Polski Wyziewiusz

Polski Wyziewiusz

Stoimy na krawędzi, widok jest skrajnie ponury. „Wyziewiusz” – tak go nazywa Antoś, bo krater dymi, a właściwie paruje ze skalnych szczelin. Zaiste, wygląda to wszystko raczej na wulkan, który właśnie się wybudza z drzemki i zaraz grzmotnie, w każdym razie mógłbym postawić u bukmachera fortunę, że prędzej Wezuwiusz wybuchnie, niż upadnie w Polsce kaczyzm. Przewodnik uspokaja, ale tak zmyślnie, że wszyscy są jeszcze bardziej spietrani, stąpając po krawędzi kaldery. No bo niby nieopodal najstarsze na świecie obserwatorium wyczuwa najdrobniejsze zmiany sejsmiczne, kontroluje wszystkie wyziewy i w razie niebezpieczeństwa okolice Neapolu objęte są szczegółowym planem ewakuacji, z drugiej strony eksplozywność wulkanów jest cykliczna, no i wedle obliczeń właśnie nowy cykl ma się zacząć niebawem. Wzmożoną aktywność poprzedzają zawsze zauważalne zmiany w składzie emitowanych gazów, najpierw się pojawia dwutlenek węgla i inne toksyny – wtedy jest czas na ucieczkę.

Pompejanie nie wiedzieli, że ta góra wybucha, ale nawet gdyby wiedzieli, niewiele by im to dało – skoro dziś w społeczeństwie połowa nieszczepów i płaskoziemców, tym bardziej wtedy żadna Pytia nie dałaby rady ich przekonać. Owszem, ktoś tam uciekł, w tym piśmienny Pliniusz Młodszy, dzięki któremu znamy dramatyczny opis faz zagłady miasta, przysypanego sześciometrową warstwą pumeksu i popiołu, ale nawet on, cokolwiek rozumny, już feralnego poranka w roku 79 naszej ery ignorował pomruki Wezuwiusza, a nawet pierwsze wstrząsy. Mieszkańcy miast i osad położonych u stóp wulkanu byli przyzwyczajeni do tych zjawisk mniej więcej tak jak Górnoślązacy do kopalnianych tąpnięć – sam Pliniusz, zanim zauważył, że trzeba brać nogi za pas, jak pisze w liście do Tacyta, wyszedł na podwórko, by przewracające się sprzęty domowe nie zakłócały mu lektury historii Rzymu, którą akurat studiował.

Instynkt samozachowawczy czasem nie wystarczy, zwłaszcza w sytuacjach bez precedensu, znanych nam tylko z drugiej ręki, a nie doświadczonych bezpośrednio – tu musi zapracować intuicja i wyobraźnia. Jedna i druga podpowiadają mi, że patrząc na tę wezuwiańską gardziel piekła, Polsce się przyglądam. Jako społeczeństwo jesteśmy u progu katastrofy. Polityczne sejsmografy się rozedrgały, a trujących wyziewów mamy aż nadto na co dzień, dość spojrzeć na dowolne wydanie „Wiadomości” TVPiS. Długotrwały pokój nie jest przecież stanem naturalnym, w Europie nie było jeszcze takiego pokolenia, które by przed wojną się uchowało, moi rodzice przeżyli tę światową, ja dotąd miałem szczęście prawie pół wieku przeżyć bez konfliktu zbrojnego w granicach kraju macierzystego, ale karnawał najwyraźniej dobiega końca. Ziemia musi czasem oczyścić się z magmy, wojna jest takoż cyklicznym womitowaniem historii; kiedy w ludziach dojrzewa zło, nabrzmiewa i w końcu pęka pod najdrobniejszym naciskiem, zwanym potem casus belli.

Polska zieje jadem, resentyment i nienawiść zadomowiły się w tym nieszczęsnym narodzie jako naczelne popędy, nadchodzi czas Tanatosa. Kiedy zjeżdżaliśmy ze zboczy Wezuwiusza skroś piarżysk lapilli, Antoś zapytał, czy w razie wybuchu zdążylibyśmy uciec do Polski. Chciało mi się powiedzieć: „na szczęście nie”.

Wróciliśmy z Kampanii październikowej w środek jesieni zimnej i bezlitosnej jak polo-katolicyzm. Wedle wstrząsających wyników sondażu najbardziej nieprzejednani wobec uchodźców przymierających w lasach Podlasia są praktykujący katolicy, to oni kategorycznie odmawiają prawa do jakiejkolwiek pomocy humanitarnej – nie do przyjęcia uciekinierów, ale prawa do opieki medycznej, wody, jedzenia, suchego przyodziewku. Episkopat milcząco wspiera tę zajadłość, biskupi nie robią nic, by zbrodnicze działania „obrońców granic” powstrzymać, piętnować czy choćby nieśmiało skrytykować. Zarazem Kościół nieustannie ględzi o miłosierdziu, a lada chwila w cyklu adwentowym nastroi katolicki reisefieber, wedle litery świętego pisma celebrujący drogę pary bliskowschodnich uchodźców do stajni, w której urodzi się dzieciątko zbawiciel. Tak jaskrawego dowodu na nieistnienie boga w polskim Kościele nie dostaliśmy nigdy dotąd. Katabas wylicza z ambony uczynki miłosierdzia: „Głodnych nakarmić. Spragnionych napoić. Nagich przyodziać. Podróżnych w dom przyjąć…”, czemu na klęczkach wtórują wierni wyznawcy, by tuż po wyjściu z kruchty udzielić żarliwej odpowiedzi ankieterom: „Ż a d n e j  pomocy uchodźcom!”.

Wedle psychologów od podwójnego wiązania osobowość się rozpada, mówiąc wprost: ludziom odbija, no, chyba że zadziała silny mechanizm wyparcia. Wiernemu ludowi pisowskiemu pozostaje więc życzyć, by… wypierał. W podskokach.

w.kuczok@tygodnikprzeglad.pl

Wydanie: 46/2021

Kategorie: Felietony, Roman Kurkiewicz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy