My, stolikowcy

My, stolikowcy

– Ten K. to jednak jest grafoman. Czytałem fragment jego nowej powieści i powiem ci, nie zdzierżyłem. Jak, kurde, ktoś w trzecim zdaniu pisze, że najważniejszy festiwal gier wideo jest w Poznaniu, to ja cię przepraszam, szkoda czasu, resztę można sobie odpuścić! – kolega P. kręci głową, jakby wspomniany pisarz K. boleśnie zawiódł jego niewinne nadzieje i obraził dotkliwie błyskotliwą inteligencję. No tak, w końcu to on, P., miał (i powinien!) napisać książkę o grach wideo, bo on się na tym najlepiej zna. Tymczasem napisał ją K., ten idiota.

Siedzimy przy stoliku, młody pisarz M. dopowiada: – Tak, to nie jest takie prawdziwe pisanie (jak moje, uzupełnia w myślach). Omawianej przy stole książki, ma się rozumieć, nikt z nas nie czytał, ale w sumie przecież wszystkiego przeczytać się nie da, nie? Komuś wreszcie robi się głupio, ale nie bardzo, tylko troszeczkę, więc dodaje słabym głosem: – Ale K. ma jednak swoje zalety, jest, ten… pracowity, no i temat fajny.

Uwaga tyleż jałowa, co kunktatorska, niby bez znaczenia, ale towarzystwo wstanie po niej od stołu lepsze, obiektywniejsze. Na odchodnym pada jeszcze, dla równowagi, że K. to autor nierówny. To ulubione słowo stolikowców. Nic nie znaczy, a jest idealnie lekceważące. No i nie trzeba niczego dodawać.

Stolikowcy nie czytają książek, bo trochę się brzydzą. Poza tym szkoda czasu na polskie książki. I tak nikt nie napisze lepszej niż oni (mogliby napisać). Trzymają jednak rękę na pulsie: teksty o książkach znają wszystkie, zwłaszcza te kilkuzdaniowe, z Instagramu albo Facebooka. Czasem noty z tygodników, ale tylko wtedy, kiedy ktoś je podlinkuje na Fejsie. Idą za wielką bezwładną falą, za inercyjnym dominem: jeden tekst popycha następny. Zazwyczaj wystarcza jedna recenzja albo uwaga rzucona mimochodem, jakieś krótkie „bieda”, „szkoda czasu”, „ziew”. Dalej już samo idzie. Bo nie ma czasu na to, żeby tydzień pobyć z jedną książką, trzeba już jechać, wrzucać, linkować, lajkować. Kolejne książki się rodzą jedna po drugiej jak szalone. Nie ma kiedy porządnie pomyśleć. No i przebija się tylko to, co zjechane albo wielbione. Większość rzeczy przepada gdzieś w bezwiednym pomiędzy.

Ulubioną konstrukcją stolikowców jest „słyszałem”, bo przy stoliku jest głośno, obok ktoś nalewa, ekspres huczy jak hurtownia gwoździ, przechodzi piękna Monika, pachną perfumy i przynieśli browar. Nie ma więc jak pogadać na innym poziomie. Nawet finezyjne „słyszałem, że ch…a” z trudem się przebija w tych warunkach. Uczciwa radykalność tego zdania powinna jednak zostać doceniona. Autor wypowiedzi deklaruje przecież, że nie czytał, ale „słyszał”, czyli trzyma rękę na pulsie. Może ktoś inny, przy innym stoliku rzucił to zdanie albo samo się nawinęło na język. Czy to różnica? Nie ma co się doktoryzować z czyichś wypocin, to jest knajpa, nie seminarium, na litość boską! Poza tym doceńmy lekkość plotki, jej siłę przebicia: „Słyszałem, że źle wyglądał”, „Podobno rozstała się z…”, „Chyba jest chory” albo „Wiedziałeś, że J. i A?”. Czy ktoś w ogóle jest w stanie się oprzeć takim pokładom prawdy o człowieku?

Stolikowcy jednego mogą być pewni: w tym samym czasie w innym mieście albo nawet w tym samym stolikowcy z sąsiedniej frakcji mówią o nich mniej więcej to samo. Że M. to grafoman pierwszej wody, jego książka jest sentymentalna, a sztuka banalna jak wakacje w Mrzeżynie. Że młody pisarz P. nawet porządnie się nie zaczął, a już się skończył i że to w ogóle nie jest literatura, tylko taki „produkt”. I że nic tam się nie dzieje w języku. Że więcej w tym PR-u niż pisania.

Zdarza mi się z racji wrodzonej przysiadalności przycupnąć przy różnych stolikach i – wierzcie lub nie – nie ma chyba w tym kraju pisarza, o którym nie słyszałam, że jest grafomanem. Ani pisarki. Bo nie da się wszystkiego przeczytać, a „stolikowość” to ważne spoiwo społeczne, fundament czy wręcz nasza definicja. Jeśli mi nie wierzycie, przysiądźcie się kiedyś i posłuchajcie.

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy