Skopać leżącego!

Piłka nożna jest dziedziną kolektywną i dlatego jest z nią u nas dość kiepsko. Współdziałanie dla dobra wyższego jest rzadkością, zwalczanie się natomiast codzienną regułą. Od dziecka prawie każdy widzi w domu zawiść w stosunku do tych, którym się udało. Zamiast poczęstować kolegę schabowym, podkłada się mu świnię, a kłody rzuca pod nogi, zamiast zbudować z nich dom albo przynajmniej ułożyć panele. W tych warunkach trudno stworzyć życzliwą drużynę. Czy słowo sport pochodzi od sporu? Skaczą sobie do oczu działacze, kłócą się zawodnicy i trenerzy. Dobrze grają u nas tylko orkiestry symfoniczne. Dzieje się tak dlatego że, by grać w orkiestrze, trzeba mieć talent i słuch, a do tego jeszcze mamy świetnych dyrygentów.
Wolę sporty indywidualne, gdzie każdy odpowiada za siebie. A najbardziej lubię zawodowy boks. Bywa brutalny, często wychodzi się z ringu z zakrwawioną twarzą, ale w gruncie rzeczy walka na pięści jest czysta. Oczywiście, w dobrym wykonaniu. Moją wielką sympatię budzi Dariusz – Tygrys – Michalczewski. Oglądałam ostatnią walkę, którą przegrał z Francuzem Tiozzem przez techniczny nokaut. Współczułam mu, ale i podziwiałam, jak szlachetnie potrafił się zachować w stosunku do przeciwnika, który posłał na deski dziewięciokrotnego mistrza świata. Wiadomo, że kiedyś musiało się to stać. Po walce podszedł do rywala i uścisnął mu rękę. Tytuł w gazecie brzmiał: „Koniec Tygrysa”. Dlaczego koniec? A może to początek czegoś nowego? Czy nie można zatytułować artykułu „Przegrana Tygrysa”? Zawiść mieści się tuż pod skórą, wypełza, gdy się pojawi okazja, żeby skopać leżącego.
Wygrana także wymaga klasy, ma ją Robert Korzeniowski, zaprezentowała nam ją Otylka wspomagająca małych pacjentów onkologicznych. Przegrać z klasą mało kto umie. Gdy patrzyłam na Małysza, słuchałam, jak analizuje błędy po nieudanym skoku, myślałam o tym, że politycy powinni się uczyć od tych sportowców umiejętności wygrywania i przegrywania.
W takim kraju jak nasz, w którym wciąż toczą się chaotyczne, pozbawione reguł mecze, ciosy poniżej pasa serwuje się publicznie, a każdy, kto zdobędzie haka na konkurenta, czuje się w obowiązku skopać go, bez dania racji; dolewanie oliwy do ognia jest ulubionym zajęciem polityków. Lista Wildsteina jako ta oliwa cieszy się wielkim wzięciem. Zajrzeć, sprawdzić siebie to rzecz naturalna, rozumiem, że można popatrzeć, czy nie ma kogoś, kogo podejrzewaliśmy od dawna, że mógł donosić. Czasami nawet wiemy, że tak było. Szukamy, ale nie ma faceta, który doniósł na naszego wuja, wtedy gdy za kpinę z komunistycznej władzy szło się siedzieć. Czytam wypowiedź lokalnego kacyka, sprawdzającego w taki sposób konkurenta do urzędu. Raduje się, że przeciwnik znalazł się na liście, choć nie może mieć pewności, że to ten sam Nowak, bo nie miał dostępu do jego teczki. Inny znów sprawdził rodzinę, i ogłasza z dumą, że się cieszy, że żona na niego nie donosiła. Współczuję żonie. Dla mnie takie stwierdzenie byłoby powodem do rozwodu. Dopiero z ust ubecji nieszczęsna kobieta dostała świadectwo czystości moralnej. To prawie jak druga komunia święta. A dla tych, co się na liście znaleźli, to ma być ostatnie namaszczenie.
W psychologii opisano zjawisko przeniesienia popędu. Ćwierćimpotenci, faceci z kłopotami, którzy w zdrowym akcie miłosnym się nie sprawdzają, zaczynają szukać czegoś w zamian. Lista powoduje u nich szczególnie silne pobudzenie, a niekiedy nawet wzwód. Także niektóre kobiety, zwykle mniej skupione na seksie, czują wypieki, drżenie, a w końcu dreszcz rozkoszy: Nie byłam donosicielką, byłam tylko kandydatką na Matę Hari! Facet myszkujący po liście zaczyna cierpieć na nocne polucje: Jest mój najlepszy przyjaciel! A tak mu wierzyłem! – woła przez sen.
– Wybacz mi – skamle koleś donosiciel. Całkiem jak w programie Resich-Modlińskiej o rozgrzeszenie błagali niewierni kochankowie oraz dzieci marnotrawne. Brakuje tylko bukietu.
Lista to rodzaj pornografii politycznej. Nic dziwnego, że internauci zaglądają na te strony częściej niż na seks. Oni za tym przepadają, anonimowo przykładać, komu się da. Skopać, zelżyć, by poczuć się lepiej. Dobrze, że istnieje Internet, że jest takie miejsce, w którym można opluć, obrzygać i obsrywać do woli każdego, gdzie nie ma świętości, gdzie ten, który pluje, zostaje po chwili opluty. Może przez to medium, czy dzięki niemu, wytraca się złość i nienawiść, nie musisz już nikogo skopać? A może się wzmaga?
Tylko dlaczego oficjalne życie polityczne tak łudząco przypomina ten rodzaj anonimowych igrzysk? Zwykle ci, którzy kogoś zdradzili, życzą zdradzonemu jak najgorzej. Nie mogą zaś spokojnie patrzeć, gdy zdradzony dźwignął się, a już gdy odnosi sukces, tracą nerwy. Kaczor nie zostanie prezydentem, choć był już w ogródku, już witał się z gąską – Platformą, z którą chce i nie chce współrządzić, Tusk, co miał kiedyś dużo zdrowego rozsądku, prezydentem także nie zostanie, bo do złej partii przystał i krakać musi, jak ona kracze, Rokita, który zdradził Unię Wolności, premierem nie będzie, choć wydaje mu się, że wystarczy rączkę wyciągnąć, by po tekę sięgnąć. Żaden z nich nie może się pogodzić z reaktywacją Unii. Widać, jak twarz im spada, w telewizji grymasów nie potrafią ukryć, gdy dziennikarze zadają im pytania na temat nowego konkurenta. Sądzili, że leżąca po technicznym nokaucie partia już się nie pozbiera, koniec otrąbili, jak koniec Tygrysa, a tymczasem powstała z desek i zagraża im w sondażach. Zarzucają jej, że pozbierała ludzi z różnych opcji, jakby sami nigdy nie zmieniali partii! Szczytem głupoty było stwierdzenie, kwa, kwa, kwa, że scena polityczna jest doskonale kwa, kwa, podzielona i na nic nowego nie ma miejsca! Mówi to kaczy ekspert, w chwili gdy 60% narodu deklaruje, że nie będzie głosować, bo nie ma na kogo! Na oliwie dolewanej do ognia można samemu się usmażyć.

Wydanie: 10/2005

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy