Gdzie trafi zięć?

Gdzie trafi zięć?

To zdjęcie więcej mówi o rodzinie Kaczyńskich niż cała książka. Lato 2005 r. Polacy jeszcze urlopowali, ale już zaczynała się gra o prezydenturę po Aleksandrze Kwaśniewskim. Bardziej od słów liczyły się pomysły przemawiające do wyobraźni. W cenie był jak najprostszy przekaz oddziałujący na emocje wyborców. PiS miało taki pomysł. Na tle kampanii innych kandydatów pozytywnie wyróżniał się plakat Lecha Kaczyńskiego. Na setkach wielkich billboardów zobaczyliśmy kandydata w otoczeniu rodziny. Żona, córka, zięć i wnuczka. Przez wiele tygodni nie sposób było nie trafić na billboard z jasnym przesłaniem. Oto jest świetny kandydat, silny także poparciem kochającej się rodziny. Powie ktoś, że takie zdjęcie to w polityce banał. Tak zwana ustawka na użytek naiwnych czytelników prasy brukowej. Tak, ale. To ale to hasła, z jakimi Lech Kaczyński szedł po prezydenturę. Niósł przecież sztandar zapisany wartościami, jakie wraz z nim trafią do Pałacu Namiestnikowskiego. Ludzie kupili pokazaną im na plakacie historię. Po paru latach okazało się, że człowiek ze spiżu świadomie i cynicznie okłamał wyborców. I to był pierwszy problem Lecha Kaczyńskiego z zięciami. Mężczyzna z plakatu wyborczego był już wtedy daleko od tego sielskiego widoku. Jako były zięć tylko firmował świat fikcji. Co i tak było drobiazgiem przy tym, co pokazał drugi zięć, czyli Marcin Dubieniecki. Przez długi czas, a zwłaszcza po katastrofie smoleńskiej prezentowany jako podpora żony i stryja Jarosława stał się częstym gościem tabloidów, komentatorem różnych wydarzeń politycznych, a zwłaszcza wszelkich możliwych relacji między Prawem i Sprawiedliwością a SLD. Kolejne ujawnione przez media kontakty Dubienieckiego z gangsterami i przestępcami oraz ułaskawienie przez Lecha Kaczyńskiego jego wspólnika biznesowego pokazują go w jak najgorszym świetle. Gdyby posłuchać tego, co i jak mówi Dubiniecki i na dodatek przeczytać jego oświadczenia, to zobaczymy człowieka o skromnej wiedzy prawniczej, słabo mówiącego po polsku, a przy tym niezwykle butnego i bezczelnego. Jego wcześniejsze zapowiedzi startu w wyborach parlamentarnych, i to z pierwszego miejsca listy PiS, musiały prezesa tej partii niezwykle bulwersować. Dla PiS, które znowu próbuje wygrać wybory na fali walki z korupcją, Dubieniecki jest jak odbezpieczony granat. Od niego bowiem, czyli od własnych szeregów pisowcy powinni zacząć walkę o czyste ręce polityków. Zwłaszcza że interesy Dubienieckiego sięgają czasów prezydentury Kaczyńskiego, który jeszcze za rządów PiS pytał ówczesnego szefa MSWiA o zainteresowanie Centralnego Biura Antykorupcyjnego swoim zięciem. Dowiedział się wówczas, że CBA Dubienieckim się interesuje. Ta sprawa pokazuje też schizofrenię tamtego okresu, bo przecież szefem CBA był Mariusz Kamiński, czołowy polityk PiS. Ale jego Lech Kaczyński nie pytał o zięcia? Nieżyjącego prezydenta zięć uwikłał także w bardzo kontrowersyjne ułaskawienie swojego wspólnika i nie pomoże dziś próba zakneblowania wyjaśnienia tej sprawy, jaką stosuje Jarosław Kaczyński. Prezes wszystkie zarzuty uważa za zorganizowaną akcję obrażania pamięci Lecha Kaczyńskiego. Będzie to musiał mówić coraz częściej, bo coraz częściej wychodzą na jaw mało chlubne wydarzenia. Sam Dubieniecki nie powiedział przecież jeszcze ostatniego słowa.

Wydanie: 11/2011

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy