Wrócił butny Ziobro

Wrócił butny Ziobro

W polityce jak na karuzeli. Raz na górze, raz na dole. Latem 2008 r. Zbigniew Ziobro był płaczącą bidulą. Kamery pokazywały przerażonego człowieka, który bał się konsekwencji swoich rządów. Bo nawet taki cynik jak on nie mógł zapomnieć o tragicznej śmierci Barbary Blidy, którą zaszczuwała ekipa jego współpracowników będących z nim w stałym kontakcie. W głowie miał długą listę uczciwych prokuratorów, którzy odeszli ze służby, bo nie chcieli wykonywać jego politycznych zleceń. I listę dziennikarzy, których kazał podsłuchiwać, bo pisali krytyczne teksty. Wiedział, że mogą go czekać bardzo konkretne zarzuty, na które są materialne dowody. Wystarczyło wówczas zrobić to, co rok wcześniej amerykański sędzia Keys zrobił z wysłanym przez Ziobrę wnioskiem o ekstradycję Edwarda Mazura. Amerykanin okazał się zupełnie nieczuły na polityczne argumenty i potrzeby polskiego ministra. Nie miał dla Ziobry cienia litości i obnażając wszystkie błędy popełnione przez polską stronę, napisał, że nigdy nie spotkał się z tak niezbornym wnioskiem ekstradycyjnym. Przypominam o tym, bo trzymając się pisowskiej nomenklatury, „Zbigniew wszystko mogę Ziobro” ciągle kreuje się na kompetentnego urzędnika. Ba! Asa walki z patologiami. Tyle w tym prawdy co w świeżej daty miłości do piłki nożnej i kibiców. Jeszcze pamiętamy, jak w 2006 r., po zamieszkach na koniec meczu Legia Warszawa-Wisła Kraków, zatrzymano 200 osób, a Ziobro zapowiedział akcję zero tolerancji i ściganie chuliganów stadionowych. Do końca jego rządów, przez kilkanaście miesięcy, nie zrobiono z tym nic. A po utracie władzy przez PiS kibole stali się ulubionymi sojusznikami opozycyjnej prawicy.
Po czterech latach bezkarności, jaką mu zafundowano, bo PO wybrała polityczne kunktatorstwo, widzimy innego Ziobrę. To już nie jest ta bidula, która uciekała do Krakowa przed sejmową komisją regulaminową, byle nie stracić immunitetu poselskiego. Jak sobie teraz przypominam tę żarliwą obronę immunitetu Ziobry w wydaniu setki posłów PiS, to śmiać mi się chce. Rychło zostali przez niego oszukani. Jak wszyscy, którzy mu mościli drogę do kariery. Ciekawe, co teraz myślą? Zwłaszcza gdy słyszą, że człowiek nazwany kiedyś przez Leszka Millera zerem aspiruje do prezydentury jako reprezentant polskiej prawicy.
Dzisiejszy Ziobro to znowu człowiek butny. Prawie męczennik. Ofiara. Tak sam ocenia wstępną propozycję PO, by postawić go przed Trybunałem Stanu. Propozycję zgodną zresztą z raportem komisji Kalisza, badającej okoliczności śmierci Barbary Blidy. Dobrze, że liderzy PO wrócili do tej sprawy. I to niezależnie od tego, czy w warunkach podziałów i kalkulacji politycznych uda się im przejść przy poparciu SLD i Ruchu Palikota przez tę długą procedurę, która w finale może doprowadzić aż do Trybunału Stanu. Niezwykle ważne są tu bowiem intencje i przyznanie racji członkom komisji Kalisza, którzy nie mieli wątpliwości, że ówczesne zachowania Ziobry muszą być osądzone. Ku przestrodze kolejnych wielbicieli inwigilacji, podsłuchów, kreowania afer, szukania haków i widowiskowych aresztowań.

Wydanie: 12/2012

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy