Prawda polityczna zamiast historycznej

Czas przeobrażeń ustrojowych to dla historyków niebezpieczna pora. Każda rewolucja nastawiona jest na totalną krytykę dawnego porządku, nie liczy się więc z prawdą obiektywną, którą głoszą apolityczni historycy. Bezstronność jest podstawowym obowiązkiem każdego uczonego, w tym również badacza dziejów. Dawno już stwierdził Publius Cornelius Tacyt, historyk rzymski żyjący na początku naszej ery, że historycy powinni opisywać dzieje bez gniewu (sine ira).
Nowa klasa polityczna oczekuje jednak od ludzi zajmujących się historią, by uprawiana przez nich nauka ukazywała przeszłość w niekorzystnych barwach i dostarczała zwycięskiej władzy argumentów do rozliczeń z pokonanymi przeciwnikami.
Przekorny dziejopis, wierny swemu powołaniu, to wróg nowego ustroju. Nic więc dziwnego, że w czasach PRL-u ludzie parający się historią, chcąc uniknąć etykiety przeciwników „ludu pracującego miast i wsi”, pisali nieraz swe prace wygodne dla komunistycznej władzy. Podręczniki szkolne ukazywały stronniczo historię Polski przedwrześniowej, posługując się „prawdą polityczną” zamiast autentyczną, obiektywną prawdą.
W III Rzeczypospolitej nie ma już cenzury, ale nie brak nowych fałszerzy historii, którzy ukrywają bądź przekręcają fakty z przeszłości. Nastała moda na tzw. poprawność polityczną. Rzetelny badacz, który ujawnia prawdę niewygodną dla nieprzejednanych krytyków „komuny”, może łatwo narazić się na zarzut politycznej niepoprawności, a to znaczy, że sam jest wstrętnym komuchem. Nauka ma więc dziś nad sobą nową cenzurę, wprawdzie nieoficjalną, ale równie prawie dotkliwą jak dawna PRL-owska.
Podejrzani są też prawnicy legaliści, którzy mieli czelność upomnieć się o sprawiedliwe przeprowadzenie weryfikacji niepoprawnych politycznie kombatantów oraz PRL-owskich sędziów. Na wadliwości proceduralne procesów weryfikacyjnych tej pierwszej grupy zwróciła niedawno uwagę prof. E. Łętowska („Najtrudniej o sprawiedliwość dla niepoprawnego politycznie”).
Sprawa weryfikacji sędziów, którzy sprzeniewierzyli się zasadzie niezawisłości sędziowskiej w okresie stanu wojennego, poruszona została ostatnio na łamach „Tygodnika Powszechnego” (nr 1 z 5.01.2003 r.). Autor artykułu zatytułowanego „Przede wszystkim jesteśmy sędziami” posłużył się insynuacją wobec rzecznika praw obywatelskich, czyniąc mu zarzut, że zaskarżył w Trybunale Konstytucyjnym ustawę mającą umożliwić wydalenie z sądownictwa niegodnych sędziów. W rzeczywistości wniosek rzecznika był wymierzony przeciw zamachowi na niezawisłość sędziowską i próbie ograniczenia niezależności sądów od władzy wykonawczej, a nie przeciw możliwości pozbawiania stanowisk sędziów, którzy okazali się niegodni swego zawodu. Trybunał Konstytucyjny uznał w orzeczeniu z 9.11.1993 r., że zaproponowana przez rząd H. Suchockiej procedura „weryfikowania” tych ludzi była dotknięta istotnymi wadami prawnymi.
Niestety, również „Gazeta Wyborcza”, szczycąca się swą polityczną poprawnością, pozwala sobie na drukowanie historycznej nieprawdy. Np. w dniu 5.12.2002 r. raczyła stwierdzić, że rewizję od wyroku skazującego R. Kuklińskiego wniósł rzecznik praw obywatelskich. Była to absolutna nieprawda, gdyż rewizję tę skierował do Sądu Najwyższego ówczesny minister sprawiedliwości, Wiesław Chrzanowski. Po zdemaskowaniu oczywistego fałszu szanowna redakcja przyznała się do błędu, ale nazwała swój wyczyn… „nieścisłością” („GW” z 3.01.2003 r.). Ot zwykły wypadek przy pracy.
Opisane wyżej wykroczenia przeciw prawdzie to tylko drobne epizody świadczące o braku dziennikarskiej odpowiedzialności za słowo. Znacznie bardziej szkodliwe dla prawdziwego, obiektywnego wizerunku naszych niedawnych dziejów jest opisywanie zdarzeń okresu PRL-u z gniewnym nastawieniem (cum ira), przed czym przestrzegał wielki Tacyt. Politycy żądający rozliczeń z PRL-owską przeszłością domagają się od sądów skazywania ludzi ze szczytów ówczesnej władzy mimo braku niewątpliwych dowodów winy konkretnych osób. Nie przyjmują do wiadomości argumentów niezależnych prawników, którzy ostrzegają, że sprawiedliwość proceduralna należy się wszystkim, również „politycznie niepoprawnym”. Zbrodnia w kopalni Wujek musi być ukarana bez względu na to, czy sprawcy zostali wykryci. Tak samo zabójstwo S. Pyjasa. „Gdzie nie ma winnych, muszą być przynajmniej ukarani”, jak w czasach faraonów. „Nie wina, ale kara następująca po zbrodni uczy innych, że tego czynić nie wolno” (B. Prus „Faraon”, t. I, XI).
W procesach rozliczeniowych liczy się bardziej prawda polityczna niż historyczna. Prokuratorzy i sędziowie są pod presją opinii publicznej, która domaga się skazania oskarżonych na podstawie kruchych dowodów bądź zgoła żadnych. Sąd nie czeka na osąd historii. Kieruje się wynikami przewodu sądowego, który rządzi się innymi regułami niż nauka historii. Czy wiedza gen. Jaruzelskiego o wydarzeniach Grudnia 1970 ma szansę przekonania sędziów o jego racjach? W każdym razie złożone przezeń wyjaśnienia obrończe, przedstawione następnie w książce „Przed sądem”, będą dla profesjonalnych historyków pomocne w ich dążeniach do ujawnienia pełnej prawdy o tamtych tragicznych dniach.
Zacietrzewienie polityczne wyrządza wielką szkodę wymiarowi sprawiedliwości, gdy lekceważy sens odwiecznej instytucji prawa karnego, jaką jest przedawnienie karalności przestępstw. Po upływie długiego czasu udowodnienie faktu popełnienia przestępstwa jest z reguły niemożliwe. Często nie żyją świadkowie, którzy mogliby złożyć zeznania potwierdzające winę podsądnego lub wykazujące jego niewinność. Zwykle nie ma też dokumentów, na których sąd mógłby oprzeć wyrok skazujący. Próby uchylenia z mocą wsteczną skutków przedawnienia są ciężkim zamachem na prawa człowieka. Nikt bowiem nie może być uznany za winnego popełnienia przestępstwa, które z powodu upływu czasu stało się czynem niekaralnym.
Europejska Konwencja o Ochronie Praw Człowieka i Podstawowych Wolności (ratyfikowana przez Polskę) przewiduje, że z powyższej ochrony nie korzystają osoby winne czynów, które w czasie ich popełnienia stanowiły zbrodnie zagrożone karą według ogólnych zasad prawa uznanych przez narody cywilizowane. Są to w szczególności przestępstwa przeciwko pokojowi, ludzkości i przestępstwa wojenne. Wyłączenie w kodeksie karnym z 1997 r. przedawnienia ścigania także określonych przestępstw umyślnych popełnionych przez funkcjonariuszy publicznych w okresie PRL-u wzbudza zastrzeżenia, gdyż stwarza niebezpieczeństwo karania tych ludzi z racji ich „politycznej niepoprawności”.

Wydanie: 4/2003

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy