Solidarnościowy przełom w socjologii

Solidarnościowy przełom w socjologii

W „Solidarności” rozkosz polegała na „byciu razem” – powtarza wiele osób, które przez to przeszły. Był to ruch emocjonalnie bardzo spójny, jednostki udzielały sobie poczucia świętej jedności, wszystkich solidaryzował wspólny wróg i niczego tak się nie obawiano jak zróżnicowania stosunku do wroga, wyłomu w nienawiści do niego. Różnice poglądów, animozje na tle rywalizacji istniały, ale to nie było ważne. Podejrzany i obcy stawał się dopiero ten, kto wroga rozpatrywał „z jednej strony, z drugiej strony”, i tacy relatywiści odpadali od świętej wspólnoty. Z nimi już nie „było się razem”.
„Solidarność” rozpadła się na partie, ale wszystkie one nadal czują się jednością, jedyną wspólnotą uprawnioną do panowania w Polsce. Jeżeli muszą dobrać sobie do rządzenia np. Samoobronę, albo na mocy werdyktu wyborczego ustąpić na parę lat miejsca partii „postkomunistycznej”, to czują się upokorzone i nie mogą opanować swojej złości.
Rozkosz przynależenia do „Solidarności” była tak głęboka, że kto jej zaznał, pragnie, aby „Solidarność” zawsze istniała, a to znaczy miała ciągle tego samego wroga i ciągle z nim walczyła. Emocji, które ją ożywiały, nigdy nie doprowadziła do poziomu jasnej myśli politycznej, i jej „naukowi” apologeci nie potrafią jej scharakteryzować inaczej niż moralnie, to znaczy ze względu na jej wolę i dobre chęci. Piętno tej „moralności” widać we wszystkich poglądach, jakie w „Solidarności” się pojawiły, czy to wzięte z zewnątrz, czy wewnątrz wykiełkowane. „S” potrafiła wszystkie idee i pojęcia zniekształcić i przystosować do swoich obsesji. Prawica solidarnościowa nie jest prawicą, a lewica nie jest lewicą. Konserwatyzm solidarnościowy kocha rewolucyjne środki, a solidarnościowa religijność wyżywa się w lustrowaniu biskupów i co znakomitszych księży. Jeżeli polityk solidarnościowy powie, że jego autorytetami są krakowscy Stańczycy (konserwatyści z przełomu XIX i XX w.), to bądźcie pewni, że niczego tak czule nie kocha, jak liberum conspiro, które Stańczycy zwalczali. Piętno „Solidarności” jest nie do zmycia. Jest ona jak bagna Rospudy, gdzie gnieżdżą się większe i mniejsze żyjątka, jakich gdzie indziej już się nie spotyka.
Co w tym wszystkim najbardziej przykuło moją uwagę, to solidarnościowy przewrót w socjologii. Socjologiczny punkt widzenia polega na tym, że zachowania jednostek tłumaczy się procesami zachodzącymi w grupie, w społeczeństwie. Socjologowie solidarnościowego rodowodu, ci, którzy przeżyli rozkosze „bycia razem”, przemiany społeczne interpretują jako rezultat wolnych, nieuwarunkowanych decyzji jednostek. Jest to antysocjologia wynaleziona w tym celu, aby wspólnota postsolidarnościowa mogła przedłużyć i ukonkretnić swoją „walkę z komunistycznym zniewoleniem”, i prześladować jednostki, czyniąc z nich sprawców złego systemu społecznego i niekorzystnego położenia geopolitycznego kraju. W tym się przejawia solidarnościowy „liberalizm”; wszak wiadomo, że liberalizm uznaje jednostkę za autonomiczny podmiot inicjatywy i decyzji… Pod wpływem takiej „socjologii” motłoch wieszał generałów, ministrów, biskupów lub piekarzy, „winnych” rozpadu społeczeństwa lub inflacji. Mam wrażenie, że tak widoczne cofnięcie się humanistyki do stanu niejednokrotnie bełkotliwego, dokonało się nie tylko pod wpływem postmodernizmu, ale także wskutek oddziaływania ducha solidarnościowego. Nauki społeczne godne tej nazwy zostały zmarginalizowane, racjonalne spojrzenie na porządek przyczynowo-skutkowy społeczeństwa do tego stopnia zamglone, że możliwe się stało głoszenie poglądu (oficjalny dogmat IPN-u), iż „tajni agenci SB byli podstawą władzy komunistycznej”.
*
Polityka prześladowań i wytwarzania chaosu w państwie prowadzona przez Prawo i Sprawiedliwość przy pomocy wiadomych partyjek, a także Platformy Obywatelskiej, na którą PiS zawsze może liczyć, gdy chodzi o ustawy represyjne, jest często opisywana jako działanie rewolucyjne, co przez przywódców i podżegaczy tej polityki jest przyjmowane z niejakim ukontentowaniem.
Rewolucjoniści są to ryzykanci, którzy działają według psychologii wszystko albo nic. Gdy nie ma momentu ryzyka, działanie nie może uchodzić za rewolucyjne. Komuniści przedwojennego i wojennego rodowodu, w Polsce KPP-owcy, byli autentycznymi rewolucjonistami. Ci, którzy do nich po wojnie przystąpili, gdy wszystko już było rozstrzygnięte, przejęli rewolucyjne hasła i nazewnictwo, ale znaczyło to, że są posłuszni nowej władzy, obiecują postępować wedle rozkazu i realizować cele rewolucji. Pokolenie ZMP manifestowało entuzjazm dla rewolucyjnego mitu i odprawiało odpowiednie rytuały. Momentu ryzyka w tym jednak nie było. Podobnie postępują „rewolucjoniści” z PiS-u. Ich napór na stanowiska, dokonywany z towarzyszeniem kociej muzyki lustracyjnej w czasie, jaki oni zdolni są sobie wyobrazić, z ryzykiem się nie wiąże. Najgorsze, co ich może spotkać, to utrata władzy, ale nie życia przecież, a nawet obniżenie statusu społecznego nie będzie deklasacją. Działają oni krótkowzrocznie niekoniecznie z głupoty, lecz z rozeznania, że nikt im oporu nie postawi, ani nawet nie nazwie po imieniu ich czynów. Najgorsze, co im grozi, to rola słabszego koalicjanta w rządzie POPiS. Zakres prześladowań, jakie sobie zaplanowali i właśnie wprowadzają w życie, ma rzeczywiście skalę rewolucyjną, ale brak ryzyka oznacza, że są tylko oportunistami, obawiam się, że gotowymi na wszystko, bo przypisanie się, uzasadnione lub nie, do wspólnoty solidarnościowej, daje im immunitet, list żelazny i wszelkie zabezpieczenia przed ryzykiem.

Wydanie: 10/2007

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy