Wspomnienia z teraźniejszości

Wspomnienia z teraźniejszości

Wywiad rzeka z wybitnym uczonym i byłym dygnitarzem instytucji naukowych (wiceprezes PAN, dyrektor Instytutu Zachodniego) Władysławem Markiewiczem przeprowadzony został doskonale pod względem profesjonalnym, mimo że autorzy – prof. Paweł Kozłowski i Jerzy Słabicki – nie są dziennikarzami. Dialog, a raczej trialog, toczy się wartko, stawiane pytania są interesujące dla czytelnika i przypuszczam, że pobudzające dla bohatera wywiadu („Sto lat przeciw głupocie. Rozmowa z przyjaciółmi”, wydawnictwo Universitas). Książka ukazała się w serii „Biblioteka Kuźnicy”, którą redaguje Andrzej Kurz, były długoletni dyrektor Wydawnictwa Literackiego w Krakowie.
Nie staram się tu przestrzegać reguł fachowej recenzji, nie napiszę wszystkiego, co by na korzyść książki napisać należało, pójdę za wskazówkami swoich obsesji. Książka w moim odbiorze dzieli się na dwie części: jedna to opis kilkuletniego uwięzienia (trzy lata i osiem miesięcy) w obozie koncentracyjnym w Mauthausen-Gusen, do drugiej części zaliczam to, co było przedtem i potem. Władysław Markiewicz jest człowiekiem w słowach bardzo umiarkowanym, rzeczowym, żadnej u niego afektacji, żadnych retorycznych wykrzykników, raczej łagodzenie wymowy faktów niż chęć ekspresyjnego ich uwydatnienia. Obóz w Mauthausen-Gusen wydaje się dziś tak nieprawdopodobny jak chrześcijańskie piekło, z tą niebagatelną różnicą, że istniał naprawdę. Kiedyś po odczycie zapytano mnie, czy piekło istnieje. Odpowiedziałem w duchu nowomodnej teologii, że istnieje, ale chwilowo nieczynne. Nikt się nie powinien dziwić, że jako dziecko wojny czasem myślę, że obozy są tylko chwilowo nieczynne. Pierwsze wrażenie więźnia po przybyciu do obozu: „Byłem przerażony widokiem wozów, ciężkich wozów transportowych zaprzęgniętych w ludzi. A nad nimi z biczem szedł kapo. Wydawało mi się, że to jest kwintesencja tego, co mi grozi w obozie: praca zwierzęcia pociągowego. (…) Dopiero później się dowiedziałem, że jest to jedno z najlepszych, najbardziej lukratywnych komand”. Pytanie: Ile osób umarło przy panu? Bez przerwy umierali, „od rana obcujesz z nieboszczykami… Jak chcesz się umyć i dostać do kurka z wodą, musisz odsuwać stopami tarasujących dostęp do wody nagich nieboszczyków. Idziesz na Appellplatz… na tragach niosą tych nieboszczyków, bo musi się zgadzać stan osobowy obozu… Na wieczornym apelu znów to, co rano: ciągle liczą, zmarli czy żywi, nieważne, byle stan się zgadzał”.

W ostatnich miesiącach wśród 10 tys. półżywych więźniów znalazł się Krzysztof Radziwiłł, w obozach od 1940 r. Nie wiem, dlaczego jego cenne „Pamiętniki” nie przyciągnęły uwagi historyków i publicystów. Zajrzałem ponownie do tych pamiętników. W Mauthausen „ludożerstwo nie należało już do egzotycznych opowieści geograficznych – pisze Radziwiłł. – Najprymitywniejsi spośród więźniów (…), odczłowieczeni przez długie przebywanie w obozach koncentracyjnych… uprawiali ludożerstwo nagminnie, tak że w końcu odbierano im cynowe łyżki, aby nie mogli nimi wyskrobywać kęsów rozkładającego się mięsa ze zmarłych kolegów, których zwłoki ukrywano skrzętnie na wspólnych pryczach. (…) Pamiętam, że i mnie częstowano raz ludzką wątrobą, bardzo niehigienicznie zawiniętą w starą gazetę, ale może właśnie z powodu tego opakowania nie posunąłem się dzięki Bogu do ludożerstwa”. Obie relacje, Markiewicza i Radziwiłła, potwierdzają nawzajem swoją wymowę. Nasuwa się porównanie z opisami łagrów radzieckich, jakie pozostawili Herling-Grudziński, Sołżenicyn i inni. Nie ulega wątpliwości, że były one dużo łagodniejsze, zauważa Markiewicz. Eugeniusz Lubomirski (adiutant Andersa) pisze w swoich wspomnieniach, że doświadczenie łagru syberyjskiego zalicza do cenniejszych przeżyć swojego życia, czego nie powiedzieliby o swoich Markiewicz, Radziwiłł i inni, którzy przeżyli Mauthausen-Gusen.

Przeżyłem dzięki przyjaźniom – mówi Profesor – więzień osamotniony nie miał szans żyć dłużej niż dwa, trzy miesiące. Te przyjaźnie miały imiona, nazwiska, są wymienione, ale w życiu Władysława Markiewicza pierwszorzędną rolę odegrała przyjaźń „jako taka”, „sama w sobie”. Ma on szczególny dar zjednywania sobie ludzi i sam jest spolegliwym przyjacielem, to należy do jego wrodzonego usposobienia; taki jest, bo dobry los takim go chciał mieć. Mówią, że istnieje grzech pierworodny. Najwidoczniej pojawia się wśród ludzi pierworodna przyjazność.
Jak opisać postawę polityczną i ideową Markiewicza? Zapytałem kiedyś Marka Waldenberga, do jakiej europejskiej formacji jest mu najbliżej. Odpowiedział, że do prawicowego skrzydła niemieckiej socjaldemokracji. Podobała mi się ta odpowiedź. Swoje skłonności scharakteryzowałbym podobnie. Markiewicza, przyjaciela Marka Waldenberga, także widziałbym na prawicy socjaldemokracji, skąd blisko do liberalizmu, konserwatyzmu i, ma się rozumieć, do Realpolitik. Jego „ideologia” – jeżeli potrzebne nam to słowo – łączy w sobie realizm i zarazem przywiązanie do wartości tradycyjnego humanizmu (dziś występującego w postaci bardzo wycieńczonej), także zamiłowanie do porządku (ale trzeba dodać: racjonalnego), zdrowy rozsądek połączony z wiernością socjalistycznym imponderabiliom.

Chciałoby się zacytować wiele jego sądów, spostrzeżeń, zwłaszcza odnoszących się do tego, co nazwano w tej książce polską „głupotą”, tzn. niedojrzałości kulturalnej i cywilizacyjnej, braku uspołecznienia, co bywa pomyłkowo brane za wybujały indywidualizm (żadnego indywidualizmu na znaczącą skalę w Polsce nie ma, jest ogłupiająca stadność i ciasne sobkostwo).

Nie jest to książka do jednorazowego przeczytania, warto nawracać do jej poszczególnych rozdziałów i tematów.

Wydanie: 49/2016

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy