Polska nie tylko malowana

Polska nie tylko malowana

Oglądam i słucham Mariana Kowalskiego, kandydata narodowców na prezydenta. Prezentuje się, mówiąc dyplomatycznie, podejrzanie. Mimika jak u Mussoliniego. Ale nawet tu dotarła polityczna poprawność. Nie mówi nic o Żydach, a jeżeli, to nie wprost i trzeba zmarszczyć czoło, żeby się domyślić. Ekstremalność sądów i brutalność uproszczeń. I nagle myśl: całe szczęście, że to PiS konsumuje całą prawicę, a oni przy Kowalskim są tacy cywilizowani.

Na złość Dudzie dziennikarze wyciągają fakt, że ojciec żony kandydata ma „złe” pochodzenie. Nigdy nie zastanawiałem się do tej pory, jakie pochodzenie ma mój kolega po piórze Julian Kornhauser, czyli teść Dudy. Jeśli rzeczywiście może to Dudzie zaszkodzić, to gdzie my żyjemy? I jaką klientelę ma PiS? Najbardziej jednak szkodzi kandydatowi PiS to, że każdy wie, od kogo jest zależny i jak bardzo. Zaplątał się w in vitro, ale już wszystko wyjaśnione, zgodnie z wytycznymi prezesa. Ma być stanowczo przeciw. W PiS panika, że Paweł Kukiz i Janusz Korwin-Mikke zjedzą ich kandydatowi sporo głosów.

Błędem Magdaleny Ogórek jest, że mówi cokolwiek. Powinna napisać na kartce, a Leszek Miller by odczytał: „Mam wiele do powiedzenia, ale zacznę mówić dopiero wtedy, gdy już będę panią prezydent”. To świetny przykład, jak głupio się dzieje, kiedy ktoś nawet sensowny i niegłupi zaczyna grać nie swoją rolę. A wszystko z próżności. Pycha to najbardziej łakome zwierzę, jakie mieszka w człowieku. Nieśmiałość, a takie wrażenie sprawia kandydatka SLD, to tylko pozór skromności, kryją się za nią wielka ambicja i lęk przed porażką.

Z rodziną w Muzeum Narodowym na wystawie malarstwa Olgi Boznańskiej. Moi cztero- i ośmiolatek bardzo dzielni, chociaż znieczuleni na obrazy – telewizja doprowadziła do wielkiej inflacji obrazów. Nagle Franio mówi: „Mam złą wiadomość, chce mi się siusiu”. Coraz bardziej skomplikowanych zwrotów używa, by porozumiewać się z nami. Spotykam M., jest z ojcem, niewidziani od lat. Jej ojciec zmieniony, ale do poznania, jakby ten dawny, tylko skurczony w sobie, jak wykąpany w ukropie czasu. Żadna sztuka nie dorówna obrazom życia.

Boznańska wydaje mi się nierówna, jej najlepsze prace są świetne, ale okres „mgielny” nie podoba mi się. Trochę rozumiem Jacka Malczewskiego, który był niechętny temu malarstwu. Niespodzianką są martwe natury, nigdy ich nie widziałem. A cała wystawa znakomicie zrobiona i uświetniona nie tylko Whistlerem. Bardzo dużo ludzi, co przeszkadza oglądać sztukę, ale cieszę się, że malarstwo budzi duże zainteresowanie. Takie artystyczne wydarzenia tworzą narodowego ducha, z tego i w tym, co najlepsze.

I jakie ma znaczenie, że matka Boznańskiej była Francuzką, a sama malarka większość życia spędziła w Paryżu? Tą matką Francuzką nikt jakoś się nie przejmuje, ale gdyby miała takie pochodzenie jak słynna sprzedająca pomarańcze Aleksandra Gierymskiego, to co innego. I tu mieszka obłęd. Dzwonią na koniec zwiedzania. Pierzeja domów naprzeciw muzeum, na Smolnej, nie ma już dla mnie tylu znaczeń, co kiedyś. Wychodząc z muzeum, zawsze patrzyłem w okna mieszkania na drugim piętrze i w okna pracowni malarskiej na strychu. Ale dom odzyskał właściciela i moi znajomi musieli się wyprowadzić. Trudno o większą niesprawiedliwość niż przywracanie sprawiedliwości po tylu latach. K. stracił pracownię, w którą tyle zainwestował. Żartowaliśmy zawsze z niego, że ma blisko do muzeum. I dwa jego obrazy są w stałej ekspozycji malarstwa współczesnego. Przez rok nie wybrał się jednak, by przebyć ulicę i je zobaczyć. Prawdziwy artysta.

Znajoma, która dawno temu wyemigrowała z Polski do Szwecji, teraz mieszka w Niemczech i z tego powodu jest bardzo nieszczęśliwa. Wiem, że próbowała też wrócić do Polski. Często takie powroty się nie udają. Pytam, dlaczego. Zawsze interesuje mnie spojrzenie na nas polskich emigrantów i reemigrantów. Mówi: „Polska zmieniła się na lepsze, ale w tych zmianach jest też coś niedobrego. Teraz z niemieckiej perspektywy wydaje mi się, że staraliśmy się przejąć jak najwięcej niemieckich wzorców społecznych, prawnych, technicznych, co w połączeniu z naszą chaotyczną i bałaganiarsko-kombinującą naturą dało wybuchową mieszankę. Wykańcza mnie brak zaufania na każdym kroku i urzędy, które z marszu traktują petenta jak potencjalnego przestępcę. I że nie można czegoś załatwić mejlowo, telefonicznie, tylko prawie zawsze wymagana jest wizyta osobista. Bezsensowna strata czasu na sprawy oczywiste i najczęściej bzdurne (np. zamówienie pojemnika na śmieci). Horror służby zdrowia, który przeżyłam bardzo drastycznie, porównując moją uprzywilejowaną ścieżkę z prywatnym ubezpieczeniem (które w pogoni za kasą przebadało mnie wzdłuż i w poprzek) z golgotą moich starych i chorych rodziców zmagających się z publiczną służbą zdrowia. Nie chcę mieszkać w Polsce, boję się, że na starość też może mi się to przytrafić, a starych ludzi prywatne ubezpieczalnie nie ubezpieczają”.

Medyczny dramat nie zmieni się szybko, a inne polskie wady są jednak w trakcie zmian na lepsze, co widać jak na dłoni. Właśnie coś bezboleśnie załatwiłem w urzędzie. Nie tylko stan rzeczy jest ważny, ale też kierunek zmian.

Wydanie: 13/2015

Kategorie: Felietony, Tomasz Jastrun

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy