Susan Sontag superstar

Susan Sontag superstar

Jedna z najgłośniejszych amerykańskich artystek, Laurie Anderson, piosenkarka, kompozytorka, reżyserka filmu „Serce psa”, wyznała w wywiadzie dla „Kina”, że etykietka nowojorskiej artystki ją ogranicza. „Czuję, że jako artystka z Nowego Jorku – zgodnie ze stereotypem ukutym przez Woody’ego Allena – powinnam być bez przerwy ekscentryczna, zabawna i karykaturalna. A co, jeśli nie mam na to ochoty?”. W tym miejscu warto zaznaczyć, że mówimy o artystce, która w jednej ze scen swojego filmu uczy własnego psa grać na pianinie i malować.
Anderson jest jedną z tych artystek, które miały szczęście mieć (oprócz talentu i witalności) „dobry pisarski wygląd”. „Dobry pisarski wygląd” jest poręczną kategorią wypreparowaną przez Jerzego Pilcha, który opowiadał o młodzieńczej fascynacji Kornelem Filipowiczem. Filipowicz był właśnie w posiadaniu owego wpływowego „looku”. Wiadomo, że kategoria jest żartobliwa i można ją porównać z teorią nazwisk, podług której jedynie pisarze z mocnymi nazwiskami robią zawrotną karierę: Herbert, Miłosz, Zagajewski, Szymborska. Słyszą państwo tę solidność, ten oszałamiający ciężar, jak wtedy, gdy obracamy w dłoniach coś cennego, wartościowy przedmiot? Producenci telefonów komórkowych już dawno to odkryli: ludzie sądzą, że ciężkie przedmioty są solidniejsze niż lekkie. Tego rodzaju irracjonalną siłę mają podobno owe mocne nazwiska. Anderson z wyglądem twardej, lecz romantycznej hippiski staje w szeregu z Jane Birkin, Patti Smith, Annie Leibovitz czy Susan Sontag. Wszystkie one mają (lub miały) „dobry pisarski wygląd” i nawet zmarszczki dodają im jednocześnie powagi i seksapilu. Kiedy myśli się o autorce najbardziej wpływowych – po esejach Waltera Benjamina – powojennych esejów, takich jak „Notatki o kampie” czy „O fotografii”, w głowie pojawia się najpierw siwe pasemko. Charakterystyczna fryzura świeci nam we łbie niczym żarówka. Co za żenada! Dopiero potem wyświetlają się najważniejsze zdania, pogląd pisarki na popkulturę, jej miłość do kampu i wszystko inne.
Niedawno telewizja HBO wyemitowała dokument „W sprawie Susan Sontag”: stary Nowy Jork, charakterystyczne kominy z dziubkami jak gwizdki, taksówki, kolejki przed kinami, przyjęcia. Piękni starzy ludzie z gustowną biżuterią. W tle półki z książkami, figurki postkolonialne, białe, drewniane framugi – słowem nowojorskie mieszkania. Ale to, co mnie uderzyło, z czego zdałam sobie sprawę, to fakt, że Susan Sontag nie tylko miała „dobry, pisarski wygląd”, lecz także była świetnie fotografowana. To dziesiątki wspaniałych sesji, które robili jej wybitni fotografowie, w tym oczywiście Annie Leibovitz, zakochana w Sontag. Te fotki nigdy nie czekały w niszy na swoje pięć minut – od razu stały się częścią popkultury. Z miejsca przedostały się do masowej świadomości, a siwy loczek stał się symbolem, jak wąsy Lecha, jak szminka Staniszkis, jak chude nogi Twiggy, jak pieprzyk Cindy Crawford. Ile w niej było persony, ile koncepcji Susan Sontag? Ile strategii i założeń?
Autokreacja budzi naszą nieufność. Boimy się przesunięcia akcentów, punktu ciężkości – z tego, co stanowi treść, na formę. Wyliczamy, ile czasu może zabierać dobór butów, wizyta u kosmetyczki, maraton po sklepach. I ekonomicznie rzecz biorąc, po prostu nie może go wystarczyć na ponowoczesne eseje, przegląd kina bałkańskiego, festiwal teatrów jednego aktora. To się nie mieści w tygodniu. Czy pisarz Michał Witkowski może spędzać czas na pokazach mody, marnować wieczory u stylistów, poranki w SPA i być dobrym pisarzem? Jasne, że tak! Nie tylko może – on jest! Jest dobry, a fryz i bródka nie mają tu nic do rzeczy. My zaś orientujemy się, że jesteśmy niebezpiecznie blisko pretensjonalnego stereotypu, który każe nam widzieć pisarza jako ekscentrycznego, zabawnego i karykaturalnego. Tego właśnie starała się uniknąć Laurie Anderson. Ale autokreacja budzi także nasz podziw: jest to w końcu one man show. Takie życie staje się zdarzeniem performatywnym, niekończącym się teatrem strojów, fryzur, min, a wreszcie także lektur i gestów. Ponieważ wybór na każdym poziomie buduje naszą tożsamość. Ile wytrwałości kosztuje Lady Gagę noszenie obcasów, które na pewno pozbawiły ją kręgosłupa? Jak ostro musi pakować na siłowni Anthony Kiedis, żeby na koncertach Red Hot Chili Peppers świecić boską klatą? Cóż, Susan i bez silver loka napisałaby swoje eseje. A odbiorcy zawsze gdzieś w głębi duszy będą oczekiwać po artyście ekscesu. Może ekscesiku? Pijanej fotki z zaplecza, kompromitującego buziaka z dziennikarką, prześwitujących majtek, które błysną, kiedy gwiazda wysiadać będzie ze swojego porsche.

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy