Kazimierz nad rzeką czasu

Kazimierz nad rzeką czasu

Kończę 64 lata, okropna jest ta liczba, jakbym jadł już czerstwy chleb; okruszki, które spadają, są jak opiłki. A przecież czuję się niemal identycznie jak przed wieloma laty, kiedy byłem młody. Dlatego nie przylegają do mnie słowa Zofii Nałkowskiej, pisane, gdy była w moim wieku: „Wszystkiego się spodziewałam, ale tego, że będę stara, to nigdy”.
W jakie osłupienie wprawiłaby nas własna przyszłość, gdybyśmy mieli do niej dostęp w przeszłości, w jakimś prześwicie na chwilkę, choćby z powodu mocy zdarzeń w stoczni w Sierpniu ‘80. Donald Tusk, jako młody chłopak, którego tam spotykałem w czasie słynnego strajku, zobaczyłby w błysku czasu siebie jako prezydenta Europy. A ja siebie teraz, w Kazimierzu nad Wisłą, jak chodzę nostalgicznie po tym pięknym miasteczku.
Nakładają mi się wspomnienia z wielu lat, jak warstwy geologiczne. Miałem lat pięć, kiedy drewniana łódka na pych wiozła nas na drugi brzeg, gdzie czekała piaskowa plaża. Scena, której nie mogłem pojąć, ale którą wyjaśnia w swym dzienniku mój ojciec – odzyskiwał szybko wzrok i rozum po stalinowskim zaślepieniu. Scena na plaży ze znanym wtedy prozaikiem Kazimierzem Brandysem, który jeszcze wierzy: „Staliśmy nad Wisłą na plaży, a także właziliśmy do wody, nadzy, zacietrzewieni. Przyszła Marysia (żona Brandysa) i zabrała śpiesznie Kazika w obawie, bym go nie popsuł, nie skaził jego czystości ideologicznej”.
Byłem w Kazimierzu kilkanaście razy w różnych latach i w rozmaitych życiowych sytuacjach. W domu SARP-u mieszkałem jeszcze przed maturą. Kolega, który był dla mnie wtedy konkurentem w zalotach do pewnej dziewczyny, już nie żyje, a ona pewnie na emeryturze. Nagle zajeżdżają na rynek wszystkie moje zmarłe samochody, w tym kilka małych fiatów, którymi odwiedzałem to romantyczne miasteczko, i wychodzą z nich dziewczyny i kobiety, z którymi tu przyjeżdżałem. Całkiem tłoczno, bo na dodatek wstają z martwych ci, których tu spotykałem i z którymi się witałem, choćby Franciszek Starowieyski.
Już noc, ale nadal gdziekolwiek się ruszę, tam psychiatrzy. Przyjechali tu na kongres. Czas wracać do hotelu. Będę miał jutro wykład o depresji dla profesorów, dyrektorów szpitali.
Mianowanie Ewy Kopacz na premiera – ileż spekulacji i dyskusji. Nie po raz pierwszy dziwi mnie, jak słaba jest w Polsce solidarność kobiet z kobietami. Nie czuje się tej solidarności kobiet z nową panią premier. Partia Kobiet żyła chwilę i zgasła. Kobiety pisowskie to zwykle najemniczki patriarchatu. Ale słabość ruchów kobiecych w Polsce może też paradoksalnie wynikać z osobliwej u nas sytuacji. Nawet w czasach mało im przychylnych białogłowy były ważne, co widać w historii i w literaturze. Potem nastały czasy, kiedy kobiety musiały zastępować mężczyzn dręczonych przez historię. Polki mają wiele przewag nad Polakami, co widać nawet gołym okiem, ale zarazem mają obniżone poczucie własnej wartości. I boją się, że kobieta na wysokim stanowisku nie da sobie rady.
Czy Ewa Kopacz będzie dobrym premierem? Zobaczymy. Albo nie zobaczymy. Może nie będzie miała na to czasu ani przestrzeni? Jako marszałek Sejmu trzymała cugle coraz pewniej w dłoniach, a pamiętam marszałków, którzy sobie nie radzili.
Czasami małe rzeczy wiele mówią o człowieku. Choćby nagrana scenka, na której słyszymy piski i krzyki Jana Rokity wyciąganego z samolotu niemieckich linii lotniczych.
Bywa znakiem to, czy ktoś w restauracji potrafi dokonać szybkiego i celnego wyboru potraw. Znam ludzi, czasami mi bliskich, którzy doprawdy mają problem z podjęciem decyzji, co widać nawet w restauracji. Tu i doradca bywa bezradny. A rola doradców wydaje się dzisiaj w rządzeniu szczególnie ważna. Polityk na ważnym stanowisku jest jak reżyser, który robi film: talent nie pomoże, jeśli nie będzie miał scenariusza, czyli pomysłów i wizji. I dobrej ekipy. Świat stał się zbyt skomplikowany, aby korzystać tylko z własnej głowy.
Czy Putin jest dobrym politykiem, będzie wiadomo dopiero po kilkunastu latach. Na razie wiemy tylko, że jest przebiegły i zarządza teraz w Rosji upokorzeniem i urazami tej pokaleczonej społeczności. Przyszłości nigdy nie da się przewidzieć, ale karmiąc w Rosji to, co lękowe i nieeuropejskie, Putin oddala swój kraj od Europy, jakby nie miał już na karku Chin.
Byli i są wybitni przywódcy, którzy nie mieli okazji się wykazać, ponieważ żyli w spokojnych czasach. Są kraje i sytuacje, w których rolą przywódcy jest nie przeszkadzać. To historyczne dramaty ujawniają wielkich przywódców. I kiepskich.
Czasy bywały bardziej dramatyczne, ale mogą takie się stać w każdej chwili. Dramat gotuje się blisko granic Polski, chociaż można mieć nadzieję, że co miało wykipieć, już wykipiało.
Bardziej oczywista i bez terminu jest zimna wojna domowa w Polsce. Prezes głowi się teraz, gdzie po odlocie Tuska skierować substancje ze swoich stajni Augiasza, które nagromadził przez lata. Bycie premierem w Polsce może być nie tylko trudne, ale też niehigieniczne.

Wydanie: 39/2014

Kategorie: Felietony, Tomasz Jastrun

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy