Przyszłość blokersów

Ależ to sezon dla felietonisty! – gratulują mi urodzaju na tematy napotykani ludzie, mając na myśli ilość bzdur i idiotyzmów, jakie codziennie wyczytać można w gazetach.
Otóż nie podzielam tej radości. Stałe ośmieszanie się naszego państwa – jak to określił niedawno w swojej oryginalnej, amerykańskiej edycji „Newsweek” – a także stałe przebywanie w krainie nonsensu po prostu stępia wrażliwość. Rzeczy, z racji których jeszcze niedawno zrywalibyśmy boki, stają się całkiem zwyczajne i niezauważalne. Nonsensy przestają razić. Gafy nie śmieszą. Dlatego też tęsknotą felietonisty, a przynajmniej moją tęsknotą, są obecnie sprawy bardziej serio, zjawiska normalne, zdarzenia, które dają coś do myślenia.
Takim zdarzeniem jest wystawa „Betonowe dziedzictwo. Od Le Corbusiera do blokersów”, jaką jeszcze do początku września trzeba obejrzeć w warszawskim Centrum Sztuki Współczesnej. Jest to znakomicie, multimedialnie – a więc za pomocą fotografii, filmów, nagrań dźwiękowych, modeli, makiet – zbudowany portret świata bloków mieszkalnych, a więc rzeczywistości, w której żyjemy. Ten sugestywny obraz połączony został z inteligentną próbą umieszczenia go w kontekście społecznym i historycznym.
Historycznym, bo u początku europejskiej epoki blokowisk autorzy wystawy, Ewa Korządeg i Stach Szabłowski, umieścili mędrca i wizjonera architektury współczesnej, jakim był Le Corbusier. Społecznym zaś dlatego, że zanim autorzy wprowadzą widza w świat współczesnych blokowisk, pokazują nam najpierw serię filmów o mieszkańcach powojennej Warszawy i o ich norach wśród ruin. Ten wstęp jest niezbędny, bez niego bowiem wyprawa w świat blokowisk i blokersów byłaby jedynie okazją do łatwych utyskiwań estetycznych lub fałszywych oburzeń na warunki blokowego mieszkalnictwa, bez powiedzenia rzeczy najważniejszej: że jest nas za dużo, coraz więcej i bez wielkiego bloku po prostu nie mielibyśmy dachu nad głową.
Dotyczy to oczywiście nie tylko miast, jak Warszawa, doszczętnie zburzonych czy też krajów, jak Polska, przeżywających w II połowie XX w. burzliwą industrializację, a więc wędrówkę ze wsi do miast. Jest to problem całej Europy.
Jacek Życiński, autor niewielkiej, lecz świetnej i nad wyraz rzeczowej książki „Budownictwo mieszkaniowe w Europie Zachodniej” (wydawnictwo Stałego Przedstawicielstwa Kongresu Budownictwa) nadał swojej pracy podtytuł: „Historia mieszkaniowej solidarności”. Otóż z tego właśnie poczucia solidarności z bezdomnymi, z ludźmi ubogimi, których nie stać na własne mieszkanie, z solidarności z mieszkańcami studziennych ciemnych podwórek i suteren narodziła się myśl o budownictwie społecznym, której praktyczną realizacją stał się – nie tylko, ale także – właśnie betonowy blok mieszkalny.
Trochę mi żal, że mimo tytułu wystawy jej autorzy w Centrum Sztuki Współczesnej tak mało miejsca poświęcili samemu Le Corbusierowi, którego dzisiaj widzi się raczej przez pryzmat jego pomyłek, do których zalicza się także wiele blokowisk, niż jego osiągnięć i wizji. A przecież to on, zachwycony technologią zbrojonego betonu, wymyślił bloki mieszkalne, w których ściany nie muszą już spełniać funkcji nośnej, lecz mogą służyć kształtowaniu wnętrza „maszyny do mieszkania” inspirowanej duchem Gropiusa i Bauhausu. To Le Corbusier był entuzjastą światła słonecznego i szklanych fasad, przez które chciał doprowadzać do mieszkań przez cały dzień, od wschodu do zachodu, światło słońca, on wreszcie nalegał, aby blok wtopiony był w zieleń i przyrodę.
Dziś są to oczywistości, wtedy były to odkrycia.
To prawda, że współczesne blokowiska, które oglądamy i w których mieszkamy, są często parodią tych założeń. Wystawa w CSW jest też katalogiem zarzutów, które stawiano już w latach 20. i 30. XX w. Le Corbusierowi i jego budowlom, m.in. słynnemu „habitatowi” z Marsylii. Mówiono więc, że jego mieszkania są szufladami kolosalnej szafy, do których wkłada się mieszkańców, że jego bloki są „maszynami” w zbyt dosłownym sensie tego słowa, a blokowiska w sumie produkują „blokersów” – zestandaryzowany, anonimowy tłum i sfrustrowaną, patologiczną młodzież.
Pisze o tym także inż. Życiński, zauważając trafnie, że we współczesnych blokowiskach „zanikły gdzieś, tak ważne przed wojną (tzn. w ówczesnym, głównie spółdzielczym budownictwie społecznym, na przykład w WSM na Żoliborzu – KTT), idee integrowania mieszkańców poprzez organizowanie odczytów, dyskusji, zabaw, konkursów”, a także, dodać trzeba, poprzez ideę autentycznej samorządności mieszkańców.
Ale tu dochodzimy do prawdziwego problemu, którego przenikliwym sygnałem jest omawiana wystawa.
Cokolwiek bowiem mówilibyśmy o „betonowym dziedzictwie”, wygląda na to, że nie zniknie ono z naszych miast, a blokowiska będą się mnożyć, bo nie uda się przenieść całej ludności miast do parterowych willi czy do domów na obrzeżach. Będą się mnożyć też choćby dlatego, że w starych krajach unijnych średnie zagęszczenie na mieszkanie o kilkudziesięciu metrach kwadratowych wynosi od 2 do 2,9 osób, co u nas jest fantastycznym luksusem. A przecież właśnie weszło w życie zawodowe i rodzinne pokolenie wyżu demograficznego i nie stać go na mieszkania po cenach, które narzucają prywatni deweloperzy.
Problem ten rozwiązać może tylko budownictwo społeczne, przy silnym wsparciu państwa, co w krajach unijnych też jest oczywistością. W krajach tych, jak pisze Życiński, obowiązują trzy zasady: społeczne budownictwo mieszkaniowe wynika z programu władz państwowych, a nie z wielkości realnego popytu, cena mieszkania nie jest ceną rynkową, lecz ustalana jest przez władze publiczne, a wreszcie budowa i zarządzanie mieszkaniami społecznymi zapewniane są przez organizacje działające bez zysku.
U nas to wszystko jest bajką.
Ale jak może zajmować się takimi głupstwami rząd, mający na głowie seksaferę w Samoobronie, „promocję pederastii” u Gombrowicza i walkę z żydowskim lobby w Pałacu Prezydenckim u ojca Rydzyka? Po prostu nie ma na to czasu.
Ten rząd obiecywał wprawdzie 3 mln mieszkań w ciągu ośmiu lat, ale dwa lata z tych ośmiu już przeleciały bez wzmianki nawet o tej wyborczej obietnicy. Ten rząd obiecuje teraz, a nawet już przygotowuje sprzedaż spółdzielczych mieszkań lokatorskich ich mieszkańcom za ułamek ich rynkowej wartości. Jest to pański gest wykonywany z cudzej kieszeni, bo przecież mieszkania te już stoją od lat i mieszkają w nich ludzie, a od ich sprzedaży nie przybędzie ani jedno więcej. Chodzi tu więc raczej o sposób, aby pogrążyć do końca spółdzielczość mieszkaniową, za którą – o paradoksie! – nie przepadają wyraźnie nasi „inteligenci z Żoliborza”.
To, o czym tu piszę, na pewno nie jest szampańskim tematem felietonowym, których mnóstwo ponoć leży teraz na ulicy, zwłaszcza na Krakowskim Przedmieściu i w Alejach Ujazdowskich. Ale jest problemem, który zostanie z nami, gdy skończy się już fenomenalny sezon na tematy felietonowe.

Wydanie: 31/2007

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy