O pamięci

O pamięci

Bez uprzedzeń

Uprzytomnianie przeszłości jest jedną z najważniejszych funkcji kultury. Zarówno kultura tradycjonalna, jak ta w swych ambicjach nowatorska określa się w stosunku do przeszłości. Wszystko, co mówią o doniosłości pamięci w życiu społecznym, jest prawdą. Najwyżej stoją te społeczeństwa, które mają dobrą pamięć o swojej przeszłości, potrafią korzystać z przebytych doświadczeń. Człowiek nie może zrobić się mądrym w ciągu jednego tygodnia, naród nie może wznieść się na poziom cywilizowanej polityki w ciągu jednego dziesięciolecia. Hasło „wybierzmy przyszłość” może być dobre na jedną kampanię wyborczą, nie jest to dewiza, którą należałoby przeciwstawić pamięci. Gdy Ernest Reman mówił, że naród istnieje nie tylko dzięki pamięci, ale także dzięki zapominaniu (wojen domowych, terroru rewolucyjnego, prześladowań religijnych, krzywd klasowych), to myślał o puszczaniu w niepamięć, co nie jest tym samym, co zapominanie.
Polska przeszłość jest zafałszowana, a mówiąc dokładniej, cynicznie załgana z powodów politycznych. Narody toczące wojny, narody ujarzmione, zniewolone, mitologizują swoją przeszłość „ku pokrzepieniu serc”, pomniejszają swoje błędy i wady, przydają sobie rysy szlachetnych bojowników o świętą sprawę. Takiemu fałszowi służyła też polska historiografia okresu zaborów. Krakowscy historycy, którzy się temu przeciwstawiali, zdobyli 30% rządu dusz na bardzo krótki okres, dopóki utrzymywała się żywa pamięć tej bezprzykładnej kompromitacji narodowej, jaką było powstanie styczniowe 1863 r.
Obecnie najbardziej jest nam potrzebna prawda o okresie od totalnej klęski roku 1939 do upadku systemu radzieckiego. I ten właśnie okres jest zakłamywany z takim uporem i z takim entuzjazmem bojowym, jak gdybyśmy nadal znajdowali się w niewoli i musieli pobudzać się do waleczności, nie pozwalając wygasnąć uczuciom agresji. Każdy widzi, że wylęgarnią tych fałszów są środowiska związane z „Solidarnością” i post-„Solidarnością”.
„Przegraliśmy bitwę o pamięć” – głosi tytuł wywiadu z Janem Lityńskim, liderem Unii Wolności („Tygodnik Powszechny”). Słowo „pamięć” w tym przypadku oznacza solidarnościową wersję historii powojennej Polski, a zwłaszcza lat 80. Nie wiem, z kim toczyli tę bitwę, bo drugiej strony walczącej o pamięć nie było widać. Autorów, którzy im się publicznie przeciwstawiali (z wielkim zresztą umiarkowaniem, samoograniczeniem), można policzyć na palcach jednej ręki. W medium o największym zasięgu, w telewizji publicznej i prywatnej, niepodzielnie panuje „pamięć” solidarnościowa. Jedynym autorytetem ustalającym ortodoksję tej pamięci na użytek telewizji jest profesor Paczkowski. Dawna partyjna profesura ze specjalizacją historyczną i socjologiczną gdzieś się zapodziała, nie wiadomo, czy jej przedstawiciele nie są do mediów dopuszczani, czy zdążyli już przyswoić sobie pamięć posła Lityńskiego, czy może obrazili się na nowe czasy („ani be, ani me, bo ja jestem déclassé”, jak pisał autor „Zielonej Gęsi”). To samo, co w głównych mediach, lecz w wersji emocjonalnie podniosłej, a treściowo bardziej prymitywnej i fałszywej, głosi się sprzed ołtarzy. Szkoła już od dziesięciu lat indoktrynuje dzieci w duchu pamięci solidarnościowej. Tak nachalnej propagandy politycznej pod pozorem uczenia historii nie było w szkołach od czasów stalinowskich. I mimo to „przegraliśmy bitwę o pamięć”? Kto jest tym wrednym przeciwnikiem, który odbiera wiarygodność naszej pamięci? Jest to ten sam przeciwnik, z którym wcześniej przegrała pamięć komunistyczna: zdrowy rozum zwykłych ludzi. Ich własna, niezafałszowana pamięć bez cudzysłowu.
Były poseł Lityński przesadza, mówiąc o przegraniu bitwy o pamięć. Swoją pamięć zachowali ludzie żyjący z własnej pracy. Jeśli zaś chodzi o ludzi działających na arenie publicznej, potrzebujących określonego wizerunku medialnego, to z nimi „Solidarność” wygrała bitwę o pamięć. Po zaznajomieniu się z przemówieniem prezydenta w Instytucie Pamięci Narodowej Jan Lityński przekonał się chyba, że jego przegrana w bitwie o pamięć nie jest tak totalna, jak mu się przedtem zdawało.
Wielu spośród tych, którzy wprowadzali w Polsce komunizm, przeszło przemianę moralną i stali się oni mądrymi sceptykami i relatywistami. Ci natomiast, którzy zostali wychowani w duchu komunistycznym, ale opozycję uprawiać zaczęli, gdy realny socjalizm się zliberalizował, zachowali najgorszą cechę mentalności komunistycznej: wymaganie, aby inni wierzyli w to, w co oni wierzą. Gdy ci inni nie chcieli jednak wierzyć w to, co trzeba, postanowili „urządzić się w ten sposób, aby wlać im tę wiarę przemocą”, jak uczył Machiavelli. Do tego celu został powołany Instytut Pamięci Narodowej, ze swoimi pionami indoktrynacyjnym i prokuratorskim. Lityński alarmuje, że generał Jaruzelski „mówi o Grudniu 1970, o mordowaniu robotników takie rzeczy, które na mocy ustawy o IPN są przestępstwem. Jaruzelski zaprzecza bowiem zbrodniom totalitarnym”. Generał Jaruzelski ustąpił na rzecz „pamięci” solidarnościowej tyle, ile jego zdaniem, trzeba było dla osiągnięcia zgody narodowej. Okazuje się że tego za mało. IPN ma ścigać ludzi, którzy zaprzeczają „zbrodniom komunistycznym” (Lingua Tertii Republicae). Gdzie i kiedy Jaruzelski zaprzeczył tym zbrodniom? Czy na mocy ustawy o IPN ma się przyznać do wydania rozkazu strzelania do robotników, czego nie popełnił, a co mu przypisuje pamięć solidarnościowa? Czy nie wolno na mocy ustawy o IPN stwierdzić oczywistego faktu, że w rozruchach w Gdańsku brali również udział chuligani i pospolici przestępcy? Czy jest w ogóle do pomyślenia, aby w rozruchach takich rozmiarów elementy przestępcze nie uczestniczyły? Nawet podczas pokojowych manifestacji pacyfistów rabuje się sklepy i podpala samochody. Żeby o tym zapomnieć, nie wystarczy ustawa o Instytucie Pamięci Narodowej, potrzebna byłaby amputacja szarych komórek albo epidemia choroby Alzheimera. Do zarzutu o popełnienie przestępstwa wysuniętego przez czołowego działacza Unii Wolności przeciw byłemu prezydentowi RP powinien ustosunkować się prezes IPN. Jeżeli Lityński ma rację, to ten IPN jest jakąś ponurą policją myśli, to jest gorsze od cenzury prewencyjnej, która również szkodziła, ale przynajmniej nie zagrażała bezpieczeństwu ocenzurowanego. IPN był zapowiadany jako polskie „centrum Wiesenthala”, na komunistów tym razem. Pojęcie „kłamstwa komunistycznego”, nadużywanie kategorii zbrodni przeciw ludzkości, znoszenie przedawnienia z byle powodu – wszystko to razem jest przedrzeźnianiem pamięci Holokaustu. Polska papuga tym razem wyraźnie przesadziła.
Chcieliśmy swoją solidarnościową pamięć upowszechniać po dobremu, ale okazało się, że naród przyjmuje ją z oporami. Teraz panowie profesorowie i doktorzy z IPN będą naukowo ustalać, co było „zbrodnią komunistyczną”, a prokuratorzy z tegoż IPN oskarżą tych, którzy się z tymi naukowymi prawdami nie zechcą zgadzać. Takie praktyki w II Rzeczypospolitej oraz w PRL nazywano braniem za mordę. Proszę wynaleźć ładniejszą nazwę.

 

Wydanie: 52/2001

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy