Kto się szybciej obudzi?

Kto się szybciej obudzi?

Gdy lider związkowy z „Solidarności” mówi do tłumu ludzi, że polska bieda jest sierotą, to jednocześnie wysyła im komunikat, że jest gotów złapać za gardło tych, którzy podejmują krzywdzące ich decyzje. Związkowcy często tak mówią, ale są zbyt słabi, by mieć realny wpływ na decyzje władzy. Co innego, gdy łączą się w swych żądaniach z politykami i mediami. Tak jak w czasie manifestacji warszawskiej. Bo niezależnie od tego, jak bardzo ten triumwirat nie podoba się obozowi władzy i jego przybudówkom, stanowi dla tego obozu bardzo realną konkurencję. A z braku innych poważnych ofert także alternatywę. Lata mijają, a Polacy mają ciągle wybór tylko między dwiema prawicami. A lewica? Dostojnie gdzieś sobie drepcze. I patrzy, jak bez politycznego wsparcia miota się armia bezrobotnych, z których już ponad milion nie ma pracy dłużej niż rok. Patrzy na absolwentów masowo wypuszczanych na rynek pracy przez niby-uczelnie. I widzi młodych ludzi z aspiracjami, ale często bez wiedzy i kompetencji. Bezradnych, zagubionych i podatnych na hasła dające im jakąś nadzieję.
A na liście beznadziei są przecież jeszcze ci, dla których własne, kupione na kredyt mieszkanie jest nieosiągalnym marzeniem. Dla milionów Polaków nie ma pracy, szans na mieszkanie i płacę zaspokajającą elementarne potrzeby. To nie jakieś czarnowidztwo, tylko jak najbardziej realny opis sytuacji.
W każdym ustroju są oczywiście ludzie, którym źle się wiedzie. Nawet w znanej z opieki socjalnej Skandynawii. Taki jest też w dyskusjach główny argument naszych liberałów. Nie radzisz sobie, nie wziąłeś spraw w swoje ręce, to coś jest z tobą nie tak. Nie z systemem politycznym, nie z władzą czy z rozwiązaniami prawnymi i gospodarczymi, ale właśnie z tobą. Obywatelu drugiej kategorii. Gorszy Polaku. Siedź więc cicho i nie wychylaj głowy. Twoje miejsce jest między lumpeksem a sklepem z tanią żywnością. Taka buta ze strony wszystko lepiej wiedzącej władzy jest dodatkowym czynnikiem dołującym ludzi z problemami. Władza z nimi nie rozmawia, bo nie uważa tych grup społecznych za swój elektorat. Przypomina sobie o nich tylko przed wyborami. Coś im tam naobiecuje, zapominając błyskawicznie o tych deklaracjach. Co tylko potęguje w ludziach poczucie frustracji i przekonanie, że każdy ich oszukuje.
Zaufanie do polityków w Polsce tak spada, że w demokratyczne wybory zaczną wierzyć wyłącznie wierne elektoraty partii. Taki scenariusz, zakładający bierność i apatię obywateli, jest zresztą partiom na rękę. Bo w gruncie rzeczy boją się własnego społeczeństwa. Nie znając go, ograniczają się do pustych haseł propagandowych, a politykę sprowadzają do krótkoterminowego zarządzania. Właśnie doszliśmy do kresu takiego sposobu działania. Miarka się przebrała i potrzebne są zmiany. Pytanie tylko, kto je przeprowadzi.
Czy bierni i niegłosujący w ostatnich latach Polacy, powiększeni o nowe roczniki urodzone już po 1989 r., postawią teraz na przemalowane PiS? I wykupią in blanco jego ofertę, która jest tak wyraźnie do nich zaadresowana? Czy może PO się obudzi? Albo do gry wreszcie wejdzie lewica, mająca największy potencjał, jeśli zbuduje szeroką ofertę programową i kadrową?

Wydanie: 41/2012

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy