Egzorcyzmy

Kuchnia polska

W niedzielę, 3 lutego, Program 2 telewizji publicznej nadał w swojej wieczornej „Panoramie” informację o egzorcystach, których jest w Polsce 50 i mają pełne ręce roboty. W tle tej wiadomości, którą telewizja publiczna – a więc pełniąca z mocy ustawy „misję” kulturalną i edukacyjną – podała bez słowa komentarza, mieliśmy też okazję zobaczyć jakiegoś osobnika, który molestowany przez dwóch egzorcystów w białych habitach skręcał się i wił w drgawkach, ani rusz nie mogąc wydalić z siebie szatana. Duchowny komentujący na ekranie to zdarzenie wyjaśnił nam jednak, że w wypadkach szczególnego zatwardzenia egzorcysta ma prawo użyć siły fizycznej, aby do opętanego mogły dotrzeć wersety ratujące jego duszę.
Mimo to ubiegamy się nadal o przyjęcie do Unii Europejskiej. A więc do organizacji państw wyznających postawę laicką i występujących w obronie swobód osoby ludzkiej. Nie idzie nam to jednak świetnie i ostatnio okazało się, że sumy, które Unia zamierza nam użyczyć na potrzeby naszego rolnictwa, mają stanowić tylko jedną czwartą tego, czego się spodziewaliśmy.
Dla mnie osobiście nie jest to żadnym zaskoczeniem i musiałbym powtarzać raz jeszcze to, o czym pisałem tu aż do znudzenia. A więc, że kraje Unii załatwiły już w naszym kraju wszystkie, a przynajmniej większość swoich interesów materialnych. Zyskały otwarty rynek zbytu, wykupiły regulujący nasze życie gospodarcze system bankowy, kupiły też te przemysły, które były im niewygodne, restrukturyzując je, czyli przeważnie zamykając. Po prostu w pierwszych latach transformacji zachowaliśmy się jak panienka, która zbyt hojnie daje przed ślubem, aby potem mogła liczyć na to, że narzeczony będzie się spieszył z legalizacją tego związku i łożeniem na małżonkę.
Z Unią jest bowiem zupełnie inaczej niż z NATO, do którego dostaliśmy się chybcikiem. NATO niczego nam nie musi dawać. Przeciwnie, lord Robertson co jakiś czas strofuje nas, że zbyt opieszale modernizujemy nasz sprzęt wojenny – a więc kupujemy go w krajach zachodnich – my zaś sami na ochotnika wspomagamy natowskie akcje, nie szczędząc sił i środków. Unia natomiast wchodzi w etap, w którym powinna zacząć krajom kandydującym coś dawać, dlatego więc jej ruchy wyglądają jak na zwolnionym filmie.
Zapowiedź obecnego rozczarowania z dotacjami unijnymi dla rolnictwa odczytać można było zresztą już wcześniej, zanim Bruksela sformułowała swoje stanowisko w tej kwestii. Znajdowaliśmy ją na przykład w wypowiedziach jednego z bardziej przytomnych polityków europejskich, Joshki Fischera. Fischer jest naprawdę zwolennikiem znacznego rozszerzenia Unii i naprawdę uważa, że Polska powinna znaleźć się w pierwszej grupie krajów akceptowanych. Ale łączy się to z jego rozległą koncepcją geopolityczną, której logicznym przedłużeniem staną się kiedyś stany zjednoczone Europy. Natomiast w kwestiach finansowych wystarczyło przeczytać rozmowę Fischera z dziennikarzami „Gazety Wyborczej”, aby zauważyć tam dwa akcenty rzucone pół żartobliwie. Po pierwsze więc, Fischer powiedział, że marzy o czasach, kiedy silna Polska nie będzie brała, lecz dokładała do kasy europejskiej, po drugie zaś – i to mniej żartobliwie – stwierdził, że nadmierne dotacje europejskie dla polskiego rolnictwa mogłyby tylko uwstecznić naszą strukturę gospodarczą. Ludziom mogłoby się nagle zacząć opłacać żyć i pracować na wsi, co jest akurat tym, czego Unia stanowczo nie chce. Chce ona bowiem, na odwrót, zmniejszenia ludności wiejskiej i sprowadzenia jej liczby do norm europejskich, to znaczy do 5-7%, ponieważ Unia globalnie do swego rolnictwa dokłada. A łatwiej jest dokładać do 5% niż 24% ludności. Unia więc, także według Fischera, nie ma zamiaru po prostu dawać, pomagać, wspierać i dbać o szczęście Polaków, lecz chce przebudowywać strukturę społeczną naszego kraju i kto o tym nie wiedział dotąd, ten wiedział żałośnie mało.
Dlatego żałosna wydaje mi się również dotychczasowa propaganda naszego przystąpienia do Unii, oparta głównie na wyliczeniach, jakie to materialne korzyści osiągniemy my wszyscy razem i każdy z osobna po roku 2004, kiedy to mamy nadzieję zostać przyjęci do UE. Specjalizuje się w tym np. poseł Soska, a „Gazeta Wyborcza” (1.02.br.) starała się wyliczyć, ile przeciętny „Jan Kalinowski” zarobi na Unii. Otóż rozsądniej założyć, że zarobi niewiele albo zgoła nic, bowiem jeśli na motywie „zarobienia” oprzemy naszą propagandę unijną przed ewentualnym referendum, to możemy z góry przewidzieć, że mamy je przegrane.
Ponieważ rzeczywiste motywy, dla których powinno nam zależeć na uczestnictwie w Unii Europejskiej, leżą całkiem gdzie indziej, na innej półce. Dyktuje je ni mniej, ni więcej, tylko przyszłość świata.
Świat obecny – według wszelkich oznak – zbliża się do poważnego kryzysu postaw, polityki i wartości. Mimo rozmaitych makijaży do swego kresu zbliża się globalizacyjna ewangelia neoliberalna, która zapanowała po zimnej wojnie. Nawet zgromadzeni w Nowym Jorku uczestnicy Forum Gospodarczego rozlali nagle krokodyle łzy nad losem ludzi biednych i upośledzonych, zapewniając ich o swoim współczuciu, w które trudno mi uwierzyć.
Otóż jeśli w tej sytuacji ktokolwiek ma szanse znaleźć nowe, prospołeczne wyjście, to jest to raczej Europa ze swoim doświadczeniem państwa opiekuńczego i socjaldemokracji niż ktokolwiek inny.
Jeśli naprawdę stajemy w obliczu „zderzenia cywilizacji”, na co wygląda, to nie kto inny, lecz Europa ze swoim trwałym – jak twierdzi Habermas – „doświadczeniem życia ze sprzecznościami” ma większe szanse, aby je przetrwać.
Jeśli ktokolwiek zaczął już myśleć na serio o perspektywie „końca pracy”, wymuszanej przez bezrobocie technologiczne, to jest to znów Europa, Francja mianowicie, gdzie – jak twierdzi Rifkin – zaczęto z powodzeniem wdrażać jego receptę krótszej pracy przy tej samej płacy.
Jeśli wreszcie gdziekolwiek traktuje się na serio biblijne zdanie, że „na początku było Słowo” – a więc kultura, nauka, myśl, a nie tylko portfel i talerz – to raczej w Europie niż gdzie indziej.
Dołączenie do tych wartości jest naszą prawdziwą szansą. Inaczej będziemy mieli egzorcyzmy nie tylko w telewizji publicznej.

 

Wydanie: 6/2002

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy