Schody

Na razie wszystko jest w porządku. Prezydentowi i SLD-UP udało się w końcu ustabilizować rząd Marka Belki, przyłożył do tego rękę Marek Borowski, co niektórzy odbierają jako gest samobójczy, ponieważ jego partia, która powstała jako secesja z SLD i UP, poparła teraz rząd, w którym SLD gra pierwsze skrzypce, jeśli nie jedyne. Dzięki temu jednak Polska, choćby na chwilę, przestała być krajem, w którym wszystko jest tymczasowe – zarówno Sejm w każdej chwili czekający na rozwiązanie, jak i rząd urzędujący bez sejmowego mandatu.
Nie odsuwa to jednak pytania – co dalej?
W tej sprawie wiadomo jest na razie tyle, że nie będziemy mieli wyborów w sierpniu, lecz może na jesieni, może na przyszłą wiosnę, niewykluczone wreszcie, że odbędą się one w konstytucyjnym terminie, a więc jesienią 2005 r. Co z tego jednak może wyniknąć?
Istnieją tu dwa możliwe scenariusze. Jeden, optymistyczny, że przez uzyskany – choć nie wiadomo ciągle jak długi – czas rząd Belki dokona kilku zbawiennych posunięć, ustabilizuje sytuację w służbie zdrowia i przygotuje budżet, który opierając się na reklamowanym wzroście gospodarczym, funduszach unijnych i jakichś jeszcze znanych premierowi przychodach nie powiększy długu publicznego, w dodatku nie uczyni tego kosztem najbiedniejszych, a także emerytów, którzy dzisiaj w rodzinach bezrobotnych stali się prawdziwym skarbem. Kto ma emeryta w rodzinie – tłumaczy mi pewna pani na wiejskim targowisku – ten przynajmniej może zapłacić komorne, a także za energię elektryczną, a więc nie wyrzucą rodziny z mieszkania ani nie wyłączą jej światła w zimie.
Można też przypuszczać, że spełnienie się tego optymistycznego scenariusza zmieni nastawienie opinii publicznej w kraju, pozwoli pozbierać się poturbowanej i dogorywającej lewicy i stworzy jej jakieś szanse w przyszłych wyborach.
Drugi scenariusz, negatywny, a przez to bardziej prawdopodobny, ponieważ życie nas ostatnio nie rozpieszcza, jest taki, że wprawdzie rząd Belki został umocowany, ale nie będzie on w stanie zrobić niczego pożytecznego, bo większość sejmowa zmobilizowana do jego zatwierdzenia rozpadnie się w kwestiach szczegółowych. Nie będzie ani ustawy zdrowotnej, ani budżetu, zamiast tego będą kolejne komisje śledcze, jak już powołana do sprawy Orlenu, a także wiszące w powietrzu komisje do spraw służby zdrowia, Naumana, Łapińskiego, kontraktów z firmami farmaceutycznymi etc. oraz być może także do spraw służb specjalnych, ABW, ich odpolitycznienia, odpartyjnienia itd.
Wątpliwe, czy komisje te są w stanie ustalić jakąkolwiek prawdę materialną. Ta, którą już mieliśmy, opracowała – jak wiemy – siedem wzajemnie wykluczających się prawd, o których wyborze miało zdecydować głosowanie. Komisje natomiast są idealnym poligonem dla dintojry politycznej, w której SLD i jego rząd niechybnie wystąpią w roli oskarżonego niezależnie nawet od ujawnionych faktów. Doprowadzi to do finalnej destrukcji obecnego układu politycznego i jego protagonistów, a więc do całkowicie nowej sytuacji w Polsce.
Dotychczas kiedy chciano nas przestraszyć, że Polsce grozi coś okropnego, wskazywano na Samoobronę jako na nadciągającą niszczycielską siłę, która zachwieje podstawami polskiej demokracji. Dziś obraz ten wydaje się zbyt sielankowy. Siłą ciągnącą do władzy jest bowiem teraz po raz pierwszy partia, która swoje zbrojne ramię widzi w bojówkach Młodzieży Wszechpolskiej, a swoje ideowe namaszczenie czerpie od o. Rydzyka, jedynego człowieka który – jak mówi o nim ujawniony przez „Gazetę Wyborczą” sponsor Radia Maryja, mieszkający w Urugwaju p. Kobylański – rozumie, że wrogiem Polski jest międzynarodowe żydostwo, niedobite niestety przez Hitlera.
Liga Polskich Rodzin znacznie wyprzedziła w wyborach europejskich Samoobronę, lokuje się także wyżej niż inne prawicowe partie, na przykład PiS. Wobec tych sukcesów Ligi pozostałe partie prawicy, łącznie z Platformą, czując jej oddech na plecach, też wyzbywają się coraz częściej demokratycznych ozdóbek, stając się bardziej narodowe, nabożne i gotowe do ostatecznej rozprawy z „komuną”.
Ten klimat już teraz odczuwa się coraz wyraźniej, jego nosicielami stają się media, także publiczne.
Wystarczy choćby wskazać głośny już skandal wokół prowadzonego przez p. Pospieszalskiego programu „Warto rozmawiać”, w którym potępiony został prowadzący badania na temat przemocy seksualnej wśród młodzieży prof. Zbigniew Izdebski, a jego obrońcy i on sam nie zostali dopuszczeni do głosu. Protestuje przeciwko temu Parlamentarna Grupa Kobiet, protestuje grono 23 uczonych – sygnatariuszy listu otwartego w tej sprawie, ale cóż z tego? Nie są to już czasy, kiedy miotający się na małym ekranie kowboj Cejrowski został jednak usunięty z anteny.
Prezydent Warszawy, p. Kaczyński, nie tylko zabronił na ulicach Warszawy demonstracji gejów i lesbijek, którzy chcieli pokazać po prostu, że istnieją i też są ludźmi, ale poprzez podległy mu urząd stosuje cenzurę wobec stołecznych teatrów, dając dotacje w zamian za eliminowanie nieprawomyślnych fragmentów ze sztuk i widowisk.
W „Polityce” Passent żartuje sobie z „adamofobii”, czyli niechęci do Adama Michnika, któremu „Rzeczpospolita” wytknęła, że mieszka w alei Przyjaciół, gdzie wcześniej mieszkali Żydzi, ubecy i komuniści, ale nie jest to już tylko śmieszne. Przy obecnej ofensywie prawicy nawet redaktor „Gazety Wyborczej” zaczyna należeć do tych, do których kolejny prowadzony na ścięcie „komuch” z SLD będzie mógł zawołać: „Pójdziesz za mną!” i będzie miał rację.
Powołanie rządu Belki jest nie tylko udaną roszadą parlamentarną, której autorzy wykazali nieoczekiwaną zręczność.
Jest także odsunięciem na jakiś czas scenariusza, którego szczegóły dopracowuje już rodzina Giertychów, mimo że senior rodu udał się właśnie, poparty głosami wyborców, do Parlamentu Europejskiego w Strasburgu, aby tam tłumić zarodki kosmopolitycznej zarazy.
Ale samo zyskanie na czasie niczego jeszcze nie daje. Trzeba także umieć ten czas wykorzystać.
Otóż jest już chyba wystarczająco jasne, że dotychczasowa taktyka podwijania ogona pod siebie i ustępowania, gdzie tylko się da, przed coraz bardziej zuchwałą i pewną siebie prawicą niczego nie zmienia. To wyborcy, którzy wywianowali do Strasburga aż dziesięciu posłów Ligi, a na dodatek siedmiu z PiS i p. Podkańskiego z PSL, który szuka dla siebie możliwie najbardziej antyeuropejskiego klubu, muszą zejść się z rozumem. Niewykluczone, że muszą także odrobinę się przestraszyć, bo żarty się skończyły. Przed nami schody.
Prowadzące w dół, jakiego dotąd nie oglądaliśmy.

Wydanie: 28/2004

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy