Ludzie pierwszej potrzeby

Ludzie pierwszej potrzeby

Ci, co mieli ostrzegać (w skali świata) – ostrzegali. Ci (politycy), co mieli te ostrzeżenia zrozumieć i wdrożyć – zlekceważyli je, pominęli, nie przydali im wagi. Ci (media), co powinni to opisać, bić na alarm, krzyczeć, domagać się – milczeli i pisali o gównosprawach. W zwierciadle pandemii COVID-19 przegląda się cały nasz świat, jego urządzenie, sposób działania, wartości, jego beneficjenci i przegrani. Każdy zobaczy co innego i wyciągnie inne wnioski. Większość zrobi wszystko, żeby jako tako przetrwać, nie dać się i ochronić tych, co najbliżej.

Można powiedzieć, że jesteśmy wciąż we wczesnej fazie nadciągającego załamania, kryzysu. Nie dociera do nas, że nasz bóg współczesności – wzrost, przyrost, więcej, więcej, szybciej, szybciej, wydajniej za wszelką cenę – właśnie zaczyna funkcjonować z otwartymi ranami, wkrótce będzie krwawić, a potem wykrwawiać się. Tak jest zbudowany, ale też jest kolosem – to potrwa, będzie rozłożone w czasie. Wszyscy znamy metaforę wchodzenia po zjeżdżających schodach ruchomych – dopóki idziemy sprawnie, równo, szybko – przesuwamy się w górę. Kiedy tylko przystaniemy – zjeżdżamy w dół. Każda chwila słabości, zmęczenia stawia nas w sytuacji przegranego, nie ma tu scenariuszy ratunkowych. I tak właśnie jest zbudowany współczesny system gospodarczy oraz wspierający go koncept polityczny.

Walczą w nas z jednej strony lęk przed nieznanym, groźnym, a z drugiej niewiara, że naprawdę jest tak źle, przecież ludzie umierają cały czas, bez wspomagania wirusa, w Polsce to kilkaset tysięcy osób rocznie, może to nie takie straszne? Przy słabości całej nieskoordynowanej polityki informacyjnej, która miota się od jednej konferencji prasowej do drugiej, pogłębiając chaos informacyjny, wystarczy, że głównym aktorem jest spokojny i sprawiający wrażenie kompetentnego, nie najmłodszy, ale i nie staruszkowaty doktor, i wszystko łykamy, ufamy, nie ufając, godzimy się, nie godząc. Szukamy oparcia i prostego przekazu – zapominamy, że minister Szumowski nie jest prezesem, premierem, prezydentem, PiS, rządem… Ale swoją rolę odgrywa tak, że łaknąc wsparcia jak kania dżdżu, uważamy go (pokazują to wskaźniki zaufania społecznego) za zbawczy, łagodny, wyczekiwany deszcz. Zamykamy oczy na to wszystko, co przecież wiemy, co krąży w formie dowcipasów o tym, że przyczyną śmierci nie jest koronawirus, tylko zawsze gdy się da, choroby współtowarzyszące. Że nie znamy prawdziwej skali zarażeń i śmierci, że kiedy oglądamy stadiony przerobione na szpitale czy gigantyczny wojskowy okręt szpital cumujący przy Manhattanie, to jakbyśmy oglądali film z innym scenariuszem.

A scenariusz jest ten sam. Tylko kamery skierowane gdzie indziej. I my, musząc zaufać wbrew nieufności, godzimy się na mniej lub bardziej abstrakcyjne i na chybcika stworzone receptury zachowań dozwolonych i zakazanych. Kłócimy się, czy wolno biegać i spacerować. A spór toczy się o to, do jakiego świata chcemy wrócić, jak go urządzić na nowo, inaczej.

W Polsce widać wyraźnie, że dwie wielkie grupy zawodowe, służba zdrowia i edukacja, których walka o godne warunki pracy skończyła się porażką, dzisiaj dźwigają główny ciężar konfrontacji i walki o nasze życie. Z tego musi wyniknąć inny porządek, nowa hierarchia, nowa demokracja i przewietrzone reguły gry.

Nie ma powrotu do świata przed COVID-19. Bo nadchodzi potężniejsze zagrożenie – kataklizm klimatyczny. Ten wirus może być naszą szczepionką. Tylko trzeba go w takich kategoriach uznać.

Wydanie: 15/2020

Kategorie: Felietony, Roman Kurkiewicz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy