Akcja „Wisła” była słuszna

Akcja „Wisła” była słuszna

Bez uprzedzeń

W latach 1943 i 1944 na wschodnich terenach Polski zdarzało się coś, co jest niezgodne z naszymi wyobrażeniami o wojnie i okupacji niemieckiej: polska ludność szukała schronienia u Niemców. Niemcy za byle co rozstrzeliwali lub wysyłali na prawie pewną śmierć do obozów koncentracyjnych. Istnieje tyle rodzajów śmierci, ile rodzajów życia. Co innego być rozstrzelanym, a co innego zostać zarąbanym siekierą, przerżniętym piłą, mieć wydłubane oczy i wyrwany język, rozpruty brzuch i wywleczone wnętrzności. W taki sposób ukraińscy nacjonaliści mordowali na Wołyniu, na Podolu i wszędzie, gdzie ich organizacje mogły dosięgnąć bezbronnych Polaków. Mając wybór między śmiercią przez rozstrzelanie a śmiercią z rąk bulbowców czy banderowców, człowiek o normalnym systemie nerwowym wybierze rozstrzelanie. Dużo napisano o okropnościach wojny, ale nie wszystko. Największe i dziś już prawie niepojęte cierpienia zadali Polakom ukraińscy nacjonaliści. Na Wołyniu znajdowało się dno wojennego piekła dla Polaków. To było jeszcze okropniejsze niż Katyń.
Dzisiaj się mówi, że „komunistyczne władze umiejętnie podsycały wzajemne niechęci, umacniając w powszechnym odbiorze społecznym negatywny wizerunek Ukraińca”. To nieprawda. Władze komunistyczne kierowały się internacjonalizmem i na obszarze swego panowania tłumiły narodowe wrogości. Za nacjonalizm było się karanym. Wiedza, która mogłaby pobudzać uczucia nacjonalistyczne, była ukrywana. Taka prawdziwa książka o tragedii wołyńskiej jak „Ludobójstwo…” Ewy i Władysława Siemaszków pod władzą komunistyczną nie mogłaby się ukazać. Za samo zbieranie materiałów byłoby się aresztowanym.
Armia Krajowa próbowała walczyć z Ukraińską Powstańczą Armią, ale była znacznie od niej słabsza. Później, co zupełnie oczywiste, obowiązek ten przejęło Wojsko Polskie. Zwalczanie band UPA nie było tak prostym zadaniem, jak to się wielu dzisiaj wydaje. Walka z partyzantką przedstawia tę trudność, jak zabijać terrorystów, nie czyniąc szkody niewinnej ludności, z którą są oni wymieszani. Różne rządy rozmaicie sobie z tym radzą. Francuzi w Algierii dokonywali masowych przesiedleń do stref specjalnych, nie od razu, ale po zdobyciu doświadczenia. W Kosowie, jak pamiętamy, ludność sama uciekała z terenów walk z partyzantką albańską, ale były też wysiedlenia z niektórych rejonów. Obecnie w Izraelu Ariel Szaron z całą pewnością chciałby uniknąć ofiar wśród cywilnej ludności palestyńskiej, ale przesiedlenia są tam niewykonalne. Czy ci niewinni Palestyńczycy, którzy zginęli przypadkowo, nie woleliby zamiast śmierci być przesiedlonymi choćby na pustynię? Przesiedlenie ludności ukraińskiej miało cele oczywiste. Polskie ówczesne władze żadnego z tych celów nie musiały się wstydzić. Bandy nacjonalistów trzeba było pozbawić środowiska, dzięki któremu mogły trwać i działać. Ludność cywilną, która prócz tego, że chcąc, nie chcąc, musiała żywić terrorystów i dawać im schronienie, była jeszcze ich zakładnikiem, trzeba było ochronić przed tym, przed czym dziś nie udaje się ochronić Palestyńczyków. I wreszcie trzeba było też myśleć o przyszłości, aby po rozbiciu jednych nie powstawały nowe nacjonalistyczne organizacje terrorystyczne. Każdy potrafi sobie doskonale wyobrazić, jakie problemy mielibyśmy teraz na południowo-wschodniej granicy, gdyby nie akcja „Wisła”. Czy dla naszych najwyższych władz państwowych nie ma to znaczenia? Przecież z państwowego punktu widzenia, który je obowiązuje, w całej tej sprawie jest to wzgląd najważniejszy.
Czytam, że „uderzenie w całą społeczność ukraińską żyjącą w Polsce było zastosowaniem odpowiedzialności zbiorowej…”. Nieprawda. Jest to nieporozumienie pojęciowe i pomyłka co do faktów. O zbiorowej odpowiedzialności można by mówić, gdyby akcja „Wisła” miała na celu karanie ukraińskiej ludności. Tymczasem była to operacja socjotechniczna, pragmatyczna, bez znamion zemsty. Jakakolwiek zemsta o podłożu narodowym była niedopuszczalna według przekonań komunistów pochodzenia żydowskiego, mających wówczas w Warszawie głos decydujący w ważnych sprawach. Gdyby władze chciały się na ludności ukraińskiej mścić, nie przenosiłyby jej z gorszych warunków do lepszych. Ludność polska z własnej woli przesiedlała się na ziemie zdobyte (odzyskane – według dawnej terminologii) i tę zmianę uważała za polepszenie swojego losu. Widzę, że im dłużej „żyjemy w prawdzie”, tym częściej trzeba przypominać elementarne fakty. Jeszcze parę lat działalności edukacyjnej Instytutu Pamięci Narodowej i nikt już nie będzie wiedział, co się w Polsce działo. Nawet ci, co wtedy żyli, ze strachu przed kiereswyczajką zaprą się swojej wiedzy.
Nieraz głosiłem, że rozpamiętywaniu dawnych konfliktów z Ukraińcami i obustronnych krzywd trzeba położyć kres. Nie należy rewitalizować tego, co umarło i ma byt czysto archiwalny. Nie wiem, dlaczego „Gazeta Wyborcza” przedstawia minioną tragedię jako duszoszczypatielnyj melodramat. Władze państwowe, które ponawiają przeproszenia, nie zamkną ust tym, którzy mają inne zdanie i chcą mówić. Osiągną skutek inny: zmuszą do mówienia takich, którzy dotąd milczenie uważali za nakaz rozsądku. Czym innym jest przechowywanie w pamięci dawnych wydarzeń w formie abstrakcyjnej wiedzy, a czym innym napełnianie wszystkich zmysłów emocjonalnymi wspomnieniami, co jest podobne do spóźnionego udziału w dawnych dzikich dramatach.
Nasi rządzący twierdzą, że akcja „Wisła” była „haniebnym działaniem”, które „powinno zostać jednoznacznie potępione”. Kiedy indziej składają deklaracje gotowości do walki z terroryzmem. Można wywnioskować, jak wyglądałaby ta walka. Nikogo nie przesiedlamy, ludności cywilnej od terrorystów nie oddzielamy, bombardujemy i strzelamy, troskę o rozróżnienie winnych od niewinnych Panu Bogu zostawiamy. Trzeba przyznać, że Amerykanom od czasu do czasu udaje się do tego ideału zbliżyć. Urzędowe potępienia akcji „Wisła” przychodzą jakby z innego świata, w którym nie słyszano ani o Kosowie, ani o Afganistanie, ani o Palestynie. Mieszkańcy tego świata „patrząc – widzą wszystko oddzielnie”. Tymczasem regulacje etniczne na wschodzie nie dadzą się całkiem oddzielić od regulacji etnicznych na zachodzie. Istnieją powiązania między jeszcze bardziej oddalonymi zdarzeniami i nie rozumiem, dlaczego podważanie prawomocności dekretów Benesza spotkało się w Polsce z tak małym zainteresowaniem, jakby to nas nie dotyczyło. Nasi politycy lekkomyślnie osłabiają przesłanki, na których oparło się państwo polskie po wojnie i od których nadal jest w pewnym stopniu uzależnione.
Rozumiem polityków obozu solidarnościowego, którzy jak najwięcej wydarzeń chcieliby zamienić w zbrodnie komunistyczne. Po pierwsze i po ostatnie oni nigdy nie nauczą się być politykami, oni są działaczami strajkowymi, nie można od nich wiele wymagać. Nie wiem, dlaczego politycy lewicowi przyswajają sobie najgłupsze koncepty tamtych. Przywódcy lewicy powinni rozumować w sposób naturalny i postawić sobie najpierw pytanie: kto zarządził akcję „Wisła”, kto rządził wtedy w Warszawie? Może oni nie byli głupi? Otóż ekipa, która wówczas rządziła, była wybitniejsza od tej, jaka by powstała, gdyby zebrać w jednym rządzie wszystkich najwybitniejszych polityków teraz czynnych, tych z lewicy i tych z prawicy. Kto z nich jest tak inteligentny jak Cyrankiewicz i Zambrowski albo tak dobrze wykształcony i do polityki przygotowany jak Berman, albo tak poważny i odpowiedzialny jak Gomułka? Komunistami oni byli niestety, ale tylko w dziedzinach, których komunizm dotyczy. W innych sprawach mieli rozum. W polityce jak w całym życiu pożądane jest, aby mniej doświadczeni i mniej mądrzy wierzyli w słuszność tego, co zrobili bardziej doświadczeni i mądrzejsi. Ja się tej maksymy trzymam.

 

Wydanie: 17/2002

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy