Szczuj

KUCHNIA POLSKA

Pan Ernest Skalski napisał w „Gazecie Wyborczej” (4 lipca 2001 r.) ważny artykuł „Czy poseł pije z rana?”. Nie będę wdawał się w poszczególne przypadki, które omawia red. Skalski, nie wszystkie wybrał trafnie, interesuje mnie natomiast jego myśl ogólna, która zawiera się w pytaniu, czy i jak w Polsce obecnej można się skompromitować honorowo?
Pytanie nie jest głupie. W dawnym społeczeństwie polskim, na które powołuje się p. Skalski, pojęcie kompromitacji honorowej, albo też „utraty honoru” było czymś namacalnym i określonym. Człowiek, który „utracił honor” na skutek łajdactwa, kłamstwa, szalbierstwa, kradzieży, zdrady, tchórzostwa itd. (rejestr czynów niehonorowych zawierały odpowiednie kodeksy, należało tu m.in. także zaprzaństwo, to znaczy wypieranie się własnego życiorysu i poglądów, co obecnie dość nagminnie uprawiają honorowe elity), nie mógł marzyć o udziale w życiu publicznym, nie był przyjmowany w domach, nie podawano mu ręki i aby żyć dalej, musiał, bądź to oddalić się w jakiś niebyt, bądź też „palnąć sobie w łeb”, co stanowiło honorowe wyjście z niehonorowej sytuacji.
Nie przeczę, że świat oparty na tych twardych zasadach różnił się diametralnie od ambiwalencji moralnej, którą w dzisiejszym naszym życiu publicznym trafnie śledzi p. Skalski. Gdyby jednak p. Skalski lepiej zapamiętał nauki materializmu historycznego, które pobieraliśmy w młodości, wziąłby zapewne pod uwagę, że wszelkie pojęcia należące do imponderabiliów, takie na przykład jak honor, a zwłaszcza ich społeczne zastosowania, wywodzą się z układu stosunków społecznych. To pojęcie honoru więc, o którym pisze w swoim artykule, wywodzi się z układu, w którym podstawowym kryterium było kryterium „urodzenia”, a więc przynależności do klasy szlacheckiej, będącej jedyną klasą o tzw. zdolności honorowej, której nie posiadali chłopi, mieszczanie, Żydzi itd., choć, oczywiście, jednostki z tych klas – chcąc istnieć publicznie – mogły, a nawet powinny, przyjmować nakazy honorowe wypracowane przez szlachtę. W II Rzeczypospolitej – skąd p. Skalski czerpie swoje przykłady postaw honorowych – umacniał je dodatkowo nie pochodzący wyłącznie spośród „urodzonych ” korpus oficerski, w sumie jednak etos klas politycznych II RP kontynuował tradycję szlachecką, w myśl której można było utracić majątek, ale nie utracić honoru, co czyniło honor tym cenniejszym.
Co jednak w obecnej Polsce, na nowo kapitalistycznej, stanowi punkt odniesienia równie stabilny i dający „zdolność honorową” podobną tej, jaką ongiś dawało „urodzenie”? Aby się tego dowiedzieć, wystarczy sięgnąć do dowolnego, masowego magazynu ilustrowanego w rodzaju „Vivy!” na przykład. Dowiemy się stamtąd, oczywiście, że współczesny Almanach Gotajski wyznaczają pieniądze. Niektóre z nich pochodzą ze źródeł oczywistych – są to na przykład pieniądze ludzi show-biznesu, inne z mniej oczywistych – są to na przykład pieniądze niektórych polityków, których wspaniałe domy fotografuje się jako przykład do naśladowania, jeszcze inne wreszcie ze źródeł całkiem niewiadomych. No bo skąd właściwie mogą pochodzić wielkie pieniądze w społeczeństwie, które jeszcze 15 lat temu było mniej więcej równe pod względem materialnym, a dzisiaj jest jednym z bardziej drastycznie zróżnicowanych?
Obawiam się, że brak zainteresowania tą kwestią usuwa z naszych kodeksów wiele zachowań, tradycyjnie uchodzących za niehonorowe. Ludowy żarcik określa publikowaną corocznie listę „stu najbogatszych” mianem listu gończego. Ale osoby z tej listy są ozdobą salonów, a także zgromadzeń publicznych, co opinia przełyka bez wstrętu.
Skoro zaś tak, to wyłania się właśnie kwestia opinii jako miernika tego, co honorowe.
Pan Skalski określa jako niehonorowe zachowania się poszczególnych osób publicznych i ich otoczenia w sytuacjach, kiedy osoby te zostały w jawny, a czasem wręcz drastyczny sposób napiętnowane przez opinię, czyli media. Niestety, jednak uznanie mediów i ich opinii za obiektywne kryterium honorowe byłoby w naszych warunkach wręcz komiczne. Każdy z nas, a p. Skalski jako redaktor wielkiego dziennika lepiej na pewno niż ja, potrafi ułożyć długą listę osób publicznych, wielkich i małych, ogłoszonych przez media szubrawcami, co jednak nie miało nic wspólnego z żadnym honorem, a często z żadną rzeczywistością. Mieliśmy więc premiera szpiega, prezydenta zaprzyjaźnionego z obcymi agenturami, szefa jednej z największych sieci telewizyjnych o 10 paszportach niewiadomego pochodzenia, prymasa „towarzysza”, obecnie mamy byłego prezydenta „przestępcę”, nie mówiąc już o prokuratorze generalnym zamieszanym w afery. Codziennie od lat czytamy o tym w gazetach i nic z tego nie wynika, w dużej mierze dlatego, że w dziennikarstwie polskim, o czym p. Skalski wie lepiej ode mnie, powstała wręcz osobna specjalizacja „szczuja”, czyli dziennikarzyny służącego do podszczuwania w potrzebie. Szczuj czepia się byle drobiazgu, często wręcz zmyślonego, ale grzmi prokuratorskim tonem, aby rozjątrzyć publikę, nie ponosi żadnej odpowiedzialności za to, co pisze – bo i kto by się tam borykał z takim szczujem? – a zawołany przez dysponenta do nogi milknie i czeka na następne podszczucie. Wiem o tym także z autopsji, sfora szczujów (także z „GW”, bądźmy szczerzy) biegała kiedyś koło mnie – i ministra Dejmka przy okazji – w czasach, gdy wydawałem „Wiadomości Kulturalne”, teraz też zresztą, na chwilę przed dymisją p. Ujazdowskiego z Ministerstwa Dziewictwa Narodowego, odpowiednie szczuje w „Gazecie Polskiej” i „Rzeczpospolitej” całkiem równocześnie zdemaskowały mnie uroczyście, że mam zbyt dobrą umowę o wynajem lokalu biurowego. Nie znam zakazu zawierania korzystnych umów o wynajem lokali – ale czy wobec tego, że napisano o tym w dwóch gazetach, mam palnąć sobie w łeb?
Pan Skalski napisał ważny artykuł, z którego intencjami się zgadzam. Ale to, co opisał, jest skutkiem, a nie przyczyną. O przyczynach zaś wzbraniamy się mówić.

Wydanie: 29/2001

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy