Jak zaczęli, tak skończyli

Jak zaczęli, tak skończyli

Jak zmieniło się pojęcie honoru, zobaczyliśmy w końcówce meczu Polaków z Japończykami. Przez kilkanaście minut obie drużyny pozorowały grę. Japończycy zadowoleni niską przegraną kopali sobie piłkę na własnej połowie. Bez kontaktu z Polakami. A orły Nawałki? Czekały na końcowy gwizdek i powrót do domu. Żałosna była ta końcówka w wykonaniu zespołu, któremu w czasie przygotowań nie zabrakło ptasiego mleka, ale ambicji, by pokazać milionom widzów na świecie, że reprezentacja Polski ma charakter – już tak. Czy po takim mundialu ktoś dobrze wspomni grę naszych zawodników? Nie! Bo jak marnie zaczęli, tak jeszcze gorzej skończyli. Do aktywnej gry nie zmusiły ich nawet długie gwizdy zdegustowanych widzów. I tego braku ambicji, charakteru, chęci walki do końcowego gwizdka długo nie zapomnimy. Najtrafniej ocenił naszą drużynę bramkarz Szczęsny: „Graliśmy tak, jak potrafimy”. Choć moim zdaniem dużo gorzej od i tak dość skromnych możliwości. Z tą drużyną nawet trener mistrzów świata niewiele więcej by osiągnął. Doceniam pracę Adama Nawałki i jego próby, by reprezentacja grała mniej schematycznie. Niestety, nic z tego nie wyszło. Ale czy mogło się udać z takimi zawodnikami? Wątpię.

Problemem, o którym Nawałka nigdy nie powie, jest wpływ na jego decyzje prezesa Bońka. Jakoś trudno mi uwierzyć w całkowitą podmiotowość trenera przy tak silnej i dominującej osobowości Bońka. Jakkolwiek by jednak między nimi było, odpowiedzialność za wyniki spada na trenera.

Drużyna, którą Nawałka mozolnie budował, to, co najlepsze, ma już za sobą. I od ubiegłego roku jest już tylko gorzej. Ta reprezentacja przechodzi do historii. Ale nie jest to taka historia, o której myśleli kibice. Skąd więc się wziął ich hurraoptymizm? I oczekiwania nawet na medal? Na te pytania mógłby odpowiedzieć Janusz Basałaj. Szara eminencja PZPN. Choć to określenie zbyt słabo oddaje jego kunszt w budowaniu potężnej i bardzo skutecznej machiny promującej związek i reprezentację. Efekty, jakie Basałaj osiągnął na tym polu, dobrze świadczą o jego umiejętnościach. Z pewnością wart jest jeszcze większych pieniędzy. Ale niestety to, co udało mu się zrobić, potwierdza, w jak wielkim kryzysie znalazło się polskie dziennikarstwo sportowe. Kilka lat jedzenia związkowi z ręki i zgoda na jednostronne, mocno usługowe relacje chwały tej grupie zawodowej z pewnością nie przynoszą.

I nie zmieni tego pomundialowe ujadanie.

Wydanie: 27/2018

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy