Depolonizacja

Nadchodzą święta, przeto łażę po sklepach. Wszystkie pełne importowanych towarów. Na ulicach stoiska z dobrem tekstylnym z całego świata. Darmocha. Za kilkanaście złotych można kupić całkiem niezłą koszulę wyjściową. Ceny tych zagranicznych, ulicznie sprzedawanych rzeczy na ogół niskie, co dla kieszeni poszczególnych nabywców bywa korzystne, ale jest klęską dla krajowego przemysłu tekstylnego. Nic dziwnego, że stare, dobre zakłady padają rządkiem, co rodzi kolosalne bezrobocie. Podobnie zdarzyło się z naszym całkiem niezłym przemysłem elektronicznym. Padły nasze własne, krajowe wytwórnie telewizorów, radioaparatów i co tam jeszcze przychodzi ze świata, głównie ze Wschodu bardzo dalekiego.

Odwiedziłem Domy Towarowe Centrum. Tak się dawniej nazywały. Wnętrza odnowione, nijakie estetycznie, taka międzynarodowa galanteria wystawiennicza. Przeważają towary obce. Polskie nazwy firm tylko skromniutko mogą się dać widzieć. Import za te pieniądze, które stanowią sporą część naszego deficytu bilansu płatniczego, ogromniejącego z roku na rok, jest radosny dla naszych dostawców europejskich i azjatyckich – lecz dla Polski jest zgubny.

Zwiedzałem niedawno elektrownię w Bełchatowie opalaną węglem brunatnym. Pisałem już o tej wizycie, ale przypomniała mi się znowu teraz z okazji odwiedzania sklepów. Oprowadzający mnie inżynier, gdy zachwycałem się wyglądem kolosalnej, kilometrowej długości hali, wypełnionej maszynami prądotwórczymi, powiedział: – Ma pan rację, pięknie to wygląda, lecz czy pan wie, że żaden z tych zakładów, które to wszystko wyprodukowały w Polsce na podstawie – …przez polskich inżynierów – wykonanych projektów, nie są już w rękach naszego rodzimego przemysłu Wszystko poszło do obcych, razem z zyskami z tej produkcji.

Czytamy gazety informujące, jak olbrzymia część polskich banków stała się w ostatnich latach własnością obcego kapitału. Tak wielka, że, jak piszą niektórzy eksperci, zaczyna to zagrażać bezpieczeństwu gospodarczemu Rzeczypospolitej.

Widząc te wszystkie zjawiska, których zaledwie cząstkę tutaj opisałem, ludzie, nie tylko zwykli, łatwo ulegający różnym fobiom, ale i rzetelni ekonomiści, coraz częściej nazywają rzecz po imieniu. Już od dawna trwa, ale teraz nabiera przyspieszenia i rozmachu niepokojąca DEPOLONIZACJA polskiej gospodarki.

Poprzednie rządy nie były wolne od tego grzechu, ale koalicja „wokołokrzkalewska” rozwinęła te działania na olbrzymią skalę; depolonizuje świadomie i bezwzględnie polski system gospodarczy, zużywając zyski płynące z tego procederu na łatanie bieżących wydatków, aktualnie pojawiających się dziur w budżecie państwa, który wedle modnych teorii ekonomicznych, powinien być coraz skromniejszy, bo cóż innego znaczy promowane, potężne hasło o błogosławionej zasadzie i konieczności ograniczania roli państwa w procesach gospodarowania.

Przed laty, kiedy moja Unia Pracy startowała do bytu na scenie politycznej, wskazywałem w kampanii wyborczej na zjawisko „reformy przez ruinę”. Moi właśni ekonomiści krzywili się na to hasło, mówiąc, iż jest zbyt radykalne. Prawda była jednak po mojej stronie. Można to prześledzić dokładnie w dokumentach historii naszych przepisów prawnych i ekonomicznych, jak powolne dostosowywanie się zakładów przemysłowych do nowych warunków gospodarczych denerwowało władców naszej ekonomiki, którzy oczekiwali szybkiej serii upadłości. Jej brak miał być dowodem słabości wprowadzanej reformy. Przeto zaczęto podejmować różne kroki mające wywoływać przyspieszenie restrukturyzacji, co szybko prowadziło do lawinowej klęski ekonomicznej wielu starych i niezłych firm.

Prywatyzacja za wszelką cenę była w modzie. Pamiętam takie spotkanie w instytucji zajmującej się prywatyzacją, rządzonej przez ministra Lisa. Spytałem naiwnie, czy prywatyzatorów nie martwi fakt, iż wiele majątku publicznego przechodzi w ręce prywatne za pieniądze kradzione. Jakiś dyrektor z urzędu ministra Lisa odpowiedział mi wtedy: – Panie pośle, cóż za różnica, kradzione czy nie, są to pieniądze, byle pojawi się wreszcie właściciel.

Różni ekonomiści, stojący murem za tym przerażającym zjawiskiem depolonizacji polskiej gospodarki, bardzo często powołują się na różnice w rozwoju Polski i Białorusi, Rosji czy Ukrainy. Mówią, że gdyby reformy nie były tak prowadzone, jak to się u nas działo, mielibyśmy taką sytuację, jak tam na Wschodzie, czyli fatalną. To chwytliwe kłamstwo. Polską gospodarkę reformuje się łatwiej niż tamte i uzyskuje się, zdumiewające świat, dobre wyniki przede wszystkim dlatego, że zarówno nasza ekonomia, jak i ludzie w gospodarce nie ulegli nigdy tak dalekiej komunizacji, jak u tych, którymi nas teraz straszą. Polska wystartowała do gospodarki wolnorynkowej z olbrzymim kapitałem prywatnej własności ziemi, olbrzymiej masy prywatnych zakładów rzemieślniczych i handlowych, a najważniejszym naszym kapitałem, nie kradzionym, lecz wypracowanym, była dość powszechna znajomość języków obcych i kolosalne doświadczenie wolnorynkowe, zebrane przez naszą młodzież masowo wędrującą za chlebem z masłem po całym świecie.

Nie zamierzam w krótkim felietonie zgłębiać tajników depolonizacji naszej gospodarki. Pewne mechanizmy tego zjawiska, mocno skandaliczne, wypłyną zapewne niedługo pod powierzchnię naszej sceny politycznej. Nie jestem uprawniony do przedwczesnego udzielania informacji. Ważne jest także to, że lęki w tej dziedzinie przejawiane przez różne partie i środowiska polityczne, nie są tak całkiem irracjonalne i oszołomskie, jak to się zwykło sądzić. Depolonizacja, której narastający deficyt naszego bilansu płatniczego jest tylko jednym z sygnałów, jest faktem bezspornym. Żądanie od elit politycznych, by się z owych działań i zgody na depolonizację zaczęły tłumaczyć, będzie coraz głośniej słychać. Może się zdarzyć, że na tym oszołomstwie inne oszołomy zaczną zbijać wielki kapitał polityczny.

22 grudnia 1999 r.

Wydanie: 1999 2/1999

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy