Bolszewika goń

Bolszewika goń

Karykatura zniekształca wygląd lub pogląd, ale nie po to, aby coś zostało zniekształcone, lecz w celu uwydatnienia jakiejś cechy negatywnej lub tylko śmiesznej. Zniekształcanie nie może być posunięte tak daleko, że rzecz karykaturowana staje się nierozpoznawalna. Karykatura musi być prawdziwa, żeby była coś warta. Jeżeli postać ma duży nos, to karykaturzysta nie narysuje jej z małym noskiem, lecz ten duży i krzywy jeszcze bardziej powiększy i wykrzywi.
Minister Ziobro został przedstawiony na okładce „Przeglądu” w czapce bolszewika z czerwoną gwiazdą. Nie o to mi chodzi, że karykatura jest złośliwa. Nie ma nic bardziej złośliwego niż nasz obecny minister sprawiedliwości. Żaden karykaturzysta go pod tym względem nie przewyższy. Ta karykatura jest nietrafna, podsuwa niewłaściwe skojarzenia, niczego prawdziwego nie uwydatnia. Minister Ziobro nie ma nic wspólnego z bolszewizmem. Nie nosi nagana, nie rozkułacza, nie wprowadza kołchozów, nie robi rewolucji, nie obiecuje wyzwolenia proletariatu. Nie widzę w nim niczego, co by się kojarzyło z Leninem czy Trockim. Czapka z gwiazdą wywołuje skojarzenia prowadzące w niewłaściwą stronę, a tym samym odwraca uwagę od tego, co jest faktem. Minister znajduje się w pierwszym szeregu walki z bolszewizmem, z trzecią, czwartą czy piątą jego generacją. Widzi go w postkomunizmie, będącym ciągle przy życiu, zasiadającym przy sławnym „stoliku brydżowym” i podpierającym co najmniej jeden bok jeszcze sławniejszego czworoboku.
Istnieje utarta konwencja używania epitetu „bolszewik” w rozwodnionym znaczeniu. Każdego, czyj radykalizm w działaniu nam się nie podoba, możemy tak nazwać. Dlatego nie czynię zarzutu autorowi okładki, lecz chciałbym, żebyśmy wyszli z tej konwencji i bolszewizm wraz z jego wcieleniami (załóżmy, że takie istnieją) rozumieli w sensie historycznym. Partia ministra Ziobry przyjmuje, że bolszewicy (czyli komuniści w języku międzynarodowym) rządzili Polską totalnie do 1989 r., później bogacili się, współrządzili i do dziś w sposób tajny, mafijny szkodzą Polsce. Pewne kręgi osłaniają ich działania, a nawet przeczą istnieniu i przez to są szkodliwe jak oni sami.
To nieistotne, że te poglądy są podobne do teorii spiskowej. W istocie są czymś innym: interpretacją historii najnowszej zakładającą, że najważniejszym faktem w powojennej Polsce był komunizm, że sprawców tego nieszczęścia trzeba zidentyfikować, ukarać stosownie do roli, jaką dla utrzymania komunizmu odgrywali, a Polskę poddać oczyszczeniu, czyli wyegzorcyzmować. Należało to zrobić natychmiast po oddaniu (pozornym?) władzy przez komunistów, sprawa się odwlekła, ale nie straciła nic na aktualności. Chociaż głoszone tu postulaty nam się nie podobają, część opisowa doktryny zawiera sporą dozę prawdy. Świadczy też, że ideolodzy PiS-u mają lepsze wyczucie rzeczywistości i momentu dziejowego niż ich oponenci z lewicy.
Bo co oni twierdzą w tym swoim teoretyczno-ezopowym języku? Komunizm był z całą pewnością narzucony przez ZSRR, a więc miał swoje źródło, swój początek w rewolucji bolszewickiej. Polska Ludowa, o ile była komunistyczna, o tyle była rewolucyjna. Klęska komunizmu była końcem okresu rewolucyjnego. Co następuje po rewolucji? To zależy od okoliczności historycznych: po rewolucji francuskiej nastąpiły rządy napoleońskie, które zwalczały jakobinów (ówczesnych bolszewików) i jednocześnie sprzeciwiały się powrotowi ancien régime’u, czyli przedrewolucyjnego ustroju. Bonaparte starał się, i z powodzeniem, stworzyć ustrój będący syntezą pozytywnych zdobyczy rewolucji i wartościowych elementów ustroju przedrewolucyjnego. Mimo autorytarnych rządów napoleońskich ta synteza ustrojowa miała silne poparcie najliczniejszych i najbardziej produktywnych klas społecznych. Upadek tego systemu nastąpił wskutek przegranych wojen, a nie z powodów wewnętrznych.
Władzę przejęli zwolennicy ustroju przedrewolucyjnego i wprowadzili tak zwaną restaurację. Rewolucję uznali za dzieło zbrodnicze i mścili się na jej żyjących zwolennikach. Reżim napoleoński uznawali za produkt rewolucji, Napoleona mieli za uzurpatora, a za prawowite uznali rządy swoje własne oraz przedrewolucyjne.
Według doktryny PiS-u, prawowite rządy wróciły do Polski dopiero wraz z przejęciem władzy przez obóz solidarnościowy. Tzw. III RP uznała się za bezpośrednią kontynuację II RP. Jednakże zwalczanie okresu komunistycznego, ich zdaniem, odbywało się zbyt niekonsekwentnie, postkomunistów traktowano pobłażliwie. I tak jak we Francji po miękkich rządach Ludwika XVIII do władzy pod panowaniem jego brata doszli ultrasi, tak w polskiej restauracji przyszedł czas Kaczyńskich, którzy dzieło restauracji doprowadzą do końca.
Na polską restaurację składają się rzeczy złe i dobre. Przywrócenie gospodarki rynkowej było bezwzględnie potrzebne. Przywrócenie wolności słowa, pluralizmu partyjnego i wolnych wyborów również zaliczamy do pozytywnych zdobyczy. Można ich wyliczyć więcej. Restauracja charakteryzuje się jednak duchem zemsty, odwetu nie tylko na poszczególnych ludziach zasłużonych w poprzednim ustroju, ale na całym minionym okresie. Główna uwaga wszelkiej polityki restauracyjnej jest skierowana na przeszłość. W bezpośredniej przeszłości szuka się winnych, z dalszej bierze się ideały, autorytety, wzory polityczne. Kościół stara się odwojować to, co wskutek rewolucji stracił; religia awansuje do światopoglądu panującego, księża się panoszą, wywierają silny wpływ na ustawodawców, dyktują zasady moralne, ale bynajmniej nie chrześcijańskie, lecz użyteczne politycznie. Atmosferę moralną kraju przepełnia etyka zemsty. Jak pisał młody Zygmunt Krasiński, który wychował się w duchu pojęć restauracyjnych: „na tej ziemi nieszczęsnej, spustoszonej przebaczenie byłoby czynem bezbożnym”.
Restauracja jest pewnym typem transformacji ustrojowej, która ma swoje prawa: wynosi ona na wierzch życia publicznego ludzi kierujących się etosem zemsty. Nie interesują się oni realnymi problemami, chociaż i takie muszą rozwiązywać, ich polityka jest polityką historyczną, ich prawo karne jest ciągle uzupełniane postanowieniami mającymi na celu zemstę na przedstawicielach poprzedniego ustroju. „Ze zdumieniem widzę – mówił czołowy, ale wyjątkowo światły polityk ponapoleońskiej restauracji – jak po tylu latach zamętu i niepokojów umysły wciąż jeszcze są skłonne do zapalczywości i rozdrażnienia. Najzacniejsi ludzie gotowi są zagryzać się wzajemnie z powodu drobnej różnicy w poglądach”. Jak pisze o nim historyk, „nie rozumiał tej żądzy zemsty, tej zaciekłości ultrasów. Sądził w duchu, że ludzie poszaleli”.
Ultrasi, którzy właśnie przejęli władzę, ogłosili, że pewnej kategorii funkcjonariuszy upadłego komunistycznego reżimu (na razie 500 osób wytypowano do zbadania) odbiorą emerytury. Wobec takich faktów liderzy SLD przeważnie zachowują milczenie. Tym razem telewizja nadała (10-30 sekund?) komentarz lidera SLD, Grzegorza Napieralskiego. Zwolennik czy przeciwnik SLD przewidywałby, że powie on: zaczyna się odbieranie emerytur ludziom, którzy wypracowali je w Polsce Ludowej; będzie tak jak z lustracją: najpierw odbierze się emerytury 500 osobom, a następnie rozszerzy się tego rodzaju represje na tysiące, na setki tysięcy, podobnie jak to się dzieje z lustracją. Jednak lider nic podobnego nie powiedział, ominął szerokim łukiem konkretne problemy i dał pouczenie, że nie należy „babrać się w historii”.
Sięganie do przeszłości, czy to w celach uczciwych, czy oszukańczych, jest w okresie restauracji poważną sprawą, a nie „babraniem” się. Kto się wyłącza ze sporu o przeszłość, ten się w polityce marginalizuje, jest niesłyszalny i nieobecny. Ludzi, a zwłaszcza polityków i dziennikarzy, najbardziej interesują archiwa, teczki, agenci itp. historyczne tematy. Nawet życie religijne księży i całej hierarchii katolickiej zaczyna się wokół tego kręcić. To się nie skończy pod wpływem nawoływań, żeby nie „babrać się w historii”. Zniknie, ulotni się bez śladu dopiero wówczas, gdy wypali się system restauracyjny.

 

Wydanie: 9/2006

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy