Instytut Przyszłości Narodowej

“Ten, kto kontroluje teraźniejszość, kontroluje przeszłość”, pisał George Orwell w swej czarnej utopii pod tytułem “Rok 1984”. Dlatego każdy zwycięski ustrój zmienia podręczniki historii i programy szkolne. Następuje odwrócenie kolorów, dawne białe plamy wypełniają czarno zadrukowane, opasłe tomy analiz przemilczanych wydarzeń. I odwrotnie, dawne kombatanckie wspominki pochłania biały kurz na bibliotecznych półkach. Obala się pomniki, wyrywa tablice, a na ich miejsce stawia i wmurowuje nowe. Jednak symboliczna przebudowa pamięci to zbyt mało dla celów politycznych. Te wymagają prześwietlenia i weryfikacji osób, nie wydarzeń. Dlatego najpierw powołano Sąd Lustracyjny, który o mało co nie pozbawił Polaków prawa do swobodnego wybierania prezydenta. Jednak jego zakres działania jest ograniczony tylko do najwyższych stanowisk. Dla pełniejszej kontroli przeszłości powołano Instytut Pamięci Narodowej. I w tym, podobnie jak w przypadku Sądu Lustracyjnego, chodzi o coś więcej niż rejestrowanie prawdy. Świadczy o tym skala przeznaczonych na jego działanie środków. Instytut otrzymuje ogromne pieniądze, liczne reprezentacyjne budynki i pomieszczenia. Prezes IPN, prof. Kieres, ogłosił nie tak dawno, że Instytut zatrudni najpierw 800, a potem nawet 1500 wykwalifikowanych pracowników, głównie archiwistów. Można się, oczywiście, cieszyć, że tym samym zmniejszy się bezrobocie wśród absolwentów kilku kierunków humanistycznych, głównie historii. Muszą oni mieć swoje miejsce pracy – a to wymaga setek pokoi, kilometrów półek z aktami, tysięcy kopiarek i komputerów. W sumie kosztuje miliony złotych rocznie, nie licząc ogromnych nakładów na uruchomienie Instytutu.
W obecnej dramatycznej sytuacji polskiej nauki, gdy brak jej pieniędzy niemal na wszystko, taka inwestycja w historię musi mieć pozanaukowy cel. Już Orwell wiedział, iż “ten, kto kontroluje przeszłość, kontroluje przyszłość”. Stawką prac IPN jest legitymizowanie aktualnej władzy, a także maksymalizacja jej szans w następnych wyborach.
Niech zatem nie zwiedzie nas nazwa IPN-u, która może sugerować instytut naukowy podległy Ministerstwu Kultury i Dziedzictwa Narodowego. W istocie IPN jest przedłużeniem politycznym dawnych służb specjalnych, byłego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, na ich zbiorach będzie bowiem pracować rzesza archiwistów. Mają ujawniać nie polskie bohaterstwo, akty odwagi i solidarności, ale dokumentować i ujawniać polską infamię, kolaborację, podłość. Odświeży się nie tylko akta bezpieki, ale i gestapo. Ujawni kolaborantów, szmalcowników oraz ogromną liczbę esbeckich donosicieli. W gruncie rzeczy będzie to Instytut Infamii Narodowej. Jako taki na pewno jest dobrym antidotum na megalomanię narodową, uznawanie Polaków za naród samych bohaterów, cichych żołnierzy antykomunistycznego podziemia.
Jednak dzisiejszej Polsce potrzeba czegoś więcej niż demaskowania przeszłości z perspektywy aktualnej elity rządzącej dla zachowania jej przyszłych interesów. Polsce pilnie potrzebne jest rozwijanie studiów nad przyszłością, nie uwikłanych w potępieńcze swary polityczne. Zachodnie kraje europejskie także powołują i obficie finansują liczne państwowe instytuty badawcze, tyle że skupione są one na przyszłości, nie przeszłości. W normalnym kraju przeszłość jest zamkniętą kartą, zawsze ciekawą, niekiedy przypominaną, ale nie angażującą nadmiernych zasobów finansowych państwa. Te poświęca się na studia nad przyszłością, w globalizującym i informatyzującym się świecie.
A pomyślność narodowa zależy w dużej mierze od trafności tych studiów i odpowiadających im zamierzeń oraz przygotowań. Stąd tak wielkie znaczenie Amerykanie przywiązują do maksymalnie precyzyjnego i naukowego przewidywania trendów rozwojowych swego kraju i świata. Kariera Alvina Tofflera, popularyzatora idei przekształceń społecznych określonych jako “Trzecia fala”, czyli powstawania społeczeństwa informacyjnego, jest związana właśnie z taką postawą. W amerykańskiej czy japońskiej księgarni półka z pracami na temat trendów rozwoju cywilizacji, nadziei i wyzwań społeczeństwa informacyjnego szybko i stale się wydłuża. W polskiej znajdziemy całe ściany zastawione publikacjami historycznymi (i bardzo dobrze) i niemal pustą półkę z książkami o przyszłości (jeśli nie liczyć beletrystyki science fiction).
Jest coś znamiennego w naszej polskiej obsesji przeszłością, zaświadczanej niemal codziennymi obchodami, rocznicami, jubileuszami, pokropkami oraz zupełną beztroską, gdy chodzi o naszą przyszłość. Stocznia Gdańska wzbogacona została o izbę pamięci w dawnej hali BHP. To była wręcz symboliczna transformacja. Stoczniowcy na etatach muzealników. Jednak to nadal w dokach, a nie w muzeach, buduje się statki.
Polscy reżyserzy prześcigają się w ekranizacjach powieści. Na ukończeniu jest “Quo vadis?”, “Przedwiośnie” i “W pustyni i w puszczy”, rozpoczęły się zawody, kto szybciej nakręci lepszych “Krzyżaków”. Niemal nie ma w planach filmów o przyszłości, nawet takich w stylu dawnej “Seksmisji”. Miał duże wyczucie polskiej mentalności Andrzej Wajda, gdy w ekranizacji Mickiewiczowskiego poematu pozostawił rdzennie polskie wyznanie wiary i nadziei: “Szlachta na koń siędzie… i jakoś to będzie”.
Może dlatego w Polsce prace futurologiczne na większą skalę skończyły się w latach 70., kiedy to działał Komitet Polska 2000 i inne podobne. To, że niewiele z ich przewidywań wyszło, nie jest winą uczonych, ale zasługą niespodziewanego ruchu społecznego, który zmienił oblicze Polski. Nie dostał on jednak wsparcia intelektualnego.
Jednak na początku nowego wieku pora zmienić orientację. Już św. Augustyn wiedział, że nie ma trzech czasów – przeszłości, teraźniejszości, przyszłości. Są trzy czasy teraźniejsze – rzeczy minionych, rzeczy obecnych, rzeczy przyszłych. I ten czas teraźniejszy przyszły – nadzieja i oczekiwanie – już się zaczął. Nie przegapmy okazji. Wybierzmy przyszłość. Może zatem będzie możliwe, na przykład w nowym Sejmie, z inicjatywy prezydenta, uchwalenie ustawy o Instytucie Przyszłości Narodowej?

Wydanie: 2/2001

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy