Po co nam taki Senat?

Po co nam taki Senat?

Janusz Palikot przypomina Platformie, że likwidacja Senatu była kiedyś ważnym punktem jej programu. Rzeczywiście, o zlikwidowaniu Senatu Platforma dzisiaj nie mówi, choć właściwie mogłaby mówić, tłumacząc, że ten słuszny postulat jest nie do zrealizowania przy braku większości konstytucyjnej. Mogłaby więc udawać, że poglądu na tę kwestię nie zmieniła, ale nic zrobić nie może. Choć Senat w obecnym kształcie jest zbędny i kosztowny, żadna duża partia z niego nie zrezygnuje. Nie zrezygnuje, bo istnienie Senatu, choć niepotrzebne i uciążliwe dla kraju, jest dla nich użyteczne.
Do Senatu partie kierują zasłużonych działaczy, dla których nie ma miejsca na listach do Sejmu. Biura senackie zapewniają zatrudnienie za pieniądze podatnika młodemu aparatowi partyjnemu. Kosztuje to wszystko krocie. Rocznie ok. 180 mln zł.
Rola Senatu sprowadza się do poprawiania ustaw uchwalonych przez Sejm. Znaczną część poprawek senackich Sejm zresztą później odrzuca. Faktycznie ustawy uchwalone przez Sejm analizują służby prawne Senatu (odrębne od służb prawnych Sejmu) i to one wskazują senatorom, co i gdzie ewentualnie należy poprawić. Inne kompetencje Senatu nie są, delikatnie mówiąc, nadmiernie wykorzystywane. Inicjatywa ustawodawcza jest absolutną rzadkością. Za to, choć Senat nie ma żadnych kompetencji w polityce zagranicznej, senatorowie lubią jeździć służbowo (na koszt podatnika!) po świecie i „opiekują się” Polonią i Polakami za granicą. Ta „opieka”, polegająca często na bezmyślnym wydawaniu pieniędzy, głównie za pośrednictwem Wspólnoty Polskiej, wkracza nieraz ostro działaniami (i pieniędzmi!) w politykę zagraniczną rządu. Nie trzeba dodawać, że te działania mogą stać w jawnej sprzeczności z polityką rządową.
Jako argument za utrzymaniem Senatu podnosi się „polską tradycję”. Brzmi to ładnie, ale szczerze mówiąc, nie bardzo wiadomo, o co w tym chodzi. Nie wspominając już o tym, że zgodnie z taką argumentacją należałoby w Polsce przywrócić monarchię (niechby elekcyjną).
Jaka jest ta „polska tradycja senacka”? Historycznie Senat wywodzi się z rady królewskiej. W I Rzeczypospolitej w Senacie zasiadali wojewodowie i kasztelanowie oraz arcybiskupi i biskupi. Pierwszym w hierarchii senatorów świeckich był kasztelan krakowski, a w hierarchii senatorów duchownych – prymas, arcybiskup gnieźnieński.
W II Rzeczypospolitej Senat składał się z 96 senatorów.
32 mianował prezydent, a 64 wybierali pośrednio wyborcy, którzy ukończyli 30 lat i którym prawo wyborcze przysługiwało „bądź z tytułu zasługi osobistej, bądź z tytułu wykształcenia, bądź z zaufania obywateli”. Zadania i kompetencje Senatu były ograniczone (rozpatrywanie budżetu i projektów ustaw uchwalonych przez Sejm oraz sprawowanie kontroli nad długami państwa), jednak stanowisko senatora cieszyło się wysokim prestiżem.
Po II wojnie światowej, kiedy Polska rządzona przez komunistów odrzuciła konstytucję kwietniową i symbolicznie, formalnie wróciła do marcowej, w wyniku sfałszowanego, jak się zdaje, referendum w 1946 r. zniosła Senat. Przez całą PRL mieliśmy w Polsce parlament jednoizbowy, co przy jego ówczesnej fasadowej roli nie miało większego znaczenia.
Żadne środowiska opozycyjne nie postulowały przywrócenia Senatu. Nie wysuwała takiej propozycji strona „solidarnościowa” przy Okrągłym Stole.
Pomysł przywrócenia Senatu zgłosiła strona rządowa. Skoro wybory do Sejmu miały być tylko w 35% wolne, w celu złagodzenia tej nierówności wymyślono Senat, do którego wybory miały być wolne w 100%. W pośpiechu nawet nie przedyskutowano dobrze jego znaczenia ustrojowego ani kompetencji.
Senat pozostał w konstytucji z 1997 r. Jest instytucją zbędną, ale zastaną i trudno sobie wyobrazić, by znalazła się siła polityczna, która dokonałaby zmiany ustawy zasadniczej w tym punkcie.
Gdyby patronat nad Polakami za granicą i Polonią powierzyć Ministerstwu Spraw Zagranicznych, a do pisania dobrych projektów ustaw utworzyć kompetentne biuro prawne współpracujące z najwybitniejszymi specjalistami w poszczególnych dziedzinach, to za znacznie mniejsze pieniądze mielibyśmy dużo lepsze prawo. Tak podpowiadają logika i zdrowy rozsądek. Ale logika partii politycznych jest inna. Im potrzeba posad senatorskich dla seniorów, a biur senackich dla juniorów aparatu partyjnego.
Nie ma co się łudzić. Nikt nie zmieni konstytucji ani nie zlikwiduje Senatu.
Gdy patrzy się na ustroje władz współczesnych państw demokratycznych, widać, że parlamenty dwuizbowe są zasadą w państwach federacyjnych. Tak jest w Niemczech, w USA, a także w Rosji.
W państwach federacyjnych druga izba parlamentu jest z zasady reprezentacją krajów związkowych (landów, republik). W państwach unitarnych bywa różnie. Czasem parlament jest jednoizbowy, czasem dwuizbowy.
Polska jest państwem unitarnym, jednolitym. Ale rośnie rola samorządu terytorialnego i może warto pomyśleć, czy Senat nie powinien się stać taką właśnie izbą samorządową. Jest to zasadne, tym bardziej że interesy regionalne wcale nie muszą się pokrywać z interesami partyjnymi. Gdyby nad zdominowanym przez ugrupowania polityczne Sejmem był Senat zdominowany przez samorządy terytorialne, rządzenie Polską musiałoby uwzględniać obok interesów partyjnych także interesy regionalne.
Nie ma wprawdzie siły politycznej, która mogłaby – i chciała – zmienić konstytucję, ale zmiana Senatu w izbę samorządową jest teoretycznie możliwa niejako oddolnie. Gdyby samorządy terytorialne potrafiły się zorganizować w komitet wyborczy, miałyby szansę na wprowadzenie do Senatu swoich kandydatów. Przestałby być wówczas podzielony politycznie (czytaj: partyjnie) identycznie jak Sejm. Taki Senat miałby jakiś sens.

Wydanie: 43/2012

Kategorie: Felietony, Jan Widacki
Tagi: Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy