Giusta causa

Prawo i obyczaje

Bezpardonowa walka naszych rodzimych pracodawców z kodeksem pracy to dziecinna wprost igraszka w porównaniu z burzą, jaką rozpętał nad słoneczną Italią rząd Silvia Berlusconiego, podejmując próbę ułatwienia włoskim pracodawcom zwalniania pracowników z pracy bez podania „słusznej przyczyny” (giusta causa). Kości zostały rzucone. Trzy największe centrale związkowe proklamowały w obronie tych dwóch słówek potężny strajk generalny, który odbył się 16 kwietnia br. Wzięło w nim ponoć udział 13 mln Włochów. Stanęły wszystkie instytucje publiczne, szkoły, urzędy pocztowe, banki i inne zakłady pracy. Odwołane zostały liczne połączenia lotnicze i kolejowe. Paraliż Półwyspu Apenińskiego trwał osiem godzin.
Czegoś podobnego od lat 20 we Włoszech nie było. Strajk przeprowadzony na taką skalę dowiódł, że siły związków zawodowych nie należy nigdy lekceważyć. Nawet wtedy, gdy kryzys ruchu związkowego wydaje się oczywisty. Słabość związków zawodowych to niebezpieczne złudzenie. Drzemiące w nich moce obudzić się mogą przy lada okazji i poruszyć masy ludzkie, tak jak to się stało w miastach włoskich w dobie współczesnej.
Giusta causa! Potęga tych słów okazała się tak wielka, że centroprawicowy rząd musiał zrozumieć, że próba reformowania prawa pracy w trybie nieuzgodnionym z partnerami społecznymi jest z góry skazana na niepowodzenie. Trudno się dziwić, że włoski świat pracy tak gwałtownie zaprotestował przeciw zmianom w statucie pracowniczym (Statuto dei lavoratori), widząc w nich zamach na prawo do pracy. Rząd zlekceważył wcześniejszy tragiczny sygnał, jakim było zamordowanie prof. Biagiego, doradcy rządowego, który podjął zadanie przygotowania reformy zapewniającej uelastycznienie rynku pracy (skąd my to znamy?). okazało się, że sensowna w swych założeniach reforma poruszyła nawet pogrobowców Czerwonych Brygad!
Udany strajk generalny przeprowadzony we Włoszech w obronie „słusznych przyczyn” zwolnień z pracy pokazał, że w świadomości pracowników głęboko zakorzenione jest przekonanie, że raz przyznanych ludziom przywilejów odebrać niefrasobliwie nie można, nawet gdy jest to konieczne z punktu widzenia zasad racjonalnej gospodarki. Zamierzona reforma reguł zwalniania pracowników nie była zbyt radykalna. Włoski rząd pragnął uchylić ograniczenie ochrony przed zwolnieniami opartej na „słusznej przyczynie” głównie wobec osób pracujących na czarno oraz pracowników zatrudnionych w małych firmach. Można więc powiedzieć, że z małej chmury lunął wielki deszcz. Prasa doniosła, że strajk przebiegał niekiedy pod znakiem wspólnej zabawy.
Komentatorzy zachodni dopatrzyli się w akcji strajkowej zorganizowanej przez największe związki zawodowe podtekstu politycznego. Miało o tym świadczyć poparcie strajku przez centrolewicę dążącą do poprawy swej pozycji na scenie politycznej.
Włoskie doświadczenia powinny nam uświadomić, że niepokoje wokół reformy prawa pracy w Polsce mają pewne analogie z sytuacją, jaka powstała we Włoszech, i mogą przynieść podobne skutki, jak ów strajk, który odbył się pod dyktando związków zawodowych. Międzynarodowy ruch związkowy jest jak system naczyń połączonych. W dążeniu do obrony praw pracowniczych związki kierują się solidarnością (mimo że nie odwołują się wprost do marksistowskiego hasła: „Proletariusze wszystkich krajów łączcie się”).
Nie brak jest w Polsce pracodawców, którzy nie potrafią zrozumieć, że związki zawodowe nie są, wbrew pozorom, słabe. Mogą nagle pokazać swe pazury, tak jak to uczyniły włoskie związki zawodowe, ostrzegając, że bez konsultacji z nimi żadnych istotnych zmian w prawie pracy przeprowadzić się nie da. Zdumiewa wprost ślepota przedsiębiorców jastrzębi, którzy mówią, że trzeba wykorzystać obecną słabość (rzekomą) związków zawodowych i wycisnąć z kodeksu pracy, co tylko się da, na korzyść „świata kapitału”. Nie przyszło im nawet do głowy, że w obliczu zagrożeń interesów „świata pracy” związki zawodowe rosną w siłę, łącząc się w obronie wspólnych interesów. Jesteśmy dziś świadkami porozumień między centralami związkowymi, które do niedawna odnosiły się do siebie wręcz wrogo.
Skrajne dążenia niektórych pracodawców do przekształcenia kodeksu pracy w kodeks kapitału musiały w końcu doprowadzić do zjednoczenia ruchu związkowego i zamiast osłabienia związków zawodowych przyniosły ich renesans. Radykałowie z kręgów prywatnych pracodawców nie zdali sobie sprawy nawet z oczywistej prawdy, że związki zawodowe wykorzystają sprawę obrony kodeksu pracy do celów politycznych i uczynią wszystko, by poprawić swój wizerunek w oczach opinii publicznej. I nie ma w tym niczego złego, jeśli krytyka zamachów na kodeks i konkurencja między związkami w jego obronie służy interesom pracowników.
Nazbyt pryncypialna obrona wszystkich przepisów obowiązującego kodeksu może wszelako odnieść skutki odwrotne od zamierzonych. Związki zawodowe nie mogą trwać w uporze w „okopach Świętej Trójcy” i zgłaszać weta do każdej propozycji. Jeśli tak będą czynić, to wyświadczą niedźwiedzią przysługę ludziom pracującym w firmach prywatnych.

Nie można mieć jednak pretensji do związków zawodowych, że nie idą ręka w rękę z pracodawcami w reformowaniu prawa pracy. Ruch związkowy w demokracji jest powołany wyłącznie do reprezentacji interesów pracowniczych. Inaczej było w PRL-u. Rolę związków zawodowych upatrywano w tamtym ustroju w działaniach na rzecz socjalistycznego pracodawcy, m.in. przez organizowanie współzawodnictwa pracy. Władza ludowa mówiła, że w ten sposób związki zawodowe sprzyjają poprawie warunków pracy i płac. Ten argument odżywa dziś w wielu wypowiedziach na temat udziału związków zawodowych w pracach nad nowelizacją kodeksu pracy. Neoliberałowie twierdzą, że popieranie przez związki zawodowe dążeń pracodawców do liberalizacji kodeksu pracy byłoby w istocie działaniem na rzecz pracowników, w których interesie leży powstawanie nowych miejsc pracy. Rozumowanie takie przypomina znaną tezę PRL-owskiej propagandy na temat strajków w socjalizmie. Władza przekonywała obłudnie, że strajki szkodzą samemu światu pracy (Przeciw komu strajkujecie? Przeciw samym sobie!).
Ku pocieszeniu wszystkich, pracodawców i pracowników, powiem na zakończenie, że strajk generalny z powodu zamachu na „słuszną przyczynę” zwolnień z pracy nam nie grozi. W projektach nowelizacji kodeksu pracy znajdujących się w Sejmie nie ma mowy o rezygnacji z ochrony pracownika zatrudnionego na podstawie umowy zawartej na czas nieokreślony przed wyrzuceniem go „na bruk”. Odpowiednikiem „słusznej przyczyny” wypowiedzenia (giusta causa) jest w prawie polskim „przyczyna uzasadniona”.

 

Wydanie: 17/2002

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy