zasad ekonomicznych.
Utwierdziłem się w tym przekonaniu w czasie organizowania Festiwalu Równości. Ta szczytna impreza, która odbywać się będzie w pierwszy weekend października we Wrocławiu (szczegóły na stronie internetowej: www.festiwal-rownosci.pl), upomina się o zapomnianą w Polsce równość społeczno-ekonomiczną. Pojęcie równości w ostatnim czasie, jeśli w ogóle występowało w Polsce w obiegu publicznym, to tylko w kontekście praw mniejszości kulturowych i seksualnych czy praw kobiet. Te wszystkie kwestie są bardzo ważne, ale znamienny dla obecnych czasów jest fakt, że nie kojarzy się równości ze sprawami ekonomicznymi czy pracowniczymi. W trakcie przygotowywania wystawy „Wrocławska Równość”, której ideą było ukazanie różnych inicjatyw społecznych działających we Wrocławiu po 1989 r. na rzecz szeroko rozumianej równości, okazało się, że największych emocji nie budzą feministki czy antyrasiści. Można pokazywać w liberalnym kapitalizmie wszystko, co budzi sensację: feministki, ruchy anty-ACTA, obrońców marihuany, mniejszości seksualne. Nawet antyklerykalizm w katolickiej Polsce już nie budzi zgorszenia. Ale są nowe tematy tabu. Dwie plansze z całej wystawy spowodowały zdenerwowanie i oburzenie osób odpowiadających przed urzędnikami za całość przedsięwzięcia. To były zdjęcia z protestów młodych związkowców przeciwko łamaniu praw pracowniczych w konkretnych firmach – we wrocławskim Impelu oraz w podwrocławskiej strefie koreańskiego koncernu LG. To jest dziś temat tabu. Nie można mówić o wyzysku w firmach. A już na pewno nie można wskazywać konkretnie miejsc, gdzie ten wyzysk się odbywa. Bo tam jest prawdziwa władza – władza ekonomiczna. I tutaj właśnie kończy się zabawa w demokrację, a następuje twardy powrót na ziemię. To jest real i pole, gdzie toczy się twarda walka o konkretny interes, a nie jakieś tematy zastępcze. Wniosek jest jasny: nie może dziś się odbywać poważna debata o demokracji, jeśli jej temat nie obejmuje spraw pracowniczych i relacji społecznych w miejscu pracy.

Wydanie: 40/2012

Kategorie: Felietony, Piotr Żuk
Tagi: Piotr Żuk

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy