Wesołe jest życie staruszków

Nieznośną przywarą publicystyki naszych czasów jest formułowanie sądów powierzchownych opartych na uogólnieniach, niepogłębionych rzetelną wiedzą. Raczej do wyjątków należą autorzy zabierający głos w kwestiach, na których dobrze się znają.
Jeden szczególnie temat jest przedmiotem uproszczonych opinii. Jest to sprawa sytuacji materialnej emerytów i rencistów. Lewica słusznie docenia wagę tego problemu, opierając się na wynikach analiz ukazujących systematyczne, dramatyczne pogarszanie się warunków życia tej grupy ludności. Lansowany jest jednak też pogląd odmienny, według którego troska o losy tych ludzi to przejaw nieznośnego populizmu.
Ostatnio w sposób jednostronny ustosunkowała się do tego problemu autorka jednego z felietonów w „Tygodniku Powszechnym” (nr 20 z 18.05.2003 r.). Powołując się na sprawozdania statystyczne z początku lat 90. (sic!), ceniona powszechnie felietonistka wysunęła tezę, że zaopatrzenie przeciętnej rodziny emeryckiej jest dziś wyższe od dochodów rodziny z kilkorgiem dzieci, osób bezrobotnych itd.
Odwoływanie się do statystyk sprzed 12 lat to rażący błąd w ocenie aktualnej sytuacji, powstałej wskutek ogromnej dynamiki zmian demograficznych w minionym dziesięcioleciu. Szczegółowe badania potwierdziły, że emerytom żyje się gorzej niż na początku minionej dekady. Drastycznie zwiększył się koszt utrzymania emerytów i rencistów, zwłaszcza w związku z wydatkami na ochronę zdrowia, które według GUS-u wyniosły w 2000 r. przeciętnie 55,30 zł na osobę w skali miesięcznej. Dla ogółu ludności wskaźnik ten był znacznie niższy (26,63 zł). W świetle tych danych trudna do przyjęcia jest ogólna teza, że potrzeby seniorów są „o wiele mniej dotkliwe” niż potrzeby osób wychowujących dzieci i opiekujących się osobami niepełnosprawnymi. Autorka zupełnie pominęła fakt, że ludzie starzy są na ogół bardzo ciężko chorzy i na leki nie starcza im dziś pieniędzy. Wielu z nich nie może liczyć na pomoc rodziny znajdującej się w biedzie wskutek braku pracy. Wielokrotnie temat ten był poruszany przez znawców na łamach miesięcznika „Polityka Społeczna”. Publicyści są jednak mądrzejsi od uczonych, nie sięgają więc do opracowań naukowych zawierających obiektywne informacje i oceny potwierdzone badaniami empirycznymi oraz rzetelnymi statystykami.
Porównywanie sytuacji materialnej różnych grup: ludzi czynnych zawodowo, bezrobotnych i osób żyjących z rent i emerytur oraz wyprowadzanie z tych porównań uogólnionych wniosków o pozycji materialnej ludzi należących do tych grup jest w wysokim stopniu wadliwe. Oceny te są stawiane na podstawie zawodnej „wiedzy zdroworozsądkowej”. Szczegółowe badania naukowe wykazują, że sytuacja ludzi żyjących z rent i emerytur nie jest jednolita, w żadnym więc razie nie może być oceniana generalnie jako lepsza niż wielopokoleniowych rodzin. Wspomniana felietonistka twierdzi, będąc „świadoma własnej sytuacji”, że potrzeby życiowe seniorów są mniejsze niż innych ludzi dotkniętych przez los. Czy ten argument trafi do przekonania innym emerytom, ludziom ciężko schorowanym i mającym dużo gorsze niż autorka warunki życia? Pytanie retoryczne.
Trudno zgodzić się z kolei z odmiennym uproszczeniem, że wszyscy emeryci i renciści są najbiedniejszą grupą obywateli. Niektórzy z nich mają świadczenia zapewniające poziom życia powyżej minimum socjalnego. Są nawet rodziny żyjące z emerytur tych osób. Paradoksalnie starsza generacja pomaga nieraz finansowo młodszej, znajdującej się bez pracy.
Mówienie o losach emerytów i rencistów nie jest „pustym sloganem”. Dbałość o ludzi słabych jest powinnością wynikającą z zasady pomocniczości wypracowanej w nauce Kościoła katolickiego, nakazującej społeczeństwu wspieranie ludzi niezdolnych do utrzymania się własnymi siłami. Stwierdził to dawno już wielki Perykles, twórca demokracji ateńskiej, w mowie wygłoszonej 25 wieków temu: „Wykroczyć przeciw prawom, które biorą w opiekę upośledzonych, znaczy ściągnąć na siebie powszechną niesławę”. Idea ta stanowi do dziś nieodłączny składnik europejskiej cywilizacji. W czasach najnowszych do myśli tej nawiązała „Karta podstawowych praw Unii Europejskiej” przyjęta w Nicei.
Uproszczenia na temat uprzywilejowanej pozycji emerytów pojawiły się ostatnio również w totalnej krytyce „uczonych starców”. Kij w mrowisko wetknął autor artykułu ukrywający się pod pseudonimem Jacenty Wertyczko („Przegląd” z 18.05.2003 r.). Jego zdaniem, polską nauką rządzą emeryci, bezwzględnie wyzyskujący setki młodych uczonych. Nie wierzę, by prawdziwy profesor mógł sformułować opinię o tak wysokim stopniu uogólnienia, krytycznie oceniającą wszystkich starych profesorów z wszelkich możliwych dyscyplin i czynnych na setkach różnych uczelni.
Osobiście zgadzam się z zastrzeżeniami, jakie są podnoszone pod adresem części profesury z powodów wytkniętych przez autora wspomnianego artykułu. Prawdą jest, że są wśród wiekowych uczonych ludzie kurczowo trzymający się uczelnianych stanowisk, a nawet podejmujący w wieku starczym fikcyjne zatrudnienia w prywatnych szkołach wyższych.
Wabieni są perspektywą wynagrodzeń bez pracy w zamian za udzielenie samych tylko nazwisk, potrzebnych tym uczelniom do starań o wyższy status. Jest jednak głupim uproszczeniem twierdzić, że ta stosunkowo niewielka w skali kraju populacja emerytów trzęsie całą polską nauką. Zdecydowana większość profesorów po osiągnięciu wieku 70 lat nie ma siły do prowadzenia zajęć dydaktycznych i naturalną koleją rzeczy jest zastępowana przez ludzi młodych.
Nieprawdą jest, że w nauce szerzy się okrutny wyzysk młodych naukowców przez uczonych starców. Nie jest to absolutnie reguła powszechna. Młodzi ludzie gonią dziś przeważnie za dodatkowymi zarobkami i wielu z nich wcale nie dybie na prowadzenie zajęć obsługiwanych przez swych mistrzów. Starzy profesorowie nie mają większości w radach wydziałów i instytutów, mitem jest więc, że mogą odsuwać od stanowisk ludzi młodych. Czasem jest raczej odwrotnie!
Śpiewka o feudałach i wasalach jest starej daty, pochodzi z marca 1968 r. Frontalny atak na „feudałów” doprowadził wtedy do liberalizacji kryteriów awansowania na samodzielne stanowiska w nauce osób bez habilitacji. Docenci „marcowi” przeważnie nie sprawdzili się jako uczeni z prawdziwego zdarzenia. Okazało się, że nauka nie może obyć się bez seniorów.
Opisane wyżej zjawiska pokazują, że w myśleniu Polaków ciągle pokutuje nieprzezwyciężona ciągota do pochopnych uogólnień. Głoszenie uproszczonych „prawd” podoba się ludowi, chętnie dającemu wiarę publicystom piętnującym wszechobecne zło.
Plaga uogólnień zatacza coraz szersze kręgi. Można na poparcie tej tezy podać wiele przykładów. Jednym z nich jest uogólnienie, że sądy są nieudolne i przekupne. Temu tematowi należałoby jednak poświęcić osobny felieton.

Wydanie: 23/2003

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy